![]() |
|
Tłumaczył ks. Andrzej Trojanowski TChr |
|
|
|
Poniżej
przedstawiona historia została napisana przez jej świadka, a zarazem
uczestnika, którym był katolicki kapłan-misjonarz w Chinach. Jest wstrząsająca,
jako zapis szczególnego okrucieństwa. Lecz zachwyca także i buduje
nadzwyczajną mocą wiary, której zarazem jest dowodem. "...Ukląkłem
na miejscu udzielania komunii i modliłem się, w oczekiwaniu na kolejne
zdarzenia. Za każdym razem, gdy słyszałem jakiś hałas w kościele lub
głośny rozkaz na ulicy, liczyłem się z bliską śmiercią. Lecz nic
szczególnego nie zdarzyło się tamtego dnia. Nazajutrz przeżyłem
niespodziewaną wizytę. "Policja" - pomyślałem sobie i przeszły
mnie już ciarki. Nie, był to tylko jeden oficer, władający doskonale
chińskim. Udzielił mi następującego pouczenia: "Proszę
kontynuować swoje zajęcie". Ofiarowałem mu jedno cygaro. Ukłonił
się i wyszedł. Kolejne dni również nie przyniosły niczego
specjalnego. Żołnierze odnosili się do mnie z rezerwą i z ciekawością
patrzyli, kiedy chodziłem po ulicy. Miesiące mijały, a ja zacząłem
przyzwyczajać się do komunistycznego reżimu. Lecz nie potrwało to długo...
Pewnego letniego popołudnia, do szkoły przyszedł inspektor w
towarzystwie czterech żołnierzy. Weszli do sali bez pukania. Czasy
zmieniły się dla Chin - orzekł głośno inspektor - i wszystkie te pobożne
przedmioty trafią zaraz do pieca. Jazda, do roboty dzieciaki... Po
chwili, wraz z żołnierzami, zaczął zdzierać ze ścian obrazy, krzyż
i figurki, kładąc je na ławkach. Następnie, rozkazał dzieciom włożyć
to wszystko do kartonów i wynieść do ubikacji. Przerażone dzieci nie
ruszały się z miejsc. Szybciej - krzyczał inspektor - bo inaczej zrobię
użytek z mojego rewolweru. Lecz dzieci okazywały ciągle ten sam opór.
W ostatniej ławce siedziała mała dziewczynka, z przygryzionymi wargami
i z rękoma złożonymi, jak figura. Ty tam, z tyłu! -- wrzasnął
inspektor, podążając w jej kierunku. Grożąc i obkładając ją
najgorszymi przekleństwami, usiłował zmusić ją do wykonania rozkazu.
Mała spuściła oczy, lecz nie poruszyła się. Pozostałe dzieci były
zmrożone strachem. Panowała śmiertelna cisza. Nagle, jeden z żołnierzy
wyciągnął rewolwer i strzelił w okno. Dzieci krzyknęły z przerażenia
i zaczęły płakać. Pod szkołę podchodziło coraz więcej ludzi,
zdziwionych hałasem. Inspektor terroryzował dziewczynkę krzykiem, lecz
ona nadal nie ruszała się z miejsca. Tylko wielka łza spływała po jej
policzku. Spoglądając na grupę zebranych ludzi, rozkazał:
"Sprowadźcie mi jej ojca, a potem zbierzcie wszystkich w kościele".
Sprowadzono ojca dziewczynki z rękoma związanymi z tyłu. W międzyczasie,
kościół wypełnił się. Ojcu kazano stanąć na prawo przy balaskach,
w ten sposób, aby dokładnie widział córkę, którą przyprowadzono na
miejsce udzielania komunii. Inspektor zamruczał coś do samego siebie, a
potem głośno przemówił: "Nauczono was, że Bóg wasz jest
wszechmogący i że przebywa tu w tabernakulum. Oto pokaże wam teraz, jak
was oszukiwano. On nie może zupełnie nic! Zaraz zostanie zmiażdżony
pod naszymi butami i nawet nie piśnie!" Żołnierze rozwalili
drzwiczki tabernakulum jedną salwą strzałów. Zapanowało kamienne
milczenie. Inspektor wziął puszkę, otworzył ją i wysypał wszystkie
hostie na posadzkę w prezbiterium. "Podeptać ich Boga! - krzyknął
do żołnierzy, którzy natychmiast wykonali rozkaz. - I co powiecie
teraz?" Wszyscy wstrzymali dech. "Wierzycie nadal w to, co
opowiadają wam księża?" - zwrócił się do ojca dziewczynki:
"Odpowiadaj!" "Tak, nadal wierzę" - odpowiedział
spokojnie. Rozpalony wściekłością, inspektor wrzasnął:
"Dawajcie mi go tutaj!" W tym samym momencie, zbliżył się do
niego pewien podoficer i powiedział mu coś na ucho. "Wszyscy wyjść
z kościoła. Zostać ma tylko samo dziecko!"- rozporządził
inspektor, wyraźnie ugięty otrzymanym rozkazem. Mnie samego, natomiast,
zamknięto w komórce na węgiel, przylegającej do kościoła. Wewnątrz
niej znalazłem dziurę, z której mogłem obserwować prezbiterium kościoła.
