| Artykuł - wersja mniejsza | Artykuł - wersja rozbudowana |
| Pamiętnik | Prace | SYN | wnuczek | Stara wersja|

Nadwiślańskie struganie
 

Wspomnienie o rzeźbiarzu 

Ludwiku Szczepaniku z Antoniówki.

Ludwik Szczepanik z autorem artykułu

9 października 1994 roku przez cały dzień mżył deszcz i jak na tę porę roku było wyjątkowo zimno. W tym dniu w MACIEJOWICACH odbywały się główne uroczystości związane z 200 rocznicą pamiętnej bitwy. W natłoku niecodziennych zdarzeń, wśród jesiennej szarugi mało kto zwrócił uwagę na żałobne zawiadomienie o śmierci LUDWIKA SZECZEPANIKA, 94-letniego starca z Antoniówki. Żegnało więc stosunkowo nieliczne grono przyjaciół i znajomych. Ktoś niezorientowany, patrząc z boku, pomyślałby zapewne, że na maciejowickim cmentarzu odbywa się pogrzeb osoby tuzinkowej, zwyczajnej. Tymczasem w dniu tym składano do grobu człowieka niezwykłego, jedną z najciekawszych postaci spośród tych, którzy w ostatnich dziesiątkach lat żyli na tym najbardziej oddalonym od wojewódzkich Siedlec skrawku nadwiślańskiej ziemi.

Ludwik - rzeżbiarz i kronikarz


LUDWIK SZCZEPANIK był rzeźbiarzem. Jednym z tych, o którym mawia się - rzeźbiarz ludowy. Do określenia tego przywiązuje się często zbyt dużą uwagę, niektórzy w skrytości ducha nadają mu pewien pejoratywny odcień: twórca chłopskiej, z natury pośledniejszej rzeźby. Niesłusznie. Tak naprawdę rzeźbiarze dzielą się na dobrych i na złych. Pan Ludwik należał niewątpliwie do tych pierwszych. Jego rzeźba była niezwykle prosta: statyczna, zwarta, skondensowana. W pierwszym momencie nie łatwo było dostrzec jej wartość. Ekspresja jego rzeźby była bardzo wyciszona. Dopiero po dłuższym obcowaniu z nią trudno było ulec emanującej z niej aurze cichego smutku. Kiedyś uświadomiłem sobie, że jest w niej ten sam mgielny, melancholijny klimat, który wpisany jest w płaski pejzaż nadwiślańskiej doliny: rzędy starych wierzb, opary nad łąkami, pokryte zielonym kożuchem, zarastające tatarakiem i łoziną starorzecza, i czarnoziemne grzędy pól. Na tych grządkowatych zagonach drobne punkciki ludzkich mrówek - pikujących warzywa, pielęgnujących krzewy, pielących lub zbierających płody. Z daleka to nawet ładne. Z bliska - pot, mozół, ból w krzyżu, sine spękane ręce...

LUDWIK SZCZEPANIK urodził się w Paprotni (gmina Stężyca) w roku 1900. Przez długie lata ani myślał, że będzie rzeźbiarzem. Był rolnikiem. Ziemi mieli mało, a dzieci gromada. W dodatku w paprotni cóż to za ziemia? Liche, aluwialne piachy i pradolinne bagno. Przenieśli się do Strycha. W ubogiej części tej wsi, zwanej Kopaniną, było niewiele lepiej. Miał może 10 lat, gdy rodzice podjęli nową ryzykowną decyzję. Kupili „działek" w Antoniówce, na „Powiślu" - jak mawia się w tych stronach. Po zmianie koryta Wisły Antoniówka od niedawna leżała na prawym brzegu. Ziemia bywała miejscami tu bardzo żyzna, ale zdziczała i niebezpieczna. Woda niemal co roku wdzierała się na pola. Zostawiała po sobie grzęzawiska i topiele. Na ich „działku" rosły staruchy wierzby, pleniły się kępy tarniny i wszędobylska łozina. Ludwik wspomniał, że na nowej ziemi jako pierwszy znalazł się on... i krowy. Potem dopiero ściągnęła reszta rodziny. Zanim sklecili jako takie domostwo, sypiał w koronie wierzby. Rozpoczęli karczunek.

