![]() |
|
ks. T. Baniowski TChr |
|
|
|
Amputowano
jej obie ręce i nogi Pracując
ostatnio w Hiszpanii miałem okazję odwiedzić chorą Marię Wiktorię,
która mieszka ze swoją matką, siostrą i szwagrem w pięknej, górzystej
miejscowości w Portugalii. Przeprowadziłem z nią dłuższą rozmowę na
temat przebiegu jej choroby i stanu jej duszy po amputacji wszystkich kończyn.
Ks. Tadeusz: - Kiedy Pani zachorowała i jakie były symptomy choroby tak
bolesnej i tragicznej w skutkach? Maria Wiktoria: - Ta straszna choroba,
zwana Poliatrite nudosa, pojawiła się u mnie kilka miesięcy przed ukończeniem
15 roku życia, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Angoli. Rodzice moi
mieszkali tam od urodzenia. Angola była wówczas kolonią portugalską.
Nigdy nie myślałam, że w tak młodym wieku dotknie mnie takie nieszczęście,
i że moją piętnastą rocznicę urodzin spędzę w łóżku szpitalnym,
przeżywając najbardziej gorzkie chwile mojego młodzieńczego życia. Była
to pierwsza ciężka próba mojej wytrzymałości fizycznej i duchowej.
Choroba objawiła się w ten sposób, że najpierw odczuwałam silny ból
w prawym ramieniu i cała ręka spuchła. Wkrótce otwarła się na
przedramieniu rana, która już nigdy się nie zagoiła. Ból potęgował
się z każdym dniem i stawał się nie do zniesienia. W nocy, by nie
przeszkadzać chorym, wstawałam z łóżka i siadałam na krześle.
Odczuwałam wówczas mniejszy ból, ponieważ ręka nie dotykała pościeli.
Były to bolesne, nieprzespane noce. Ból się nasilał, zabiegi lekarskie
- czyszczenie zaogniającej się rany - były bezskuteczne i sprawiały mi
dodatkowy ból. Bałam się ich tak panicznie, że bardzo płakałam i
narzekałam na swój los. Straciłam chęć do życia i chciałam już
umrzeć, żeby tak nie cierpieć. Podawano mi tabletki na uśmierzenie bólu,
ale one łagodziły go na krótki czas. Pewnego dnia ktoś z rodziny
przyniósł mi większą ilość tych tabletek . Zażyłam ich więcej,
chcąc uśmierzyć ból na dłuższy czas, ale potem, niestety, poczułam
się źle. Lekarz wezwał pielęgniarki i zapytał jakie lekarstwo mi podały.
Ja odpowiedziałam, że sama zażyłam tabletki przyniesione z domu. Wówczas
lekarz mi je zabrał i zakazał przynoszenia jakichkolwiek leków. Moje
cierpienie spotęgowało się jeszcze bardziej, kiedy lekarze w Angoli
zadecydowali przewiezienie mnie do szpitala w Johannesburgu w Afryce Południowej,
ponieważ do bólu fizycznego doszedł ból rozstania z rodzicami, rodzeństwem
i przyjaciółmi. W szpitalu w Afryce Południowej było mi bardzo ciężko;
czułam się osamotniona bez możliwości porozmawiania z kimkolwiek, gdyż
w tym szpitalu nikt nie znał języka portugalskiego. Aby móc skontaktować
się z lekarzem czy pielęgniarką, potrzebowałam tłumacza. Oprócz tego
bardzo tęskniłam za rodziną i ojczyzną. Tak bardzo chciałam wyrazić
to, co przeżywałam i nie mogłam z powodu nieznajomości języka
angielskiego lub afrykańskiego. Chrystus jeszcze nie był dla mnie kimś,
do kogo mogłabym się zwracać o ulgę w cierpieniu i prosić o pomoc.
Przez prawie trzy lata lekarze robili wszystko, by nie dokonać amputacji.
Jednak wszystkie zabiegi, które sprawiały mi wiele bólu, okazały się
bezskuteczne. W osiemnastym roku życia amputowano mi prawą rękę aż do
ramienia. Jakże wielki był mój szok, kiedy budząc się po narkozie
stwierdziłam, że już nie mam prawej ręki. Jakże gorzko wtedy płakałam.
