Jerzy Robert Nowak

 

Nowe metody walki z Kościołem

„ (...) Cóż powiedzieć o narodzie, który płaci za własne poniżenie? A ta hańba ciąży na katolikach obrażanych ciągle przez tysiące dzienników. Te pisma, które katolików bezwstydnie wyszydzają, drukuje się dla nas katolików! Nie posyła się ich jednakże anonimowo w rodzaju paszkwilów, ale my sami je zamawiamy i za nie płacimy. Czy można być więcej ślepym wobec tak groźnego niebezpieczeństwa! A ta ślepota nasza staje się wprost zbrodnią, skoro się nie tylko przeciw temu niebezpieczeństwu nie bronimy, ale trzymając i czytając złe pisma, za obrazę i wyszydzanie wiary płacimy (...) "

(św. Maksymilian Maria Kolbe)

  Nikt nie przeprosił milionów katolików

   Ludzie prowadzący dziś „zimną wojnę z Kościołem", to przede wszystkim funkcjonariusze i propagandyści starego reżimu komunistycznego, którzy wykorzystali ogromną płytkość i połowiczność zmian w Polsce po czerwcu 1989. Dzięki polityce „grubej kreski" mogli spokojnie przeczekać wszelkie zagrożenia, uniknąć dekomunizacji i zachować władzę w gospodarce i najbardziej wpływowych mediach, aby później tym łatwiej podjąć walkę o powrót do władzy w życiu politycznym. Bardzo przekonywująca wydaje się jakże ostra krytyka tych pozorowanych zmian, zawarta w kazaniu biskupa Adama Lepy, wygłoszonym 10 lipca 1994 roku na Jasnej Górze podczas II pielgrzymki Rodziny Radia Maryja. Biskup Lepa mówił: „(...) Do słownika modnych i często używanych w Polsce słów dołączyło ostatnio jeszcze jedno „transformacja". Mówi się więc o transformacji ustroju, gospodarki oświaty... Słowo transformacja stało się niemal magicznym słowem dekretującym często zmiany, których naprawdę nie ma. Stwarzającym pozory rzeczywistych przemian i reform (...). Często więc mamy do czynienia z pseudotransformacją, żeby nie powiedzieć z karykaturą transformacji".' Biskup Lepa przypominał w tym kontekście słynne porównania wskazane przez Chrystusa: „nikt nie przyszywa łaty z surowego sukna do starego ubrania, gdyż łata obrywa ubranie i gorsze się robi przedarcie: Nie wlewa się też młodego wina do starych bukłaków. W przeciwnym razie bukłaki pękają, wino wycieka, a bukłaki się psują. Raczej młode wino wlewa się do nowych bukłaków, tak jedno i drugie się zachowuje".

Zdaniem biskupa Lepy: „(...) Długi okres walki z religią i Kościołem niczego nie nauczył niektórych obywateli tego kraju (...) nadal trwa w Polsce „czas starego ubrania i starej łaty" (...). Panujący ponad 40 lat totalitaryzm nie został należycie oceniony i osądzony (...). I to również nie dziwi, skoro społeczeństwo, w olbrzymiej większości katolickie, toleruje w najlepsze sytuację „starego ubrania i nowej laty", a więc jest nieczułe na wezwanie Chrystusa do całkowitego nawrócenia. Sytuacja jest tym bardziej paradoksalna, czy wręcz absurdalna, że ci wszyscy, którzy w duchu starego systemu chcą za wszelką cenę wyeliminować Kościół z życia publicznego w Polsce, jako ostatni już głos sumienia tego narodu i spychają go stale na mar­gines, zapomnieli jakoś o elementarnej swojej powinności, aby wypowiedzieć choćby jedno słowo „przepraszam" - za to, że przez ponad "40 lat katolicy w Polsce byli obywatelami drugiej kategorii: nie wolno im było piastować znaczących urzędów w państwie, a także wielu funkcji i stanowisk; za praktyki religijne represjonowani byli utratą awansu, a nawet pracy; nie mieli wstępu na niektóre kierunki studiów, szykanowano wstępujących do seminariów duchownych i do zakonu; pozbawiano ludzi na nowych osiedlach prawa do własnej świątyni. Byli więc katolicy w swojej ojczyźnie białymi Murzynami. I dziś nikt nie ma odwagi przeprosić milionowe rzesze tych Polaków, których jedyną winą było to, że wierzyli w Boga i w imię tej wiary nie akceptowali systemu, który Prymas Tysiąclecia nazywał „najbardziej zbrodniczym systemem na świecie". W miejsce przeprosin katolicy słyszą inwektywy, kierowane pod adresem swego Kościoła i widzą dalsze próby do ograniczenia jego praw. Widoczna jest wyraźna tęsknota do dalszej walki z Kościołem, której celem miało być całkowite jego zniszczenie. Ale jak może być inaczej, skoro nadal tkwimy w Polsce w czasie i atmosferze „starego ubrania i nowej łaty".

