Wykład Profesora Rocco Buttiglione
12 stycznia br. Profesor Rocco Buttiglione wygłosił w Katolickim
Uniwersytecie Lubelskim wykład na temat: „Prymat sumienia w polityce”.
Zamieszczamy: sylwetka Profesora i pełny tekst wykładu.
Profesor Rocco Buttiglione, jest filozofem, prawnikiem i politykiem. Urodził się
w 1948 r. w Gallipoli (Włochy). Studia uniwersyteckie odbył w Rzymie i Turynie.
Wykładał filozofię i teorię prawa m.in. na uniwersytecie w Teramo, na
Uniwersytecie im. św. Piusa V w Rzymie oraz w Internationale Akademie für
Philosophie (Liechtenstein).
Pełni funkcję Sekretarza Generalnego Cristiani Democratici Uniti. Od 2001 r.
jest Ministrem do spraw Integracji Europejskiej w Rządzie Republiki Włoskiej,
który jesienią ub. roku wysunął jego kandydaturę na Komisarza Europejskiego ds.
wolności, sprawiedliwości i bezpieczeństwa. Jej odrzucenie z racji wyrażonych
przez Buttiglionego chrześcijańskich przekonań moralnych jest symptomem
ideologicznych uprzedzeń części polityków w Parlamencie Europejskim.
W roku 1994 otrzymał tytuł doktora honoris causa Katolickiego Uniwersytetu
Lubelskiego.
Główne obszary badań: antropologia filozoficzna, etyka, myśl Karola Wojtyły,
teoria dialektyki, filozofia kultury i polityki, prawo. Do ważniejszych
publikacji książkowych Buttiglionego należą: Dialettica e nostalgia (1978); La
crisi dell'economia marxista (1978); Il pensiero di Karol Wojtyła (1982; wyd.
pol. Myśl Karola Wojtyły, 1996); L'uomo e il lavoro (1982); Metafisica della
conoscenza e politica (1986); L'uomo e la famiglia (1991); La crisi della morale
(1991; wyd. pol. Kryzys w etyce, 1994); Augusto Del Noce. Biografia di un
pensiero (1992); Il problema politico dei cattolici (1993); Chrześcijanie a
demokracja (1993); Il pensiero dell'uomo che divenne Giovanni Paolo II (1998).
PRYMAT SUMIENIA W POLITYCE
Magnificencjo,
Szanowni Profesorowie,
Drodzy Studenci Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego,
Panie i Panowie!
W trudnych momentach życia, kiedy trzeba podejmować ważne decyzje, dobrze jest
zatrzymać się na chwilę, zastanowić się, a także poprosić o radę innych ludzi.
Życie każdego człowieka jest czymś jedynym i niepowtarzalnym, dlatego tylko ten,
kto przeżywa je w pierwszej osobie, może o nim decydować. Tylko ten bowiem, kto
przeżywa od wewnątrz daną sytuację, zna wszystkie jej aspekty. Co więcej: To on
ponosi konsekwencje działania i dlatego ma też prawo o nim decydować. Decydując
o działaniu, decyduje bowiem o sobie samym.
W obliczu decyzji czujemy jednak potrzebę zasięgnięcia rady. Chociaż każde
ludzkie doświadczenie jest jedyne i niepowtarzalne, to jednak z drugiej strony
stanowi ono część doświadczenia człowieka. Fundamentalne sytuacje życiowe
przeżywamy w sposób odmienny, ale i analogiczny, dlatego to, co przeżył ktoś
inny, może rzucić światło na nasze doświadczenie. Uczymy się z doświadczenia
innych ludzi i doświadczenie to może nam pomóc w zrozumieniu tego, czego sami
doświadczamy. Ludzie są bowiem ze sobą powiązani.
Korzystamy nie tylko z doświadczeń innych ludzi. Drugi człowiek może nam również
pomóc w obiektywnym spojrzeniu na nasze doświadczenie. Mówimy nieraz: Ten, kto
nie przeżył pewnych rzeczy, nie może ich zrozumieć. To prawda, ale nie do końca.
Niejednokrotnie jesteśmy więźniami tego, co przeżywamy. Emocje, które opanowują
naszą świadomość, są nieraz tak silne, że nie potrafimy zobaczyć i ocenić w
sposób obiektywny złożonej sytuacji, w której się znaleźliśmy. Na przykład – nie
potrafimy wówczas zrozumieć racji innych ludzi, którzy są uwikłani w tę
sytuację, nie potrafimy zrozumieć, jakie wartości wchodzą w niej w grę i jaka
powinna być nasza odpowiedź. We wszystkich takich przypadkach ten, kto nie jest
bezpośrednio zaangażowany w daną sytuację, gdyż nie przeżywa jej w pierwszej
osobie, może nam pomóc w zrozumieniu jej złożoności i w znalezieniu właściwej
odpowiedzi, zwłaszcza wówczas, gdy trudno nam ją przyjąć, ponieważ stoi ona w
sprzeczności z naszą bezpośrednią korzyścią, z naszą obecną pasją, z naszą dumą
czy pychą.