Po amputacji prawej ręki przywieziono mnie z powrotem do Angoli. Tu poczułam
się trochę lepiej psychicznie, bo znalazłam się wśród swoich i
blisko rodziny. Już mogłam wyrazić swój ból w ojczystym języku i
porozumieć się z personelem lekarskim. Szpitala nie opuszczałam,
ponieważ choroba szybko się rozwijała. Przyszły następne amputacje. W
21 roku życia amputowano mi prawą nogę, w 23 - lewą, a w 25 roku życia
lewą rękę. Zostałam straszliwie okaleczona - pozbawiono mnie rąk i nóg.
Wyglądałam jak lalka z wyrwanymi rękami i nogami, pozostał sam korpus.
Teraz jestem całkowicie zdana na pomoc drugich. Wszystko muszą robić koło
mnie: podźwignąć mnie z łóżka, umyć, ubrać, nakarmić, zanieść
do toalety i pomóc przy czynnościach fizjologicznych. Przenieść z łóżka
do wózka i z wózka do łóżka. Początkowo pielęgniarki miały kłopoty
z posadzeniem mnie w łóżku, bo z powodu braku nóg nie mogłam utrzymać
równowagi ciała i wciąż się przewracałam na wszystkie strony. Przez
dłuższe ćwiczenia nauczyłam się utrzymywać równowagę tak, że
obecnie mogę siedzieć jakiś czas w łóżku czy na wózku. Ks. Tadeusz:
- Jak pani przeżywała kolejne amputacje swoich kończyn? Maria Wiktoria:
- To jest trudno opisać, co przeżywałam w tych tragicznych chwilach,
kiedy amputowano mi jedną kończynę po drugiej. Gdyby tak chociaż ręce
pozostały, albo chociaż jedna ręka, to może zmniejszyłoby się moje
cierpienie i rozpacz. Byłam załamana, u kresu ludzkiej wytrzymałości,
po prostu zmiażdżona bólem i rozpaczą. Buntowałam się przeciw Bogu,
o którym niewiele jeszcze wiedziałam, i oskarżałam Go, że jest
przyczyną mojej tragedii. Mówiłam do Niego: "Co Ci, Boże, uczyniłam,
jaki grzech popełniłam, że tak ciężko mnie doświadczasz. Sumienie
nie wyrzucało mi żadnego ciężkiego grzechu, więc dlaczego to mnie
spotkało?" Już po pierwszej amputacji prawej ręki nie widziałam
sensu życia i postanowiłam odebrać sobie życie. Jedynie w samobójstwie
widziałam wyjście z tego bezsensu. W chwili, kiedy już miałam popełnić
ten desperacki czyn, nagle usłyszałam tajemniczy głos: "Nie rób
tego, Ja jestem z tobą i kocham cię". Jednocześnie odczułam w
sobie bliskość Boga i dziwny pokój. Uświadomiłam sobie w jednej
chwili, że Bóg mnie jednak nie opuścił, i że naprawdę mnie kocha. Od
tej chwili już tak nie rozpaczałam, chociaż często płakałam i skarżyłam
się Bogu, że teraz już jestem nieużyteczna dla kogokolwiek i stałam
się ciężarem dla otoczenia. Każdą amputację przeżywałam bardzo
boleśnie. Nikt nie jest w stanie pojąć mojego bezdennego cierpienia po
stracie obu rąk, obu nóg... To może zrozumieć tylko ten, kto przeszedł
tę samą tragedię. Nieraz skarżyłam się Jezusowi mówiąc:
"Panie Jezu, ja teraz już nie mogę uważać Ciebie za przyjaciela,
skoro dopuściłeś na mnie takie nieszczęście. W czym Ci zawiniłam,
Jezu? Pragnę już umrzeć. A jeżeli nie chcesz mnie zabrać z tego świata,
to daj mi siłę do dźwigania tego krzyża." Modliłam się coraz żarliwiej
i czułam, jak każdego dnia wstępowało we mnie ukojenie i siła do
znoszenia mojego kalectwa. W końcu, przy pomocy łaski Bożej,
zaakceptowałam mój smutny los i pogodziłam się z wolą Bożą. Prosiłam
gorąco Matkę Najświętszą, by pomagała mi w przyjmowaniu cierpienia
bez narzekania. Kiedy pod wpływem modlitwy ożywiała się moja wiara i
miłość ku Bogu, zaczęłam nawet odczuwać radość z mojego
cierpienia. Wciąż proszę Boga, aby pomógł mi zapomnieć te straszne
chwile, jakie przeżywałam w czasie amputacji, i aby mnie umacniał
duchowo. Ks. Tadeusz: - Czym jest dla pani modlitwa? Maria Wiktoria: -
Modlitwa jest dla mnie potężną siłą pomagającą mi w dźwiganiu
mojego krzyża i chroni mnie bardzo przed smutkiem i zniechęceniem do życia.