Jakże prawdziwe były te gorzkie słowa biskupa Adama Lepy. Nikt nie przeprosił milionów katolików za dziesięciolecia zniewalania i szykanowania. Przeciwnie, dawni oszczercy, którzy niegdyś wypowiadali tyle nieprawdy o Kościele w służbie komunizmu, w najlepsze kontynuowali swój proceder w nowych warunkach, w czasach pozorowanych „transformacji" po 1989 roku. Dość przypomnieć tu choćby nazwiska Urbana, Kałużyńskiego czy Koźniewskiego.

W różnych środowiskach lewicowych: „czerwonych" i „różowych" próbuje się pomniejszać lub nawet zanegować fakt dziesięcioleci prześladowań Kościoła w PRL-u. Nawiązując do tego typu praktyk biskup Adam Lepa powiedział 14 lipca 1996 na Jasnej Górze podczas II Pielgrzymki Radia Maryja: „(...) Właśnie niedawno, w związku z kolejnym niepoważnym potraktowaniem Konkordatu przez Sejm, jeden z wysokich rzeczników myślenia pragmatycznego stwierdził publicznie przed kamerą Telewizji Polskiej, że „nikt nie wyrządził szkód Kościołowi Rzymsko-katolickiemu w Polsce..." (Wypowiedź w Wiadomościach z 3 lipca 1996 r.) Tak, w Polsce nie wysadzano w powietrze świątyń, jak to było gdzie indziej - w imperium sowieckim. Ale przecież za to, że w Polsce nie wysadzano w powietrze świątyń, nie będziemy nikomu dziękować. Również za to, że nie wymordowano więcej kapłanów! Natomiast Kościół katolicki w Polsce w czasach komunistycznych był Kościołem prześladowanym! Odbywało się to w różny sposób, często w sposób niez­wykle wyrafinowany i perfidny.

Ludzi wierzących i praktykujących traktowano wtedy jak obywateli II kategorii. Niektóre ustawy i zarządzenia nosiły znamiona rasizmu wobec pewnych grup ówczesnego społeczeństwa ze względu na ich wyznawany katolicyzm. Popełnianie z wysokim okrucieństwem zbrodnie ludobójstwa dotyczyły przede wszystkim tych Polaków, którzy identyfikowali się z Kościołem katolickim, a więc współstanowili ten Kościół po wojnie, poraniony głęboko okupacją hitlerowską. Popełniano mordy na kapłanach i na działaczach katolickich. W sposób planowy niszczono prasę katolicką, likwidowano szkoły prowadzone przez Kościół. Nie pozwalano na budowę nowych świątyń. Dokonywano agresywnej ingerencji w sprawy wewnętrzne Kościoła. I nie było to krzywdzenie Kościoła w Polsce?"

Agresja wobec wierzących

     Jakże prawdziwe niestety były słowa rozgoryczenia ojca Jacka Salija, w wywiadzie dla tygodnika „Spotkania" z 24 grudnia 1992: „(...) To, co się teraz dzieje w Polsce, określiłbym jako agresję wobec tej części społeczeństwa, dla której religia jest czymś ważnym. Dążenia do wydezynfekowania życia publicznego z religii odbieram lako agresję (...). Odnoszę wrażenie, że w niektórych środowiskach laickich religię uważa się za rodzaj zarazy, przed którą należy życie publiczne chronić. Jeszcze trudniej mi zrozumieć tych katolików, którzy godzą się z nietolerancyjnymi żądaniami, żeby wiarę zamknąć całkowicie w domu i Kościele. Podobnie jak nikogo nie wolno przymuszać do jakichkolwiek aktów religijnych, tak samo nie wydaje mi się czymś słusznym przymuszanie wierzących do zachowania bezreligijnego (...). Do dziś brzmi też w uszach krzyk Gomułki, że krzyż wiszący w klasie szkolnej drażni uczniów niewierzących (...). Protesty przeciwko powieszeniu krzyża w klasie szkolnej czy w sali szpitalnej odbieram jako zamach przeciwko prawu wspólnoty katolickiej, która w tym kraju jest wciąż jeszcze wspólnotą bardzo liczną do tego, żeby we własnym kraju mogła się czuć u siebie".

Jeden z najwybitniejszych zagranicznych badaczy historii Polski XX wieku, świetny znawca historii polskiego Kościoła po 1945 roku, Peter Raina, autor ponad 20 książek o polskiej tematyce, stwierdził,  iż : „ (...) To, co obserwuje się w relacjach mass mediów z Kościołem, jest kopią polityki, jaką stosowała rządząca partia w latach 50-tych. Z jednej strony sytuowano kardynała Wyszyńskiego jako symbol betonu i katolickiej konserwy, z drugiej wybranych „liberalnych" biskupów i księży. Dzisiaj powtarzane są nawet te same co wtedy argumenty. Jest to polityka celowa, obliczona na rozbicie Kościoła. Myślę, że łatwa do rozszyfrowania. Czasem tylko niektórzy przedstawiciele kleru wykazują się pewną naiwnością, kiedy myślą, że udzielając wywiadu, czy pozyskując sympatię nieprzychylnej sobie gazety, przyczynią się do nawrócenia któregoś z polityków. Najgorsze jest to, że środki przekazu cały czas są zmonopolizowane w rękach jednego środowiska - łatwiej im więc prowadzić antyprymasowską, antykościelną propagandę".