Dlatego właśnie w życiu trzeba pytać o radę.
Do kogo mamy się jednak zwrócić? Wydaje się, że mądry doradca powinien posiadać
dwie cechy: życiową mądrość i prostotę serca. Dlatego dobrze jest pytać ludzi
starszych, którzy przeżyli już zawirowania podobne do naszych i mają więcej
doświadczenia. Warto jednak pytać również ludzi, których cechuje prostota
dziecka, tych, którzy potrafią od razu zobaczyć to, co istotne i oczywiste samo
w sobie. To oni nie pozwalają nam zagubić się w gąszczu rozumowań, poprzez które
próbujemy przekonać siebie samych, że to, co podpowiada nam chwilowa pasja, jest
również słuszne samo w sobie.
A w końcu – jest dobrze, aby ten, którego pytamy o radę, był naszym
przyjacielem. Przyjaciel nie jest bezpośrednio uwikłany w sytuację, ale jest w
nią zaangażowany emocjonalnie, ponieważ zależy mu na naszym dobru. Nie przeżywa
– i dobrze jest, jeśli nie przeżywa – poruszających nas pasji, równocześnie
jednak zależy mu na nas: jesteśmy częścią jego życia, tak jak on jest częścią
naszego. Dzielimy z nim wartości, które nadają sens naszemu istnieniu i za które
czujemy się odpowiedzialni w chwili decyzji; często bywa tak, że wspólnie je
odkrywaliśmy. Kiedy przyjaciel jest również Mistrzem, to tych wartości, które
rzuciły światło na naszą drogę, nauczyliśmy się właśnie od niego.
W decyzji chodzi zatem o nasz wspólny los. Jesteśmy odpowiedzialni przed naszymi
przyjaciółmi. Dlatego dobrze jest zapytać ich o radę w chwili podejmowania
decyzji, za którą jesteśmy jednak osobiście odpowiedzialni.
Istnieje wiele sposobów pytania o radę. Można po prostu zatelefonować i zapytać:
"Spotkało mnie to i to. Co powinienem zrobić?" Czasami jednak wydarzenia biegną
tak szybko, że nie mamy możliwości postawienia takiego pytania. Musielibyśmy
zbyt wiele wyjaśniać, a nie mamy na to czasu. Musimy zatem decydować sami. Jeśli
jednak rzeczywiście mamy przyjaciół, to również wówczas tak naprawdę nie
jesteśmy sami.
Zastanawiając się, pytamy bowiem jednocześnie, co powiedzieliby nasi
przyjaciele, gdyby byli tu obecni i gdyby dokładnie znali sytuację. Nawet jeśli
w chwili podejmowania decyzji nie możemy zasięgnąć ich rady, czujemy się wobec
nich odpowiedzialni. To dlatego czujemy potem potrzebę wytłumaczenia im naszej
decyzji, przedstawienia im naszych racji, oczekujemy potwierdzenia przez nich
tego, co wybraliśmy w cichym dialogu z samymi sobą, w którym jednak – choć z
oddali – byli obecni również oni.
Dlaczego tak ważny jest dla nas osąd innych ludzi? Czy dlatego, że człowiek jest
"zwierzęciem stadnym", które – po to, aby się czuć pewnym siebie – potrzebuje
potwierdzenia ze strony innych?
Musimy jednak uważać, aby nie popełnić błędu. Tym, co naprawdę jest dla nas
ważne, nie jest osąd innych, potwierdzenie ze strony naszego otoczenia. Istotny
jest osąd przyjaciół. Musimy zatem zapytać, kim jest przyjaciel. Arystoteles
mówi, że najwyższa forma przyjaźni rodzi się ze szczerego pragnienia dobra
drugiego człowieka, a zarazem z poznania jego prawdziwego dobra. Dlatego
przyjaciel jest dla nas autorytetem. W języku łacińskim słowo auctoritas
pochodzi od czasownika augeo (wzrastać). Autorytetem jest ten, kto przyczynia
się do naszego wzrostu.
Przyjacielem jest zatem ktoś, kto pomaga nam wzrastać w naszym człowieczeństwie.
W tym sensie przyjaciela definiuje się poprzez historię. Przyjacielem bowiem
jest ktoś, z kim odkryliśmy i przeżyliśmy coś, dzięki czemu wzrastaliśmy w
naszym człowieczeństwie. Przyjacielem jest ktoś, z kim dzielimy odkrycie
wartości – prawdy o dobru – angażującej naszą odpowiedzialność. Odkrycie
wartości jest bowiem zawsze związane z odkryciem naszej za nią
odpowiedzialności. Wartość wnosi roszczenie do zaistnienia, ale jej konkretne
istnienie realizuje się w naszym zaangażowaniu, a nawet jest pewnym sposobem
naszego bycia.