Zbliżał się rok 914. Wojna. I wtedy okazało się, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Rosjanie zaczęli na Wiśle budować linię obronną. Skąd tylko mogli, kupowali faszynę. Dobrze płacili. U Szczepaników chłopów w domu było kilku, a na ich ziemi towaru w bród. Zakasali rękawy i wkrótce sporo grosza do domu przynieśli. Za te pieniądze kupili drugi „działek" od stryja z Kobylnicy, a potem trzeci od kuzyna z Krasek. Ten ziemi w Antoniówce chętnie się wyzbył, bo nieporęczny miał do niej dojazd. Z Krasek do Antoniówki „przez siedem wód" trzeba było wtedy przejeżdżać. W taki to oto sposób Szczepanikowie z biedoty na całkiem zamożnych gospodarzy się wybili. Tylko że Ludwik tą zamożnością długo się nie cieszył. Nadszedł czas, kiedy musiał rodzinę porzucić, by Polskę z niewoli wyzwalać.

Tu koniecznie trzeba o szczepanikowym dziadku opowiedzieć. Bo dla Ludwika dziadek był najważniejszy. Nazywał się Krasięński lub Krasiński. Z gwarowej wymowy trudno jego nazwisko ustalić. Ów dziadek był powstańcem z 1863 roku. Walczył w Puszczy Kozienickiej. Potem cztery lata na syberyjskiej katordze za to pokutował. W dodatku Rosjanie jakiś mająteczek poza Kozienicami skonfiskowali. Gdy wrócił, zabroniono mu w ojczystych stronach się osiedlić. Przeniósł się więc za Wisłę. Tam już inna - siedlecka gubernia się zaczynała. Z dawnych czasów została mu jedynie szlachecka duma i umiłowanie ojczyzny. A Ludwik był tych wartości najwierniejszym spadkobiercą.

W listopadzie 1918 roku skrzyknęli się chłopcy z Antoniówki i pewnej nocy poszli niemieckie wojskowe magazyny zdobywać. Znajdowały się one we wsi. Były prawie puste i pilnowane przez kilku starych żołnierzy. „Obwiesie" z Antoniówki wzięli się do rzeczy fachowo. W nocy jeszcze słup telefoniczny zrżnęli, druty porwali, a o świcie otoczyli magazyny i zaczęli wykrzykiwać, aby Niemiaszki bezzwłocznie się poddali. Gdy w dodatku jeden z „obiesiów" z jakiejś prowizorycznej pukawki wystrzelił, niemiecka załoga opuściła strzeżony obiekt i w charakterze baranów dała ję chłopakom do Maciejowic triumfalnie odprowadzić. Tego wieczora miał Ludwik o czym swemu dziadkowi opowiadać.

Niewiele minęło miesięcy i oto wszyscy najsilniejsi Szczepanikowie otrzymali karty powołania do polskiego wojska. Poszli do dziadka się poradzić. Gdy rzecz wyłuszczyli, dziadek aż spąsowiał na twarzy i jak na nich nie warknie: „Ja - mówi - gdybym powołanie dostał, to bym się piętami w dupę bił i już do wojska leciał. Bo Polska - mówi - to ważna rzecz". Ludwik już wcześniej głęboko to czuł, ale od tego momentu dziadkowe słowa stały się jego życiową dewizą. Wcielono go do któregoś z pułków 14 Poznańskiej Dywizji Piechoty i posłano na Ukrainę, gdzieś na Zbrucz. Potem nastąpiło bolszewickie kontruderzenie, więc cofali się aż pod Puławy. Stąd dostał jednodniową przepustkę, więc na godzinę do domu wpadł. Gdy wracał, na stacji w Puławach zobaczył wśród grupy wojskowych „jakiegoś dziadygę w maciejówce". Ów „dziadyga" spróbował zupy z kotła, z którego wcześniej i Ludwika karmiono. Dzień później ten sam niepozorny człowiek dokonał przeglądu ich pułku. Wtedy dopiero dowiedział się, że to był sam Naczelnik Piłsudski.