Teraz robi się wszystko, aby zburzyć polski Kościół i wiarę, jak czynili to wrogowie Polski w przeszłości. Głównym celem jest dechrystianizacja i wynarodowienie Polaków, a więc dokończenie „dzieła" rozpoczętego w komunistycznej PRL.

Komunistyczna szkoła nienawiści

   Atak na Kościół katolicki stanowi - jak już pisałem - wygodny temat zastępczy dla odwrócenia uwagi od braku rozliczenia ze zbrodniami komunizmu. Nieprzypadkowo jeden z posłów postkomunistycznego SLD wyznał kiedyś bez ogródek ( na łamach „Gazety Wyborczej" nr 73 z 1995 roku): „Cały nasz polityczny kapitał zbiliśmy na wrogości do Kościoła i sentymencie do PRL". To panegiryczna chwalczyni PRL Izabela Sierakowska publicznie krzyczała w Sejmie o katolickich rozgłośniach radiowych jako „sieci pajęczej oplatającej Polskę". To były rzecznik rządu Jaruzelskiego Jerzy Urban kieruje tygodnikiem pełnym obsesyjnej wręcz nienawiści do religii i Kościoła, tygodnikiem; który dawno byłby już zamknięty za swe oszczerstwa i judzenia w prawdziwie szanującym prawo państwie.

Antykościelne oszczerstwa „Nie" charakteryzują się szczególną inwencją, godną najskrajniejszych pomysłów propagandy bolszewickiej. Wojciech Wasiutyński opisał w „Życiu Warszawy" z 24 kwietnia 1992 jak to amerykańska dziennikarka Gabrielle Glazer w oparciu o rewelacje redakcji „Nie" puściła w świat historię o tym, jak to polskie zakonnice zmuszają nieślubne matki do oddawania sobie dzieci i potem sprzedają je za granicę. Antykościelnym oszczerstwom towarzyszą w „Nie" rynsztokowy język i specyficzne hasła­wezwania. Urban jak widać niczego się nie nauczył ze skutków oddziaływania swej kampanii nienawiści wobec księdza Jerzego Popiełuszki i chce dalej oddziaływać na różnych kapitanów Piotrowskich. (Na tle tej propagandy nienawiści nie było zbyt wielkim zaskoczeniem, że osławiony krakowski terrorysta Gumiś powoływał się właśnie na Urbana, tłumacząc swoje motywy, iż on lepiej spożytkuje pieniądze niż władze, które budują nowe kościoły lub odbudowują stare).

W walce z Kościołem dalej bardzo znaczącą rolę odgrywa postkomunistyczna „Polityka", skupiająca w swej redakcji licznych dziennikarzy od dziesięcioleci zahartowanych w bojach z religią jako „opium dla ludu". By wymienić choćby nazwiska: Kałużyńskiego, Koźniewskiego, Garlickiego, Grońskiego czy Waldorfa. Prawdziwym stachanowcem w walce z Kościołem katolickim, podobnie jak w walce z polskim patriotyzmem, jest stary stalinowiec Zygmunt f Kałużyński. Jego wydane w ostatnich latach książki Pamiętnik rozbitka i Bankiet w domu powieszonego aż roją się od mało wybrednych ataków na Kościół katolicki. Kałużyński posunął się między innymi do skrajnych, pośmiertnych ataków na księdza Jerzego Popiełuszkę, stwierdzając: „(...) konflikt Popiełuszko - jego zabójca Piotrowski nie reprezentuje walki dobra ze złem, lecz złego ze złem: przestępca polityczny morduje agitatora politycznego, posługującego się autorytetem religii (...). Popiełuszko zginął nie dlatego, że był kapłanem, lecz dlatego, że był aktywistą (...), film, prawdziwie chrześcijański, musiałby odnieść się krytycznie do obydwu postaci tego dramatu: jego treścią jest, z jednej strony nadużycie władzy, z drugiej, nadużycie religii". Kałużyński chętnie wspomaga płodami swej „twórczości" również urbanowe „Nie", popisując się tekstami najobrzydliwszego, antyreligijnego fanatyzmu. By przypomnieć choćby tekst Spowiedź po półlitrze Kałużyński wieszczył w nim rychły upadek Kościoła i wzywał do pokazania „nieludzkiego oportunizmu" kleru etc.