Proszę gorąco Boga o to, abym mogła swoim słowem, swoim uśmiechem i
przykładem własnego życia złagodzić smutek i ból tych wszystkich, którzy
szukają u mnie pomocy duchowej. Mówię do nich: Pamiętajcie, moi
przyjaciele, że bohaterami nie są tylko ci, którzy w czasie wojny
zabili wielu nieprzyjaciół, ale także ci, którzy potrafią panować
nad sobą, znosić cierpliwie wszelkie przeciwności i ze spokojem dźwigać
swój krzyż. Teraz żyję w ustawicznej obecności Boga. Często z Nim
rozmawiam bardzo serdecznie i przedstawiam Mu sprawy świata. W ciszy mego
pokoiku wsłuchuję się w Jego głos i otwieram swoje serce na Jego działanie.
Jest to wspaniałe doświadczenie duchowe, które przynosi mi wiele radości
i koi wszelki ból. Mówię do Niego: "Dziękuję Ci, Boże, za to,
że pomagasz mi w cierpieniu, że nie buntuję się już przeciw Tobie,
chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że już nigdy nie będę mogła
chodzić, ani nic robić rękami, bo ich nie mam... Dziękuję Ci, Boże,
za to, że w chwili, w której najbardziej rozpaczałam i zwątpiłam w
Twoje istnienie i dobroć, Ty byłeś przy mnie podtrzymując i pocieszając
mnie w bezdennym smutku, i uratowałeś mnie od strasznego czynu samobójstwa.
Dziękuję Ci, Boże, za to, że mnie wciąż oświecasz i umacniasz, gdyż
bez Twojej pomocy nie mogłabym dalej żyć w takim stanie. Jakże cudowną
rzeczą jest żyć w obecności Boga i odczuwać Jego ojcowską miłość.
Tylko w łączności z Bogiem możemy cierpliwie znosić wszelkie doświadczenia
życiowe i przez wiarę i miłość przemieniać ten skorumpowany świat.
Nie mniejszą radością jest odczuwać ustawiczną opiekę Matki Najświętszej,
która wciąż oręduje za nami i troszczy się o nasze zbawienie. Ks.
Tadeusz: - Jaka jest reakcja ludzi, kiedy widzą panią w takim stanie?
Maria Wiktoria: - Różna. Jedni żegnali się na mój widok, mówiąc: o
Boże, co się stało z panią? Inni lamentowali nade mną, wzdychając:
Ach! Oj! Jakże pani nieszczęśliwa! Czym pani je? A ja, trochę
zirytowana tymi lamentami, odpowiadałam: jem ustami, a czym mam jeść?
Teraz zachowuję się już inaczej, bo już mnie znają prawie wszyscy w
Portugalii, ponieważ kilka razy występowałam w telewizji przemawiając
do chorych i niepełnosprawnych. Od dłuższego czas przyjmuję telefony
od różnych ludzi, którzy mają różne problemy i proszą mnie o radę
i modlitwę. Dużo osób przyjeżdża do mnie, aby mnie zobaczyć, osobiście
porozmawiać i zaczerpnąć sił do znoszenia różnych cierpień. Ja
pocieszam ich, jak potrafię i przyrzekam im modlitwę. Odchodzą ode mnie
uradowani, podniesieni na duchu i pełni nadziei. Przestają narzekać na
swój los, widząc mnie pełną pokoju i radości pomimo tak strasznego
kalectwa. Są mi bardzo wdzięczni. Ks. Tadeusz: - Widzę w pani pokoju dużo
pięknych obrazów z kwiatami. Skąd pani je ma? Maria Wiktoria: - To ja
osobiście je namalowałam. Jestem ogromnie wdzięczna Bogu za to, że dał
mi zdolność malowania ustami. Gdy byłam uczennicą w szkole, mając
jeszcze zdrowe ręce, nie potrafiłam namalować żadnego kwiatka, po
prostu nie miałam zdolności do rysunków ani do malowania. Obecnie maluję
dużo obrazów. Szczególnie lubię malować kwiaty. Maluję też na zamówienia;
ludzie chętnie nabywają moje obrazy. Ks. Tadeusz: - Już nie chcę dłużej
zamęczać pani moją rozmową i pytaniami. Ale na koniec chciałbym
jeszcze panią poprosić o jakieś rady dla moich cierpiących rodaków w
Polsce. Maria Wiktoria: - Myślę, że mogę dać im takie same rady,
jakie daję moim rodakom Portugalczykom. Mówię im, aby uwierzyli w Boga
całym sercem, zaufali Mu bez granic i powierzyli Mu swoje cierpienie.