Odpowiedź na wartość jest naszym samospełnieniem w wartości i dzięki wartości.
Wartość prawdy wnosi roszczenie do tego, aby była realizowana w naszym – zgodnym
z prawdą – życiu. Sumienie jest miejscem, w którym zadajemy sobie pytanie o
naszą relację do wartości, a jednocześnie pytamy o nas samych. Spotkanie z
wartością otwiera bowiem przed nami możliwość życia w prawdzie, otwiera przed
nami bramy autentycznej egzystencji.
Obok tej możliwości pojawia się też inna: możliwość odrzucenia i zdrady odkrytej
i uznanej wartości, możliwość egzystencji nieautentycznej. Całe życie moralne
sprowadza się do konkretnego wyboru pomiędzy tymi dwiema możliwościami.
Jak powiedzieliśmy, decyzji nie podejmujemy samotnie. Filozofowie, zwłaszcza
fenomenologowie, intersubiektywność przeciwstawiają nieraz obiektywności. Takie
przeciwstawienie jest jednak błędem i prowadzi do poważnego zamieszania. Świat
wartości, który jest obiektywny i dlatego właśnie apeluje do naszej
odpowiedzialności i do naszego sumienia, odsłania się przed nami jako
istniejącymi wraz z innymi i domaga się, aby go egzystencjalnie urzeczywistnić w
naszym działaniu wraz z innymi. Intersubiektywność nabiera sensu dzięki
obiektywności wartości, towarzysząc ich odkrywaniu i urzeczywistnianiu.
Pragnienie człowieka i głęboki dynamizm życia moralnego nie odnosi się do
prostego faktu istnienia wraz z innymi, lecz do istnienia wraz z nimi w
prawdzie, w odkrywaniu prawdy i we wspólnym wzrastaniu w niej. To prawda jest
tym, co łączy ludzi.
Wspólnota ludzi w prawdzie różni się od innego typu wspólnoty, która jest
wspólnotą fałszywą. Jest to wspólnota oparta na strachu, a zwłaszcza na strachu
przed samotnością, na obawie przed byciem odrzuconym przez innych. Wybór
solidarności wymaga odwagi odrzucenia szantażu samotności. Po to, aby móc być z
innymi w prawdzie, trzeba się zaangażować i odrzucić bycie z innymi bez prawdy.
Najbardziej subtelną formą szantażu jest właśnie intersubiektywność bez prawdy:
Jeśli nie zrezygnujesz z tego, co uznałeś za prawdę, zostaniesz wykluczony z
kręgu przyjaciół i ze wspólnoty z innymi ludźmi. Owa forma szantażu jest
najgorsza właśnie z tego względu, że ludzkie poszukiwanie prawdy ma aspekt
wspólnotowy, intersubiektywny. To dlatego intersubiektywność nie powinna być
nigdy przeciwstawiana obiektywności prawdy.
Sumienie jest zatem odpowiedzialne wobec prawdy, a zarazem wobec tych, wraz z
którymi jesteśmy związani prawdą. Jeśli nie możemy bezpośrednio zapytać ich o
radę, zwracamy się w stronę ich obrazu, który nosimy w sobie, a potem wyjaśniamy
im to, co uczyniliśmy. W pewnym sensie robimy to właśnie teraz.
Ja, doktor tego Uniwersytetu, którego Mistrzowie tak wiele nauczyli mnie o
prawdzie o człowieku, przychodzę, aby wyjaśnić Wam moją decyzję, a zarazem
poprosić Was o radę. Pozostaje to w zgodzie z naturą uniwersytetu jako takiego.
Uniwersytet jest bowiem miejscem poszukiwania prawdy; co więcej, w instytucji,
jaką jest uniwersytet, poszukiwanie prawdy nie odbywa się w samotności i w
oddzieleniu od drugich, lecz w sposób wspólnotowy, poprzez wspólne badania.
Dlatego przyjaźń, która powstaje na uniwersytecie i obejmuje profesorów i
studentów, ma szczególną jakość. Pamięć o niej wspiera decyzje naszego sumienia
i je podtrzymuje.
To, co się wydarzyło, jest dobrze znane. Przedstawiono moją kandydaturę na
członka Komisji Europejskiej. Propozycję taką wysuwają rządy państw
członkowskich. Kandydaci przesłuchiwani są przez Parlament Europejski. Bada się
ich kompetencje zawodowe (należy sprawdzić, czy rozumieją co nieco z tego, czym
mają się zajmować) oraz integralność moralną. Nie jest to ocena polityczna.