Nie miał zbyt wiele czasu na rozpamiętanie tego zdarzenia. Dywizja forsownym marszem ruszyła na północ, uderzając w bok sowieckiego klina wycelowanego w Warszawę. Szli na Garwolin, Mińsk Mazowiecki, Białystok. Wojaczkę skończyli pod Mińskiem, ale tym białoruskim. Ludwik był człowiekiem skromnym. O swych wojennych zasługach opowiadał niechętnie, często je wręcz pomniejszał. O swym udziale w ataku na Garwolin mawiał tak: „Byłem chłopak rosły, to mnie do pułkowego pocztu sztandarowego wzięli. Jakeśmy pod Garwolin podeszli, kazał nam dowódca na bok szosy zejść, a reszta pułku na miasto poszła. Kiedy się bój zaczął, to myśmy między jakieś stodoły wleźli. Jak już było po wszystkim, to długo nie mogli nas znaleźć".
W 1921 roku wrócił Ludwik z wojaczki. Czas się było za żoną obejrzeć Starszy brat - Anicet - zaczął na Polik do Pielaków chadzać. Raz i drugi wziął ze sobą Ludwika. U Pielaków dwie dorosłe już panny były, ale przyszły teść, gdy do poważnych rozmów doszło, uparł się, że tylko jedną córkę za Szczepanika wyda. Oczywiście, ożenił się Anicet i on do Polika przeszedł. Ludwik jednak okazał się uparty. Tak długo niby to do brata chadzał, aż stary Pielak ustąpił i młodszą swą córkę - Stefanię - Ludwikowi oddał. Młodzi osiedli się w Antoniówce. Zaczęli po swojemu gospodarzyć. Ludwik i Stefania jakby się w korcu maku dobrali. Ona odznaczała się nie tylko urodą, ale i sercem nadzwyczaj dobrym. Była delikatna i bardzo wrażliwa na cudzą krzywdę. Smutek czy pragnienie w oczach innego człowieka zawsze dostrzegła i słowo pocieszenia znalazła. On także był skromny i nie z chłopska subtelny. Gdy mu z tego powodu czasem dokuczano, mawiał: - „Bo ja z Krasieńskich, ze szlachty jestem". Naśmiewano się wtedy z niego, że „z takiej on szlachty, co się na zgrzebnej płachcie rodziła". Ludwik milczał, bo cóż mógł prześmiewcom powiedzieć: że on swe szlachectwo pojmuje jako obowiązek dbałości o „szlachetność duszy". Któżby go zrozumiał.

Anicet i Ludwik już wcześniej lubili w parze chodzić. Gdy obaj pożenili się z siostrami Pielakównymi więzi między nimi tym bardziej się pogłębili. Anicet był człowiekiem bardziej obrotnym, nie pozbawionym życiowego sprytu. Ludwik - jak to określają na wsi - był wolniejszy, często niezdecydowany. Anicet go uzupełniał, toteż Ludwik niemal we wszystkim lubił się go radzić. Różna była wartość tych rad. Bliscy żartują, że kiedy starszy brat poradził Ludwikowi, aby ten sprzedał konia i kupił krowę, to często tak się to kończyło, że Ludwik i konia nie miał, i krowę stracił. A mimo to ufał Anicetowi bezwzględnie. Spotykali się najczęściej w Maciejowicach: w kościele, albo na targu. Starsi maciejowiczanie pamiętają charakterystyczny obrazek: poniedziałek, już dawno po targu, a oni stoją nadal pośrodku opustoszałego rynku i żywo gestykulując, wciąż rozmawiają.