 

Inny „filar" postkomunistycznej „Polityki" - Kazimierz Koźniewski, swą skłonność do artykułów-donosów wyraził kiedyś w haniebnej broszurce Biała plebania w Wolbromiu. Z werwą szkalował w niej biskupa Kaczmarka i różnych księży, oskarżając ich o rzekome współdziałanie z hitlerowcami- zgodnie z ówczesną (był rok 1951) stalinowską stylistyką. Pisał o AK-owcach z podziemia: „(...) Chcieli pić wódkę, grabić, mordować, a czynili to jeszcze goręcej, gdy ich sumienie uspakajano bluźnierczym powoływaniem się na słowo Boże" (u Koźniewskiego pisane małą literą - JRN).' Odległych stalinowskich czasów sięgają osobiste tradycje walki z Kościołem Jerzego Waldorfa, który w służbie komunistycznego reżimu wypisywał najobrzydliwsze antykościelne brechty. Na przykład w artykule Granice konfesjonału podtrzymywał najskrajniejsze reżimowe pomówienia w związku z procesem księży Furtaka i Łubieńskiego, oskarżonych o kontakty z antykomunistycznymi oddziałami zbrojnymi. Obecnie ten sam Waldorf zapewnia: „Kiedy zaś mówimy o patriotycznych czy religijnych uczuciach Polaków, to najbardziej w te uczucia godzą wszelkie przesadne wypowiedzi w obronie moralności i Kościoła". Inny wpływowy od dziesięcioleci autor „Polityki" - historyk Andrzej Garlicki aktywnie uczestniczy w kampanii propagandowych podchodów pod Prymasa Polski. Przypomnę, że ten sam Garlicki, jako historyk reżimowy już w 1963 roku, ostrzegał na łamach „Polityki" przed „szkodliwymi" skutkami działań tysięcy punktów katechetycznych, w których uczą historii niezgodnie z oficjalnym partyjnym punktem widzenia. A więc mącą dzieciom w głowach, naruszając monopol jedynie słusznego partyjnego punktu widzenia na historię Polski (!).

Typowy dla podejścia „Polityki" do spraw Kościoła i religii był entuzjastyczny szkic Stanisława Rosnowskiego o antykatolickiej książce Nie i Amen Uty Ranke-Heiheman. W szkicu Rosnowskiego  czytamy między innymi: „Prawda, jakiej dowiadujemy się z Nie i Amen jest miażdżąca: Jezus został przygnieciony stosem zmanipulowanych baśni i legend (...). Autorka pokazuje według jakich zasad fanatycznie przykrawano sobie życie Jezusa i jaki balast nieprawdy, zakłamania i irracjonalizmu wlecze za sobą dwutysiącletnia nauka Kościoła".

„Wprost" przeciw Kościołowi i Ojcu Świętemu

Wyjątkową zaciekłością i systematycznością ataków na Kościół katolicki wyróżnia się inny tygodnik postkomunistyczny "Wprost", pod redakcją byłego sekretarza KC PZPR Marka Króla. Tygodnik ten zyskał szczególną sławę od czasu profanacji na swej okładce obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej z Dzieciątkiem Jezus. Jako odkryty wróg Kościoła „Wprost" jest mniej niebez­pieczne niż kilka lat temu, gdy swe antyreligijne przesłanie umiało zręcznie maskować pozorami neutralności i obiektywizmu (czasem nawet prosząc osoby duchowne o wywiady), w rezultacie jako bardzo dobrze redagowana pod względem technicznym wersja polskiego „Spiegla". Czytelnik łatwiej i niepostrzeżenie dla siebie przełykał ataki na Kościół i religię w sytuacji, gdy były one zręcznie wtapiane pomiędzy bardzo różnorodne tematycznie treści 96-stronicowego tygodnika. Tak np. w numerze „Wprost" z 4 lipca 1993 skrajne ataki na Kościół katolicki, wychodzące spod pióra niemieckiej autorki Uty Ranke-Heineman, były wtopione pomiędzy kolejny odcinek „wyznań" Leszka Balcerowicza i barwne opowieści o losach książęcej rodziny Sapiehów w Kenii. Dodajmy, że czytelnik bardziej bezkrytycznie zawierzał oskarżeniom pod adresem Kościoła czy religii napisanym przez nieznanych szerzej autorów „Wprost" typu Wiesława Kota czy Bogusława Mazura, niż podobnym tekstom Michnika, Kałużyńskiego, Warszawskiego czy Urbana. Nazwiska tych ostatnich wywołują bowiem natychmiast odpowiednie asocjacje u wielu katolickich czytelników.