Podczas gdy w parlamencie narodowym oceniamy polityczną bliskość idei – na
przykład kandydata na ministra – z naszymi własnymi ideami, to w Parlamencie
Europejskim nie może tak być. Komisarze nominowani są bowiem przez poszczególne
rządy, które reprezentują oczywiście różne opcje polityczne. Dlatego osoby,
które nigdy nie mogłyby wspólnie tworzyć rządu narodowego, mogą i muszą zasiadać
wspólnie w jednej Komisji Europejskiej. Podczas mojego przesłuchania nikt nie
wysunął wątpliwości co do moich kompetencji zawodowych, a jednak socjaliści,
liberalni demokraci, zieloni i komuniści zagrozili, że jeśli nie zrezygnuję z
kandydowania, to będą głosować przeciw Komisji. Nie mogę zatem nie dojść do
wniosku, iż uznano, że nie jestem godny moralnie, aby pełnić funkcję komisarza
europejskiego. Z jakiego powodu? Dlatego, że powiedziałem to, co o
homoseksualizmie mówi Katechizm Kościoła katolickiego. Gdyby takie kryterium
zastosowano w przeszłości, ani Adenauer, ani De Gasperi, ani Schuman nie mogliby
być komisarzami europejskimi.
Niektórzy chwalili mnie za odwagę, inni zarzucali mi nazbyt ostentacyjne
manifestowanie swojej wiary. Muszę powiedzieć, że nie zasługuję ani na pochwały,
ani na krytykę. Zachowałem się jak nader ostrożny chrześcijanin, prawie jak
Nikodem, który przyszedł do Jezusa w nocy, gdyż bał się uczonych w Piśmie i
faryzeuszów. To nie ja wprowadziłem do dyskusji publicznej słowo tak silnie
obciążone emocjonalnie jak słowo "grzech". Uczynili to moi przeciwnicy.
Niestety, wiele lat, które poświęciłem studiowaniu i nauczaniu filozofii,
zwłaszcza fenomenologii, sprawiło, że nie potrafiłem omijać pytań i mówić tak,
aby nie powiedzieć niczego (umiejętność takiego mówienia jest sztuką, która może
się nieraz politykowi przydać). Odpowiedziałem zatem, mówiąc minimum tego, co
może powiedzieć chrześcijanin (nie odważny, raczej bojaźliwy): "Mogę sądzić, że
homoseksualizm jest grzechem, ale nie ma to żadnego znaczenia politycznego,
dopóki nie mówię, że homoseksualizm jest przestępstwem". Tego jednak nie mówię;
co więcej, z przekonaniem przyjmuję zasadę niedyskryminowania osób
homoseksualnych. Jeśli bowiem wszyscy grzesznicy mieliby być karani, to wszyscy
trafilibyśmy do więzienia – ze mną na pierwszym miejscu. Czym innym jest poziom
polityki i prawa, a czym innym poziom osądu moralnego. Parlament Europejski nie
ma prawa wchodzić do mojego sumienia i mówić mi, co mam myśleć.
Jak widać, mamy tu do czynienia ze znaną od dawna zasadą liberalną. Zgodnie z tą
zasadą osoby, które mają różne poglądy moralne, mogą żyć razem jako obywatele o
równych prawach w tej samej wspólnocie politycznej. Ta liberalna zasada jest
jednocześnie zasadą chrześcijańską. Spotykając cudzołożnicę, Jezus nie mówi:
Zrobiłaś dobrze, rób tak dalej, wróć do twego kochanka lub poszukaj sobie
innego. Mówi jej: "Idź, a od tej chwili już nie grzesz!" (J 8, 11), a to
oznacza: To, co zrobiłaś, jest złe, ale Ja ciebie nie potępiam – nie dlatego, że
jesteś niewinna, ale dlatego, że ci wybaczam. A do zgromadzonych Jezus mówi: Nie
macie prawa potępiać, gdyż także wy jesteście grzesznikami i potrzebujecie
miłosierdzia. Bądźcie miłosierni, bo i wy potrzebujecie miłosierdzia. Tylko
Jezus ma prawo potępiać, ale On nie potępia, gdyż przyszedł na świat nie po to,
aby go potępić, lecz po to, aby go zbawić.
Parlament Europejski odrzucił tę liberalną i chrześcijańską zasadę, wprowadził
natomiast nową inkwizycję. Nie interesował się określonym stanowiskiem czy linią
polityczną, lecz sądem sumienia, dążąc do ustanowienia nowej ortodoksji, swego
rodzaju nowej ateistycznej religii Unii. Dla tej nowej ateistycznej religii
istnieje tylko jedna prawda, a mianowicie to, że żadna prawda nie istnieje. Ten,
kto nie chce zrezygnować z wydawania sądów wedle kryteriów dobra i zła, jest
obywatelem drugiej kategorii i nie może sprawować urzędów w Unii. A przecież
wolne jest takie społeczeństwo, w którym grzesznicy mogą grzeszyć, a księża i
filozofowie mogą mówić, że grzech jest grzechem. Jeśli jedna z tych form
wolności zanika, to społeczeństwo nie jest już wolne.