Tylko człowiek głęboko wierzący i modlący się sercem, a nie tylko
wargami, potrafi z cierpliwością znosić swoje cierpienie łącząc je z
cierpieniami Chrystusa na krzyżu, i ofiarować je za grzechy swoje i bliźnich.
Może też ofiarować swoje cierpienie za Kościół Święty i Ojca Świętego.
Człowiek cierpiący złączony z Bogiem, nawet w cierpieniu odczuwa pokój
i radość, gdyż tylko Bóg jest źródłem prawdziwej radości i pokoju.
Mówię im, żeby nie załamywali się wśród doświadczeń życiowych.
Niech ustawicznie proszą Boga o siłę w dźwiganiu swojego krzyża i
pamiętają, że najpewniejsza droga do nieba prowadzi przez krzyż.
Chrystus zbawił świat przez krzyż. Niech starają się poznać Boga
przez czytanie Pisma Świętego, książek religijnych, i przez modlitwę,
bo gdy naprawdę Go poznają, to na pewno pokochają Go i nie będą
buntować się przeciwko Niemu tak, jak ja się buntowałam wówczas, gdy
Go jeszcze nie znałam.Obecnie poznaję Boga na nowo, kocham Go całym
sercem i dziękuję Mu za wszystko, za cierpienie też. Moja choroba
jeszcze nie wygasła, odczuwam bóle w ciele, ale to mnie już nie przeraża,
bo powierzyłam się całkowicie Bogu. Proszę pozdrowić ode mnie
wszystkich swoich Rodaków, zwłaszcza cierpiących. Ks. Tadeusz: - Dziękuję
pani za rozmowę. Włączam panią do moich codziennych modlitw i proszę
również o modlitwę w mojej intencji, abym w zdrowiu czy cierpieniu był
zawsze wierny Bogu i Kościołowi oraz mojemu Zgromadzeniu, które polecam
modlitwom pani. Maria Wiktoria: - Dziękuję bardzo księdzu za
odwiedziny, miłą rozmowę i słowa otuchy. Cieszę się bardzo, że
odwiedził mnie polski kapłan. Proszę księdza o błogosławieństwo.
Ks. Tadeusz: - Niech dobry Bóg błogosławi panią i całą rodzinę. Alé
logo, senhora! Do widzenia pani! Maria Wiktoria: - Alé logo, Padre. Do
widzenia Ojcze. Muito obrigada! Bardzo dziękuję! Wywiad z Marią Wiktorią
przeprowadził ks. Tadeusz Baniowski z Towarzystwa Chrystusowego,
wieloletni misjonarz w Brazylii, Afryce Południowej, Hiszpanii. Wiktoria
twoje imię. Kto ci je dał? Z pewnością twoi rodzice. Ale jednak to Bóg
wybrał je dla ciebie. Imię trudne, wiedziałaś? Jakże wielka
odpowiedzialność mieć takie imię. Lecz właśnie ty jesteś tą silną,
Pogodną i pewną. Jesteś ty, bez twoich rąk - obejmując świat, dając
siłę pokonanym. Dałaś swoje ręce Jezusowi i On ci dał talent, by móc
wyciągnąć je i przekazać swoje ciepło, swój żar tym, którzy drżą
chwiejąc się w życiu. Jesteś ty, bez twoich nóg lecz przebiegasz świat
każdego dnia i odległości tak wielkie, że gdybyś miała nogi, nie
poszłabyś tak daleko z twoimi orędziami nadziei z twoimi hymnami radości
z twoim ogromnym sercem napełnionym miłością tak piękną i tak głęboką.
Wiktorią jesteś ty (zwycięstwem) Ty zawsze będziesz najlepszą Atletką
świata! Nie pokazujesz odznaczeń w zawodach? Kto powiedział, że nie? Wiersz
o Marii Wiktorii tłumaczył ks. T. Baniowski TChr
|
|
[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]
|