Artykuły na temat Kościoła czy religii we „Wprost" stanowią po 2-6 stron 98-stronicowego tygodnika; nie rzucają się więc zbyt mocno w oczy. Za to delikatnie sączą tę samą powolnie działającą truciznę. Najczęściej z numeru na numer. Bywają całe paromiesięczne okresy, w których dosłownie w każdym numerze „Wprost" można znaleźć jeden lub więcej tekstów atakujących Kościół, Ojca Świętego, katolicyzm. Dla redakcji „Wprost" Kościół katolicki jest symbolem wszystkiego złego. Jest on tam oskarżany o „nowy totalitaryzm", chęć zdominowania całego społeczeństwa, bezustanne dążenie jakoby do zapewnienia sobie przyrostu władzy i pieniądza. Redaktorzy nie troszczą się przy tym choćby o minimum prawdy w swych niewyszukanych oskarżeniach. Pozwolili sobie nawet na atak na Ojca Świętego Jana Pawła II. Autorem ataku był mason prof. Tadeusz Kielanowski (atak drukowano po śmierci autora). Pisał on m.in.: „(...) Papież Jan Paweł II jest synem polskiego Kościoła, niestety Kościoła bardzo konserwatywnego, coraz głośniej krytykowanego w świecie. Coraz jaskrawiej z poczynań kleru przebija żądza władzy i niepoślednią rolę odgrywa tu właśnie papież (...). W końcu wybuchnie społeczny sprzeciw wobec polityki Kościoła (...). Polski Kościół czeka na swojego Lutra".

To „Wprost" czujnie rozdmuchało wyssane z palca „rewelacje" amerykańskiego dziennikarza Bernstejna o rzekomym udziale Ojca Świętego Jana Pawła II w antykomunistycznym spisku do spółki z Ronaldem Reaganem. Redaktorzy „Wprost" czynią Kościół odpowiedzialnym za zły model polskiej rodziny i małżeństwa, za rzekomy „nadmiar" dzieci, za rzekome nasilanie się „nacjonalizmu" i „antysemityzmu", groźbę nowej cenzury. Milcząc o aferach postkomunistycznych prominentów, dla odwrócenia uwagi od tych złodziei, tym chętniej oskarżają Kościół o bogactwo. Z furią atakują wartości chrześcijańskie, a atakom tym często towarzyszy równoczesny atak na patriotyzm, ośmieszanie polskości.

„Różowi" w walce z Kościołem

Co najgorsze, postkomuniści walczący z religią i kościołem w „czerwonych" mediach, znaleźli aż nadto wielu sojuszników w mediach „różowych", głównie w kręgach byłej tzw. lewicy laickiej. Najczęściej zaś w kręgach byłych towarzyszy partyjnych, którzy w pewnym okresie, na skutek zawirowań personalnych (1968 rok) przeszli do opozycji. Trzon tej grupy przeciwników Kościoła katolickiego skupia się wokół michnikowskiej „Gazety Wyborczej". Sam Adam Michnik „wsławił się" już w 1966 roku żałosnym atakiem na list biskupów polskich, publikowanym na łamach ateistycznych „Argumentów". Po latach, w 1977 roku, kiedy bardzo potrzebne mu były opiekuńcze skrzydła Kościoła, Michnik tak kajał się samokrytycznie w związku ze swoim udziałem w potępianiu listu biskupów polskich: „(...) w tym nieprzyzwoitym spektaklu sam wziąłem udział i na samo wspomnienie czerwienię się ze wstydu. Wstydzę się swojej głupoty"." Również pisał o swoim środowisku lewicy laickiej „(...) Popieraliśmy politykę represji, często okrutnych, widząc w niej drogę do nowego wspaniałego świata. Oskarżaliśmy Kościół o reakcyjność i wszystkie inne grzechy główne, nie bacząc na to, że w atmosferze totalnego zniewolenia Kościół bronił prawdy, godności i wolności człowieka". W innym miejscu Michnik pisał: „(...) Tradycyjnie przywykliśmy sądzić, że religijność i Kościół to synonimy wstecznictwa u tępego ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost indyferentyzmu religijnego był traktowany przez nas jako naturalny sojusznik umysłowego i moralnego postępu. Pogląd taki - sam byłem jego wyznawcą - uważam za fałszywy".

Trzeba było czasu i różnych zmian w Polsce, aby Michnik już z pozycji wszechwładnego pana największego polskiego dziennika, powrócił do dawnych idei walki z Kościołem. Okazało się, że mimo tak donośnego bicia się w piersi w książce wydanej w 1977 roku, Michnik nadal uważa Kościół i religijność za synonimy ciemnogrodu i marzy o maksymalnym nasileniu religijnego indyferentyzmu i ateizmu. Tyle, że teraz robi to w sposób niewyobrażalnie bardziej subtelny niż w latach 60-tych, szczególną uwagę poświęcając popie­raniu różnego typu podziałów w Kościele, nagłaśnianiu katolickich dysydentów, nader chętnego odwoływania się do próżności niektórych ludzi słabej wiary, którzy w zamian za publikację na łamach „Gazety Wyborczej" gotowi są do maksymalnych koncesji z zasad wyznawanej przez siebie wiary. Wypróbowaną metodą popularyzowania dysydentów Kościoła stał się wielki cykl „Gazety Wyborczej" o kontrowersyjnych postaciach Kościoła. Popularyzowano w nim między innymi niemieckiego księdza Hansa Kunga, zajadłego krytyka Ojca Świętego Jana Pawła II, teologów wyzwolenia Gustawo Guterezza i Leonardo Boffa, przeciwników celibatu, i tęologów - feministki.