Powiedziałem, że Parlament wziął na siebie poważną odpowiedzialność działania
sprzecznego z Konstytucją, gdyż przypisał sobie prawo, którego nie posiada, i
ustanowił nową ideologiczną inkwizycję. W rzeczywistości sprawy potoczyły się
jeszcze inaczej. Grupy, które być może posiadały większość w Parlamencie,
zagroziły, że jeśli nie zrezygnuję z kandydowania, to nie udzielą wotum zaufania
Komisji Europejskiej. Głosowanie jednak nie odbyło się. Zrezygnowałem, aby
uniknąć zastosowania powyższej zasady. Po mojej dymisji problem pozostaje
otwarty. Musi się on stać przedmiotem zmagań kulturowych i politycznych w
najbliższych latach, po to, aby określić, jakiej Europy rzeczywiście chcemy.
W chwili podejmowania decyzji przypomniałem sobie o małej książeczce profesora
tego Uniwersytetu, ks. Tadeusza Stycznia. Pierwotnie był to wykład, który
usłyszałem na Meetingu Ruchu Comunione e Liberazione w Rimini. Jego bohaterem
był Jan Kowalski – jeden z wielu więźniów sumienia, przetrzymywanych w
więzieniach czy miejscach internowania przez reżim generała Jaruzelskiego,
którym proponowano wolność pod warunkiem, że podpiszą deklarację lojalności
wobec reżimu. Ksiądz Styczeń wyjaśniał, że powiedzenie nieprawdy w celu
odzyskania wolności równa się upokorzeniu i zranieniu własnej wolności. Tym
bowiem, czego w rzeczywistości boi się władza, jest siła prawdy. Jeśli jednak
uczynimy z prawdy towar wymiany, jeśli uznamy, że możemy ją zdradzić dla własnej
korzyści, to tym samym rezygnujemy z siły prawdy. Czy możemy się jeszcze do niej
odwoływać, jeśli nie uznajemy jej w praktyce, uznając jedynie logikę przemocy, a
w każdym razie w swoim działaniu poddajemy się raczej logice przemocy niż sile
prawdy?
Przypomniałem sobie również szkockiego męczennika z XVII wieku – księcia
Gordona. Kiedy w zamian za zaparcie się wiary zaproponowano mu życie i wolność,
książę Gordon odpowiedział: "Łatwiej jest oddzielić moją głowę od mego ciała,
niż moje serce od mego Pana". Dobrze jednak wiedziałem, że nie mogę się
porównywać ani z księciem Gordonem, ani nawet z Janem Kowalskim. Tym, którzy
zachęcali mnie do zmiany moich poglądów, powiedziałem wówczas: "Łatwiej jest
oderwać moje siedzenie od mego fotela, niż moje serce od mego Pana". Tylko Bóg
wie, czy potrafiłbym oddać moją głowę za Pana. Mam nadzieję, że tak, ale
wolałbym nie być wystawiany na próbę. Miałem natomiast dość siły, aby
zrezygnować z fotela w Komisji Europejskiej. Są rzeczy ważniejsze od członkostwa
w Komisji, a wśród nich na pierwszym miejscu znajdują się wiara i sumienie.
Tyle na temat tego, co mnie spotkało. Nie okazalibyście jednak solidarności ze
mną tak, jak ją okazaliście, i nie stałbym tu dzisiaj przed wami, gdyby chodziło
jedynie o niesprawiedliwość, której doświadczyłem. Chodzi bowiem o coś więcej.
Przede wszystkim chodzi o to, czy katolik – szerzej: chrześcijanin, a
prawdopodobnie również żyd – może być komisarzem europejskim. To, co
powiedziałem, było bowiem minimum tego, co powinien powiedzieć człowiek
wierzący. Czy w Unii Europejskiej chrześcijanie są obywatelami drugiej
kategorii? Na to pytanie trzeba odpowiedzieć zarówno na płaszczyźnie
instytucjonalnej, jak i na płaszczyźnie politycznej. Na płaszczyźnie
instytucjonalnej konieczna jest taka reforma norm postępowania Parlamentu, która
uniemożliwi w przyszłości nadużycia ze strony większości, podobne do tego, jakie
miało miejsce w moim przypadku. Na płaszczyźnie politycznej konieczna jest w
Europie mobilizacja ludzi wierzących, a wraz z nimi wszystkich ludzi kochających
wolność i wierzących w te zasady wolności, które jako jedyne mogą zagwarantować
życie w jednej wspólnocie politycznej ludzi posiadających różne wizje świata
jako obywateli z równymi prawami. Ci, którzy dopuścili się tego nadużycia, zdali
sobie sprawę, że przesadzili, i teraz dążą do tego, aby zapomniano o tym fakcie.
Obawiają się bowiem, że tak oczywisty fakt dyskryminacji chrześcijan w Unii
Europejskiej może doprowadzić do mobilizacji wielkich, a dotąd drzemiących i
podzielonych sił chrześcijan. Naszym zadaniem jest natomiast sprawienie, aby owa
hańba nie została zapomniana, oraz zachęcenie chrześcijan i wszystkich ludzi,
którzy kochają wolność do działania na rzecz obrony ich prawa do bycia
równoprawnymi obywatelami w Europie jutra.