Myliłby się jednak ten, kto sądziłby, że obaj Szczepanikowie rozstrzygają tak gorąco wyłącznie praktyczne problemy życiowe. Oni przede wszystkim wiedli spory „naukowe". Ludwik w późniejszych latach mawiał wielokrotnie: - „Ja to, panie, jestem historyk. A mój brat Anicet to był jeszcze większy historyk". Ktoś w tym miejscu może się uśmiechnie. Niesłusznie. On nie miał na myśli swoich, ni brata kwalifikacji zawodowych. On mówił o ich głębokim zainteresowaniu historią, a to było bezsporne. Zainteresowanie to było pochodną ich patriotyzmu. Było w tym coś budującego: maleńka miejscowość, rynek i dwaj chłopi rozstrzygający dokonania Bolesława Chrobrego. Częściej, co oczywiste, rozmawiali o Kościuszce. Mieli w tym względzie nawet swoisty dorobek. Okazali się zdolnymi toponomastami. Stopniowo niemal wszystkie nazwy miejscowe powiązali z bitwą maciejowicką. Ludwik wyłuszczał to tak: - „Wieś Oronne, panie to dlatego, że była całkiem spalona i zaorana; Pogorzelec - tak samo; Godzisz - bo tam zdrajce, co Kościuszkę zaprzedali, z Ruskimi cenę zgodzili; Krępa - bo tam Polaków krępowali; Strych, znaczy Stryk - bo tam zdrajców potem wieszali; pole Chyżne pod Polikiem - bo byli ludzie zza Wisły, a tam nie mówi się „prędko" tylko „chyżo", więc kiedy uciekali, to krzyczeli: „chyżej, chyżej!". Najwięcej kłopotów, nie znającym lokalnej gwary sprawiłoby ludwikowe wyjaśnienie nazwy wsi Polik: - „Polik, panie, bo był opolowany. - Ale co to znaczy? - No, że był... obtoczony" - wyjaśnił nie bez dziwienia, że ktoś niby wykształcony, a tak prostej rzeczy nie rozumie.

Tu wypada mi stwierdzić, że wyjaśnienia te z prawdą historyczną nie miały nic wspólnego. Wszystkie wymienione nazwy istniały przed rokiem 1794. Poświadczają to stare dokumenty i mapy. Jest jednak w całej tej sprawie coś niezwykłego. Wydarzenia sprzed 200 lat wciąż okazywały się dla Szczepaników tak żywe, że zdolne było głęboko poruszać ich wyobraźnię. W czasach, gdy tak wielu odwraca się tyłem do ojczystej historii, ich zainteresowania budzić powinny szacunek.
Ludwik Szczepanik nigdy do szkoły nie chodził, jednak babka Krasieńska zadbała, aby umiejętność czytania i pisania chociażby w skromnym zakresie posiadł. Ludwik umiał zrobić z tego użytek. Mozolnie spisywał pamiętnik, w którym przede wszystkim swoje dociekania i przeżycia „historyczne" zawarł. Cenny to dokument przez swą rzadkość i oryginalność. Jest on świadectwem jak chłonny, dociekliwy i otwarty był intelekt tego pozornie prostego człowieka.