Patrzyłem na rozsypane hostie i na dygocącą z przerażenia dziewczynkę.
Nie upłynęło wiele czasu, jak do kościoła weszła jakaś kobieta,
bogato ubrana, wystrojona w bransolety i pierścionki. Z uśmiechem podeszła
do małej, rozwarła ramiona i powiedziała: Cóż ci ludzie tobie
zrobili? Choć, nie zrobię ci nic złego... Dziewczynka zaczęła szlochać
i rzuciła się w ramiona nieznanej. Po chwili, obydwie opuściły kościół.
W ciemności mojego "więzienia" straciłem poczucie czasu.
Modliłem się, spałem, odczuwałem głód i bolała mnie głowa. Panowała
wokół mnie śmiertelna cisza. Przypuszczam, że był to ranek, kiedy
nagle usłyszałem jakby ciche otwieranie drzwi. I kogóż ujrzałem przez
dziurkę od klucza? Moją małą dziewczynkę, która z wahaniem podążała
w stronę prezbiterium. Skupiona, zatrzymała się, popatrzyła wokoło,
zrobiła jeszcze kilka kroków, uklękła i z szacunkiem podniosła językiem
jedną hostię, spożywając ją. Gdy się podniosła, złożyła ręce i
z zamkniętymi oczyma modliła się... Potem wstała i znikła. Prawie
identyczna scena powtarzała się co ranek, będąc dla mnie jedynym
pocieszeniem w mej ciemnej kryjówce. Z niecierpliwością oczekiwałem
ranka, kiedy dziewczynka znowu przyjdzie spożyć kolejną z hostii. Piękno
jej dziecięcej sylwetki, rozpromienione oczy i jej pełne nieśmiałości
kroki wprowadzały mnie w prawdziwy zachwyt. Ileż razy jeszcze ją ujrzę?
Lecz pewnego ranka, kiedy po komunii modliła się swoim zwyczajem,
brutalnie otworzyły się drzwi. Rozległ się najpierw dziki okrzyk, a
potem strzał. Dziewczynka, wspierając się na rękach, powoli osuwała
się na posadzkę. Zbierając ostatnie siły, przyjęła językiem jeszcze
jedną ze sprofanowanych hostii. Żołnierz stanął nad nią i przyglądał
się pilnie. Po raz ostatni usiłowała się podnieść i złożyć ręce
do modlitwy, lecz bezwładnie upadła. Po kościele rozległo się głuche
uderzenie jej głowy o posadzkę. Żołnierz wlepił wzrok w jej martwe
ciało, potem popatrzył na rozsypane hostie i z ciężkim krokiem opuścił
świątynię. Gdy kontemplowałem jeszcze ciało młodziutkiej męczennicy,
znienacka otwarły się drzwi komórki. Ten sam żołnierz, który przed
chwilą zastrzelił dziewczynkę, oznajmił mi, że jestem wolny.
Zdziwiony, podziękowałem i natychmiast pośpieszyłem do prezbiterium.
Ledwo zdążyłem uklęknąć przed martwym ciałem, a oto żołnierz stał
już nade mną. "Gdyby w każdej miejscowości była taka dziewczynka
- powiedział -, to nie byłoby nawet jednego żołnierza, walczącego po
stronie komunizmu". Gdy tylko pogrzebałem ciałko męczennicy,
podszedł do mnie pewien mężczyzna, wziął mnie do samochodu i odstawił
do samej granicy..."
|
|
[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]
|