Drugie pytanie, którego nie możemy uniknąć, brzmi: Dlaczego do tego doszło?
Oczywiście, chciano upokorzyć jednego chrześcijanina, aby zastraszyć innych.
Chciano pokazać, że wykluczenie odwołania się do Boga w Konstytucji nie wynika z
przypadkowych okoliczności, lecz jest pozytywnym wyznaniem innej wiary – wiary
ateistycznej, relatywistycznej i antychrześcijańskiej.
Chodzi jednak nie tylko o to. Potężne lobby chce z Brukseli narzucić wszystkim
państwom członkowskim uznanie małżeństwa między osobami tej samej płci oraz tak
zwaną „pro-active action”, to znaczy aktywną promocję ze strony państwa
homoseksualnego stylu życia. W istocie chodzi o odrzucenie tradycyjnego modelu
rodziny, w którym rodzina składa się z ojca , matki i dzieci. Ze swojej strony
sądzę, że państwo powinno aktywnie promować rodzinę, ponieważ rodzina pełni rolę
społecznie pozytywną, niezbędną w życiu wszystkich narodów. W rodzinie bowiem
rodzą się i są wychowywane dzieci, a bez dzieci naród umiera.
Dzisiaj w Europie rodzi się zbyt mało dzieci, ponieważ dominująca ideologia
zachęca młodych ludzi do cynizmu, do tego, aby nie wierzyli w miłość i
oddzielali seks od miłości. Skutek jest taki, że seks staje się nudny, a miłość
zanika.
Nie możemy iść dalej tą drogą. Potrzebujemy takiego klimatu kulturowego, który
zachęci młodych ludzi do otworzenia się na niezwykłą przygodę, jaką jest bycie
rodzicami. Potrzebujemy polityki rodzinnej, która pomoże kobiecie realizować
jednocześnie jej prawo do waloryzacji jej umiejętności zawodowych oraz prawo do
bycia matką, a także doceni rolę kobiet, które rezygnują z kariery zawodowej,
aby poświęcić się rodzinie, ponieważ ich wybór ma wielką wartość kulturową,
społeczną i polityczną.
W przyszłej Europie kwestia wartości zbiega się w znacznej mierze z kwestią
rodziny. Największym zagrożeniem dla Europy nie jest islam, lecz nihilizm, który
rodzi się w jej wnętrzu i prowadzi do wysuszenia źródeł naszej witalności i
kreatywności. Czyż będzie można mieć za złe islamowi zajęcie naszych ziem, jeśli
Europa bez dzieci sama pozbawi się ludzi i zniknie z dziejów?
Na podstawie obowiązującego prawodawstwa, a także na podstawie traktatu
konstytucyjnego, który zostanie poddany pod głosowanie parlamentów i narodów,
kwestie małżeństwa i rodziny należą do wyłącznej kompetencji państw
członkowskich. Jest jednak oczywiste, że poprzez przewrotną interpretację
Konstytucji antyrodzinne lobby w Parlamencie Europejskim będzie starało się
wywrzeć presję na parlamenty narodowe, przypisując sobie uprawnienia, których
nie posiada. Dlatego zamierzam zaproponować parlamentowi włoskiemu dołączenie do
głosowania nad ratyfikacją Konstytucji deklaracji interpretacyjnej, która
potwierdzi fakt, iż definicja małżeństwa i rodziny oraz kwestie związane z
obroną życia pozostają w pełni w ramach suwerenności poszczególnych państw
członkowskich. Nikt nie powinien się łudzić, że będzie mógł nam z Brukseli
nakazywać, jak w Rzymie czy w Warszawie mamy postępować w tak delikatnej
materii, która dotykając życia i rodziny, dotyka korzeni tożsamości narodowej.
Propozycję tę przedstawiłem 7 stycznia w Monachium parlamentarzystom z CSU, a
dzisiaj powtarzam ją przed Wami. Byłoby dobrze, gdyby we wszystkich – a
przynajmniej w większych – krajach przypomniano z mocą fakt, że decyzje w
kwestiach rodziny pozostają w gestii narodów.
Czym innym jest niedyskryminowanie osób homoseksualnych jako osób, a czym innym
stworzenie uprzywilejowanych warunków dla homoseksualizmu jako stylu życia.
Potwierdzenie faktu, że w tej materii Parlament Europejski nie ma żadnych
uprawnień, stanowiłoby właściwą odpowiedź kulturową i polityczną na wyzwanie,
które zostało rzucone. Jeśli ktoś natomiast sądzi, że prawo do decydowania o
samym sednie tożsamości narodowej należy odstąpić Brukseli, niech weźmie na
siebie odpowiedzialność i niech zagłosuje w parlamencie przeciw propozycji
deklaracji, która potwierdza tę zasadę. Naród wyda swój osąd podczas następnych
wyborów.