Od czasu do czasu dopuszcza się do otwartych ataków na ludzi Kościoła, w tym Ojca Świętego, ze strony Romana Graczyka, głównego harcownika „antyklerykalizmu" na łamach „Gazety Wyborczej". Graczyk, były sekretarz redakcji „Tygodnika Powszechnego" (który swą iście „cenzorską nietolerancją" spowodował odejście Kisiela z tej redakcji), jako współpracownik „Gazety Wyborczej" stal się niezwykle niebezpiecznym rzecznikiem relatywizmu moralnego, skrajnej pobłażliwości wobec zła. W artykule na łamach „Gazety Wyborczej" z 18 maja 1992 Graczyk określił zło jako „niezbędną cenę wolności człowieka", twierdząc, że „nie można obronić wolności, nie płacąc tej ceny". Teza to skrajnie niebezpieczna. Dość przypomnieć, ile świat XX-wieczny zapłacił za panowanie różnych totalitaryzmów, które dopuszczały zło w imię zasady „cel uświęca środki". Graczyk, „publicysta katolicki", czy raczej „fałszywy katolik" (by użyć trafnego określenia ks. Stanisława Małkowskiego na temat podobnych postaci), ze swą ofertą humanizmu europejskiego, ujmuje ludziom takim jak Alber Camus, Tomasz Mann, Salvadore Madariaga i inni, którzy nie ustawali w demaskowaniu relatywizmu moralnego i różnych form godzenia się ze złem. Przypomnijmy, że racjonalni Anglosasi już dawno wymyślili zwrot moral insanity (oblęd moralny) na określenie patologicznego braku zasad, uczuć i instynktów moralnych, który tak ochoczo aprobuje publicysta „Gazety Wyborczej", a dawniej sekretarz „Tygodnika Powszechnego". Najlepszą odpowiedź na głoszoną przez Romana Graczyka i jego spojuszników z „Gazety Wyborczej" zasadę pobłażliwości wobec zła można odnaleźć w słowach zamordowanego później przez siewców zła Mamina Luthera Kinga: „(...) Ten, kto biernie akceptuje zło, bez protestowania przeciw niemu, w praktyce współpracuje ze złem".

Specjalną rolę podważania znaczenia Kościoła odgrywają w „Gazecie Wyborczej" listy czytelników, które odpowiednio wyselekcjonowane służą niejednokrotnie do atakowania Kościoła bez żadnych zahamowań. W „Niedzieli" z 29 stycznia 1995 zwrócono uwagę na inną specjalność „Gazety Wyborczej", to jest atakowanie Kościoła katolickiego za pomocą „bijących" tytułów: „Kościół przyznaje się do winy", „Arcybiskup nie chce modlitwy", etc. Ta metoda jest bardzo konsekwentnie stosowana. Na przykład w „Gazecie Wyborczej" z 14 sierpnia 1995 użyto tytułu: „Badania OBOP: w obronie krzyża i wolnej miłości". Zestawiono tym samym dwa jakże różne fakty.

Chyba nieprzypadkowo główną harcowniczką w walce z Kościołem, przebijającą swymi skrajnościami nawet panie Sierakowską i Waniek z SLD, stała się działaczka byłej opozycji laickiej Barbara Labuda, przez szereg lat posłanka Unii Wolności, obecnie pracująca w kancelarii prezydenta. Jej wybryki antyreligijne wzbudzały w swoim czasie niesmak nawet u niektórych rozważniejszych działaczy Unii Wolności. Choćby taki oto passus z wywiadu Labudy dla „Szpilek": „(...) Odrzuciłam religię, bo mi się nie podoba (...) fakt, że jakaś grupa mężczyzn nakłada na laleczkę koronę, dla mnie oznacza jedynie nakładanie korony, a nie beatyfikację". Najbardziej tragikomiczny był fakt, że Labuda bez reszty zaangażowała się w atakowanie konkordatu, choć sama przyznała: „Ja Konkordatu nie zrozumiałam, choć przeczytałam go ze sto razy". Jak widać, najłatwiej zdobyć się na atakowanie czegoś, czego się nie rozumie, zamiast odrobiny wysiłku intelektualnego.