W 1932 roku urodziła się Ludwikowi córka Eleonora, która do dziś mieszka w Antoniówce i po mężu do dziś nosi nazwisko Piechota. To przy jej boku dożył Ludwik kresu swych dni. Dwa lata później urodził się Józef, który obecnie mieszka za Wisłą, w Świerżach i uchodzi za człowieka o wyjątkowych uzdolnieniach manualnych. Gdy nadszedł rok 1939 Eleonora i Józef byli małymi szkrabami. Ludwik karty mobilizacyjnej nie dostał, ale znał swój przydział do jednostki, w której miał służyć, gdyby wojna wybuchła. Dziadek Krasieński na cmentarzu w Pawłowicach już leżał, lecz Ludwik słowa Jego pamiętał. Z ciężkim sercem na wojnę się szykował. I może byłby pojechał, gdyby go na podwodę wojsko nie wzięło. Akurat dojeżdżał do Przewozu - w tej wsi w maju most przez Wisłę przerzucono - kiedy rozpętało się piekło. Niemieckie lotnictwo most zaatakowało. Drewno, strzępy ciał ludzkich i zwierząt, żelastwo jakieś, fontanny wody i ziemi - wszystko to wzlatywało w powietrze i opadało Ludwik konie batem zaciął i na przełaj przez zagony do wsi swojej pognał. Ochota do kolejnej wojaczki mu przeszła.
Okupację przeżył spokojnie, o ile można powiedzieć, że ktokolwiek spokojnie ją przeżył. W 1941 roku urodził się jego najmłodszy syn Adam. Z Rosjanami w 1944 roku także stosunki sobie jakoś ułożył. Pędził bimber na chmielowych szyszkach, więc mu pozwolili w domostwie zostać, chociaż całą ludność znad Wisły aż za kolej dęblińską wysiedlili. Las tylko w Poliku stracił, bo go sprzymierzeńcy doszczętnie wycieli na budowę mostu w Tarnowie. Tym razem nie zapłacili (widocznie za cara inne wśród Rosjan panowały zwyczaje). A las był duży, wartościowy. Przed wojną 10 mórg ziemi chciano mu dać za niego. Tym razem stracił. Po wojnie nadal wiódł żywot skromny, ale spokojny. To pasmo cichego szczęścia przerwała śmierć żony. Miała zaledwie 54 lata. To właśnie po jej śmierci Ludwik zaczął rzeźbić. Bliscy mówią, że z nudów, a ja myślę, że z bólu i poczucia osamotnienia. To rzeźbienie wzięło się z potrzeby duszy. Nikt go do tego nie zachęcał, nikt nie uczył. W okolicy nie było w tym względzie żadnych tradycji.

Ludwik długo (może w tym pewnym stopniu zawsze) wstydził się swego tworzenia. Żył na wsi. A tam jego struganinę uznawano za bezproduktywne marnowanie czasu. Bliscy jeszcze dziś próbują go „usprawiedliwiać", mówiąc, że rzeźbił tylko wtedy, gdy nie było nic do roboty, albo gdy padał deszcz. Długo udawało mu się ukryć przed wsią swoją „słabość". Wreszcie na rzeźbieniu zdybał go listonosz. Ludwik na rzeźbiony klocek nie zdążył fartucha narzucić. W Maciejowicach listonosz szepnął słówko pułkownikowi Roli, ówczesnemu prezesowi Towarzystwa Miłośników tej miejscowości. Ten nadał sprawie rozgłos. U Szczepanika pojawili się plastycy z Garwolina, etnografowie z Łukowa i Warszawy, poważni nabywcy jego prac nawet z zagranicy i zwykli hochsztaplerzy, wyłudzający je dziesiątkami niemal za bezcen. Ludwik Szczepanik stał się nagle najbardziej sławnym mieszkańcem Antoniówki. W oczach, przynajmniej większości sąsiadów, niewiele mu to pomogło. Wieś nasza w pewnych rysach od dawna jest amerykańska i uznaje zasadę: tyle jesteś wart, ile posiadasz. A Ludwik cóż posiadał? Stary, dwuizbowy dom wypełniony prostymi sprzętami, które w większości sam zrobił. Dom obrastało dzikie wino. Dalej był maleńki stary sad i to niemal wszystko. Wielki rzeźbiarz - pokpiwała wieś - wybite szyby folią zatyka.

A jednak Ludwik od czasu, gdy został odkryty, śmielej już rzeźbił swoich świętych i bohaterów. Rzeźbił ich najczęściej z drzewa wierzbowego, bo tego wokół było najwięcej. Lubił swe rzeźby farbami olejnymi malować, ale mu nieraz pieniędzy na „male" brakowało, więc zostawiał je z konieczności w naturalnym kolorze drewna. Jeszcze bardziej lubił rzeźbić w kamieniu wapiennym, lecz ten trudno mu było z budowanych nad Wisłą ostróg przynosić. Pracował najchętniej w małej kuchence, bo tam przy starym piecu było mu najcieplej. Pokój - stosunkowo obszerny - powoli w salon wystawowy zamieniał. Rozstawił swoje rzeźby na stole pod reprezentacyjną ścianą naprzeciw wejścia, na której stary oleodruk Matki Boskiej Częstochowskiej królował. Postawił je też na parapetach okiennych i szerokim półkolem na podłodze. Przy przeciwnej ścianie, frontem do rzeźb ustawił duży drewniany fotel. Nie widziałem nigdy, aby w nim usiadł, lecz domyślam się, że robił to często. Tak postępuje większość artystów - siada na przeciw swych dzieł i wpatruje się w nie godzinami. Jeśli w fotelu tym, tak jak myślę, siadywał, to zapewne często spoglądał na lewą ścianę. Tam w skromnej ramce wisiał portret jego przedwcześnie zmarłej żony.