W tym miejscu trzeba postawić trzecie pytanie: Czy Europa, która się boi lub
wstydzi wymienienia w preambule swojej Konstytucji imienia Boga, Europa, która
chce dyskryminować chrześcijan, redukując ich do obywateli drugiej kategorii,
Europa, która zmierza do łagodnego samobójstwa i która jest tak zaślepiona
nienawiścią do siebie samej, że uważa za nieprzyjaciół tych, którzy chcieliby ją
ocalić – czy ta Europa jest jeszcze naszą Europą? Czy pozostawanie w takiej Unii
ma jeszcze sens?
Pytania te są uzasadnione i bardziej niż ktokolwiek inny potrafię zrozumieć
gniew i oburzenie, z jakich się rodzą. Szczerze i otwarcie muszę jednak
powiedzieć, że poddanie się zgorzknieniu i wycofanie się z walki, w której
chodzi o duszę Europy, byłoby błędem. Prosta prawda jest taka: my jesteśmy
Europą – Europą jest Polska, Europą są Włochy. Nie istnieje inna Europa, w
której moglibyśmy doświadczać naszej narodowej tożsamości. Jeśli ten statek,
jakim jest Europa, miałby zatonąć, to nikt z nas nie ma do dyspozycji łodzi
ratunkowych. A z drugiej strony: czy możemy powiedzieć, że któreś z naszych
państw – Polska lub Włochy – jest odporne na tę chorobę, jaką jest nihilizm, na
którą cierpi Europa? Nie, nasz los jest wspólny, wspólna jest nasza choroba, a
zatem i lekarstwo może być tylko wspólne. Dramatyczne pytania, które postawiłem,
powinny raczej przypomnieć nam o tym, że Europa, którą budujemy, nie jest rajem
na ziemi, lecz miejscem walki. Oczywiście, nie jest to nasza Europa, ale nie
jest to też „ich” Europa, o ile będziemy potrafili wytrwale walczyć pomimo
porażek i bez popadania w nadmierny entuzjazm po zwycięstwach. Ta walka będzie
długa i nie wiem, czy ją wygramy.
Cywilizacje, które przez wieki dominowały, w końcu zanikły; również Jezusowa
obietnica ostatecznego zwycięstwa wiary dotyczy chrześcijaństwa, ale
niekoniecznie odnosi się do europejskiej i zachodniej cywilizacji
chrześcijańskiej.
Pewne jest to, że nasi przeciwnicy nie mogą wygrać. Ich projekt nie jest
projektem budowy innej Europy. Jest to raczej projekt zniszczenia tej jedynej
Europy, jaka istnieje.
Jeśli miałaby wśród nas przeważyć perspektywa nihilizmu, to w obliczu wyzwań XXI
wieku (przede wszystkim wobec wyzwania islamu) Europa może się tylko zawalić.
Dlatego nasza walka nie jest walką o chrześcijańską Europę. Jest to walka o
ocalenie Europy, ocalenie, które nie jest możliwe bez powrotu do podstawowych
wartości naturalnych. Czyż wolność, rozum i rodzina nie są wartościami
naturalnymi? Oczywiście, są to zarazem wartości chrześcijańskie, ale tylko
dlatego, że objawienie chrześcijańskie potwierdza i pogłębia wartości, które są
obecne już w porządku stworzenia i są zasadniczo dostępne każdemu człowiekowi.
Dlatego nasza walka nie ma charakteru konfesyjnego: jest świecka, racjonalna,
ludzka. Nie opiera się na dogmacie religijnym, lecz na racjonalności ludzkiej,
obywatelskiej i politycznej.
Jest oczywiście prawdą, że kiedy Europa odchodzi od chrześcijaństwa, to razem z
prawdą chrześcijańską gubi się również ludzka prawda o naszych dziejach i o
naszej kulturze. Sednem dzisiejszego nihilizmu nie jest w istocie śmierć Boga,
lecz raczej śmierć człowieka, dekonstrukcja cywilizacji i kultury. Jak
powiedział kard. Joseph Ratzinger, Europa, która odrzuca chrześcijaństwo,
zaczyna nienawidzić siebie samej i dąży do zniszczenia własnego ludzkiego
oblicza.
Uwagi te należą już jednak do innego obszaru refleksji – do teologii i filozofii
dziejów. Pozostając w porządku świeckim i używając świeckiego języka, możemy
powiedzieć, że w dzisiejszej Europie toczy się spór o człowieka, spór o
znaczenie bycia człowiekiem. Spór o człowieka (Der Streit um den Menschen) –
taki tytuł nosi książka, którą przed laty opublikowali trzej wybitni
profesorowie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego: Karol Wojtyła, Tadeusz
Styczeń i Andrzej Szostek. Kiedy ją dzisiaj czytamy, w wielu aspektach jawi się
nam ona jako profetyczna. Spór o człowieka w Europie rozstrzyga się właśnie
dzisiaj.