Ucieczka od wdzięczności

    Barbara Labuda stanowi jaskrawy przykład jakże typowej dla wielkiej części byłej opozycji laickiej „ucieczki od wdzięczności" wobec Kościoła, który pomagał opozycjonistom przetrwać w różnych trudnych okresach od 1968 roku począwszy. Dzisiejsi najbardziej zacięci nawet przeciwnicy Kościoła chętnie garnęli się kiedyś pod jego opiekuńcze skrzydła, a bywało, że inscenizowali nawet spektakularne nawrócenia. Można by długo wymieniać owe spektakularne nawrócenia. Można by długo i wymieniać nazwiska opozycjonistów byłej lewicy laickiej, którzy bez żenady długi czas korzystali z pomocy materialnej Kościoła. Niektórzy z nich kończyli nawet studia na KUL-u, gdy mieli problemy na państwowych uczelniach. Duża część z nich z lubością korzystała z możliwości druku w katolickiej prasie, tak jak Labuda pisująca w „Przeglądzie Powszechnym".

Warto przypomnieć tu uwagi Janusza Szpotańskiego, swego czasu Autora najsłynniejszych w Polsce satyrycznych utworów antykomunistycznych, więzionego w czasach Gomułki za poemat Cisi i Gęgacze. Zdaniem Szpotańskiego: „(...) Walka z Kościołem przybiera u nas rozmiary, graniczące z obłędem. Gdybym np. mieszkał w Austrii i wiedzę o Polsce czerpał z wystąpień w sejmie, postępowej prasie i telewizji, pań w rodzaju posłanki Labudy, to niechybnie doszedłbym do wniosku, że w Polsce rządzi prymas Glemp i to o wiele surowiej, niż Chomeini w Iranie: Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest, że największymi antyklerykałami są obecnie ludzie, którzy jeszcze nie tak dawno zawodzili religijne pieśni i kurczowo trzymali się sutanny.

Jak z goryczą stwierdził ks. Wiesław Niewęgłowski na łamach „Rzeczpospolitej" z 8-9 lutego 1992: „(...) Podziwiam dobre samopoczucie „gadających głów" oraz piszących, którzy prześcigają się w tym, jak dołożyć „czarnemu" lub całej wspólnocie wierzących Kościołowi. Mają wieloletnie doświadczenie. Dawniej z powodu dyspozycyjności. Dzisiaj, aby wykazać się, że są raz jeszcze w czołówce „postępu". Zdumiewa mnie wybitna, choć wyjątkowo krótka pamięć, zwłaszcza tych, bywających ostatnimi laty w kościele. Jeszcze nie dawno ci sami „nowi Europejczycy" bili się w piersi podczas mszy, którą odprawiałem. Przychodzili, aby pomóc im nie tylko duchowo ale i materialnie. Stali rzędem po paczki; które z różnych zagranicznych wspólnot kościelnych sprowadzano dla nich podczas stanu wojennego. Na terenie Warszawy - co trzeci twórca (w tym dziennikarze, pracownicy radia i telewizji) otrzymywali po­moc charytatywną od Kościoła. Nie mówiąc o lekach, nie proszeni o deklaracje i wyznania opowiadali z zapałem o swym zniewoleniu, uzależnieniu, błędach i nowej szansie, jaką odnajdują wśród odzyskanych, chrześcijańskich wartości i w „podziemnej Polsce". Podnosili pierwsi zajączki V, najgłośniej śpiewali religijne pieśni i z nadgorliwością przywdziewali pokutne szaty. Wyrzekali się ateizmu i obiecali restytucję. I oto teraz ci gorliwcy spod ambony, nabierając kolejny, nowy wiatr w żagle, bez żenady, zapomniawszy już dawno, czym jest przyzwoitość, grają w pierwszym rzędzie nowej orkiestry. Kościół, który - jak z upodobaniem powtarzali - był przestrzenią wolności, azylem prawdy, miejscem prognoz, dyskusji, kuchnią czasu przyszłego; Kościół - który organizował dla intelektualistów i artystów sesje krajowe oraz międzynarodowe; rozdawał stypendia i nagrody, promował ich dzieła w kraju i za granicą; Kościół - na terenie którego nadal podejmowały działania związki twórcze i stowarzyszenia, gdy je rozwiązano, okazało się, że z dnia na dzień przez tych samych ludzi został ogłoszony gettem, ciemnogrodem i wrogiem dem6kracji. Usługując potrzebującym intelektualistom i twórcom podczas wspólnej niedoli, Kościół niczego od nich nie oczekiwał. Jednak w nowo kreowanej przez nich rzeczywistości, której towarzyszy wrogość wobec Niego, rodzi się nieodparcie myśl - gdzie w części tych ludzi podziało się owo minimum przyzwoitości?"

Szczególnie ostro napiętnował obłudę postępowania niektórych byłych dysydentów z dawnej opozycji laickiej w stosunku do Kościoła słynny zagraniczny badacz historii Polski Peter Raina. Zarzucił im, że świadomie oszukiwali Kościół, twierdząc, że reprezentują te same wartości, co on. Wykorzystywali Kościół tylko jako „swoisty glejt, przepustkę do kariery politycznej". Zdaniem Rainy ludzie ci w rzeczywistości „zasadniczo nigdy nie mieli nic wspólnego z Kościołem oprócz szyldu, którym lubili się posługiwać"."