Zawsze bardzo mi zależało, by prestiż Ludwika w jego rodzinnej wsi podnieść. Przyjazny klimat w najbliższym otoczeniu to rzecz dla artysty bardzo istotna. Pewnego dnia kupiłem od niego dwie rzeźby. Nadrzecznym wałem wracałem do Maciejowic. W pobliżu jakiś rolnik orał koniem pole. Gdy zbliżyłem się do niego spytał: „Od Szczepanika pan idzie? A dużo, pan za te rzeźby zapłacił?" Wpadłem na szatański pomysł. Podałem jakieś niebotyczne kwoty. Otworzył usta, zaniemówił i zastygł. Odszedłem dobrych kilkaset metrów, a on nadal stał nieruchomo nad pługiem. Dwa tygodnie później z Urzędu Skarbowego nadeszło groźne wezwanie, aby bezzwłocznie poinformować wyżej wzmiankowany wysoki urząd o zarobkach, które w ostatnich latach uzyskał w naszym ośrodku obywatel Ludwik Szczepanik Nie doceniłem potęgi chłopskiej zawiści.

Odtąd zmieniłem taktykę. Wszystkim wątpiącym w sens „strugania kukiełek" i twierdzącym, że „z tego chleba nie będzie", przypominałem, co z nas będzie za kilkadziesiąt lat i dodawałem: „A rzeźby Ludwika Szczepanika nadal będą ludzkie oczy cieszyć". Trzeba przyznać, że co bardziej refleksyjne natury (a tych na wsi wbrew pozorom jest sporo) przyjmowały tę argumentację. Sam Ludwik dla wzmocnienia swej społecznej pozycji robił niewiele. Nie umiał i chyba nie chciał robić sobie reklamy. Może nawet on nie w pełni zdawał sobie sprawę z wartości swych prostych, smutnych rzeźb. W jego ślady poszedł i rzeźbiarzem został najmłodszy syn - Adam. Mieszka pod Grodziskiem Mazowieckim i cieszy się sporym rozgłosem. Rzeźbą zajęła się również jego bratanica - Marysia Kominiarczyk z Pawłowic. Jej rzeźba jest rzemieślniczo wycelowana. Oboje są pod względem technicznym znacznie od Ludwika sprawniejsi. To mogło wpędzać go w pewne kompleksy.

Dziś inaczej patrzę na tę sprawę, którą nazyda, członkiem Stowarzyszenia Twórców Ludowych, otrzymał jako rzeźbiarz skromną emeryturę. Doceniono w 1991 roku jego zasługi wojenne. Dostał medal za udział w wojnie 1920 roku i stopień podporucznika. Sprawiło mu to ogromną radość. Mimo to teraz, gdy nie ma go już wśród nas, pozostaje we mnie pewien niedosyt. Wydaje się, że Ludwik Szczepanik i jako szlachetny człowiek, i jako interesujący artysta pozostał w znacznym stopniu niedoceniony i zapoznany. Twórczość jego uległa rozproszeniu i dziś bardzo trudno byłoby zorganizować jej szerszą, retrospektywną wystawę. Szkoda. Bo Ludwik Szczepanik był twórcą oryginalnym. Może są tacy, którzy rzeźbią nawet lepiej, ale tak, jak on rzeźbił, nikt nigdy rzeźbić już nie będzie.


Włodek Witczuk

   
Licznik

[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]