Jeśli zatem nie możemy opuścić Europy, to musimy wejść w nią jeszcze głębiej,
podejmując spór o człowieka z większym zdecydowaniem i pasją.
Niektóre decydujące aspekty tego sporu rozgrywają się na terenie polityki. Nie
powinniśmy się bać polityki. Ofensywa przeciw Europie wyrusza z terenu polityki
i na tym terenie należy jej stawić czoła. Siły tych, którzy pragną, aby Europa
żyła, są wielkie, ale uśpione. Siły tych, którzy dysponują jedynie projektem
śmierci Europy, są znacznie mniejsze, ale dobrze zorganizowane i świadome swego
celu.
Również w moim przypadku przegraliśmy tylko jednym głosem. Nie powinniśmy czuć
się przegrani i rezygnować z walki. Musimy być świadomi faktu, że w dziedzinie
polityki potrzebujemy chrześcijańskiego świadectwa i że społeczne nauczanie
Kościoła jest integralną i nieusuwalną częścią chrześcijańskiej doktryny, tak
jak świadectwo chrześcijanina w polityce jest integralną i nieusuwalną częścią
chrześcijańskiego świadectwa w świecie.
Uprawianie polityki nie jest łatwe, ale łatwe nie jest również życie. Reguły
polityki są w wielu aspektach podobne do reguł życia. Polityka jest sztuką
takiego prowadzenia wspólnoty ku dobru wspólnemu, które respektuje zarazem
wolność każdego z jej członków. To samo dokonuje się w życiu rodziny. Trzeba być
giętkim, otwartym na kompromisy, ale bez rezygnowania z tego, co istotne. Ten
właśnie punkt podkreślałem kilka lat temu w moim poprzednim wykładzie w
Lublinie, który poświęcony był „bólowi polityki”. Ból polityki polega na
niemożności przekonania do dobra i prowadzenia ku dobru. Co robić, kiedy w
sferze polityki dobro nie jest uznawane? Większość nie zawsze ma rację. Co robić
wówczas, gdy większość się myli? Trzeba próbować ją przekonać lepszymi
argumentami, starając się o to, aby zrozumiała nasze racje. Większość podejmuje
bowiem zazwyczaj słuszne decyzje, o ile tylko zostanie odpowiednio poinformowana
i jeśli w odpowiedni sposób przedstawi się jej wchodzące w grę alternatywy i
wartości. Jeśli naród się myli, to za jego pomyłkę odpowiedzialni są zazwyczaj
politycy, którzy nie potrafili mu wyjaśnić problemu i przekonać go, to znaczy
nie spełnili swojej roli przewodnika. Dlatego trzeba, aby szeregi polityków były
zasilane przez ludzi młodych: dobrze przygotowanych, pełnych entuzjazmu, a
zarazem realistycznych i umiarkowanych.
Polityk potrzebuje entuzjazmu i przekonania co do wartości, ale potrzebuje
również realizmu i umiarkowania. Zadanie prowadzenia narodu w wolności i dbania
o to, aby nie został on oszukany, nie jest łatwe; co więcej, to zadanie nigdy
się nie kończy. Trzeba bezkompromisowo kochać prawdę, a zarazem trzeba posiadać
zdolność do zawierania dobrych kompromisów, tak aby kierować procesem, który
może być tylko stopniowy i w którym czasami najlepszy możliwy wynik będzie
polegał na przeszkodzeniu większemu złu.
Niektórzy szukają w polityce bezkompromisowości. Chociaż pragnienie to jest
zrozumiałe wobec rozpowszechnionych w polityce bezwstydnych demonstracji
oportunizmu i wobec zdrady fundamentalnych zasad, to jednak jednostronne
podkreślenie bezkompromisowości byłoby błędne. Polityka jest również sztuką
kompromisu, który pozwala przesuwać punkt decyzji politycznej we właściwym
kierunku, mając świadomość, że dobro, które jest możliwe do zrealizowania w
dziejach, nigdy nie utożsamia się z dobrem absolutnym, które nie jest z tego
świata. Polityka nie jest tylko świadectwem; musi być bowiem świadectwem
skutecznym.
W poszukiwaniu tej trudnej i delikatnej równowagi nie należy jednak nigdy
zapominać o przykładzie św. Tomasza Morusa, który nie przypadkiem jest patronem
polityków. Na ile to tylko możliwe, trzeba unikać konieczności wyboru pomiędzy
zwycięstwem politycznym i własnym sumieniem. Polityk powinien osiągać to, do
czego dąży, bez zdradzania własnego sumienia. Jeśli jednak okoliczności
uniemożliwiają zachowanie tej równowagi, należy wówczas bez wahania iść za
głosem własnego sumienia.
Porażka, przyjęta w duchu świadectwa prawdzie, może być źródłem największego
dobra człowieka.
Tłum. z języka włoskiego
Jarosław Merecki SDS