Warto również przypomnieć zupełnie nieznane krajowym czytelnikom wnikliwe spostrzeżenia świetnego obserwatora polskiej sceny politycznej, od lat korespondenta amerykańskiej prasy polonijnej Roberta Strybela. Parę lat temu tak pisał on w polonijnym „Dzienniku Związkowym" w Chicago o naiwnym zawierzeniu przez ludzi Kościoła dobrej woli opozycyjnej lewicy laickiej:„(...) Większość ludzi Kościoła uległa triumfalistycznej euforii lat 80-tych, co utrudniło rozeznanie własnych sił i środków oraz realistyczną ocenę potencjału przeciwnika. Do najaktywniejszych osób działających wówczas na terenach przykościelnych należeli post-KOR-owcy i inni dysydenccy intelektualiści. Owa „laica" (niechętna Kościołowi lewica laicka) teraz pobożnie przyklękała przed ołtarzem, z wielkim szacunkiem odnosiła się do kleru, wraz z wiernymi śpiewała „Chcemy Boga w książce, szkole...". Laicyzatorzy chętnie też przyjmowali z rak proboszczów dary z przesyłek charytatywnych. Nawet ukrywali się przed bezpieką w klasztorach, podziemiach świątyń czy na plebaniach. Stali blisko Kościoła, dopóki mieli z tego jakąś korzyść. Nie bez kozery mówi się, że post-KOR-owcy dorwali się do władzy po grzbietach robotników i pod opiekuńczą sutanną Kościoła. Gdy wreszcie znaleźli się u żłobu, od „roboli" i „ciemnogrodu" mogli się już definitywnie odwrócić. Wielu przedstawicieli Kościoła zrazu uwierzyło w owe cudowne nawrócenia swoich odwiecznych przeciwników. Dopiero poniewczasie przekonali się, że jest inaczej, gdy owi świeżo upieczeni niby-sympatycy katolicyzmu stanęli na czele kampanii antyklerykalnej, jakiej nawet stalinowcy mogliby pozazdrościć. Kiedy strona kościelna zorientowała się, że stała się obiektem niebywałej agresji, było już za późno. Sprytnie dozowane przez laikę slogany propagandowe - „tolerancja", „otwartość", „nowoczesność", „Europa", wielki świat", itp. miały na celu m.in. przekonanie Polaków, że Kościół i religia to przeżytki niegodne współczesnego człowieka. Świeckość, laickość, ostatecznie kato­licyzm „otwarty" - to jest to. Ponieważ to „laica", a nie strona kościelna zdominowała prasę, (zarówno michnikowa „Gazeta Wyborcza", jak i urbanowe „Nie" mają większy nakład niż wszystkie pisma katolickie razem wzięte!) poglądy te łatwo zapadały w zbiorową świadomość Polaków".

Za parawanem pozornego obiektywizmu

   Brak miejsca nie pozwala na szczegółowe scharakteryzowanie wszystkich pism o zdecydowanie antykościelnym nastawieniu. By wspomnieć poza już omawianymi choćby opanowane przez krąg Labudy pismo „Bez dogmatu", czy polską edycję „Playboya", w której nierzadko pojawiały się najbardziej zjadliwe antykatolickie arty­kuły. Wymowa tych periodyków jest aż nazbyt ewidentna dla rzesz czytelniczych. Istotniejsze może okazać się raczej przypomnienie niebezpieczniejszych, bo cichych, bardziej zakamuflowanych ataków na Kościół i wartości prowadzonych w dziennikach pozornie trosz­czących się o obiektywizm i neutralność typu „Życie Warszawy" i „Rzeczpospolita". Uważna lektura numerów dawnego, pozornie wyważonego i neutralnego „Życia Warszawy" dostarczała licznych przykładów świadomego przedstawiania Kościoła katolickiego w Polsce w świetle negatywnym, pomniejszania jego znaczenia. Tomasz Wróblewski, znany skądinąd z rozdmuchania na łamach „Wprost" rzekomego antykomunistycznego spisku Ojca Świętego Jana Pawła II z prezydentem Reaganem, zamieścił w „Życiu Warszawy" 9 marca 1993 roku artykuł pt.: Kościół polski przeciwko polskim rodzinom. Na łamach „Życia Warszawy" z 20 września 1994 z kolei czytamy wielki tytuł: Do Kościoła chodzi coraz mniej Polaków. Z tekstu Ryszarda Holzera Bóg i cesarz, publikowanego w „Życiu Warszawy" z 19 kwietnia 1993 mogliśmy z kolei dowiedzieć się o „pełzającej klerykalizacji, z jaką - zdaniem wielu - mamy do czynienia obecnie". W 1994 roku „Życie Warszawy" zamieściło wywiad z osławionym rabinem Weissem wraz z tekstem wychwalającym tego awanturnika - recydywistę, polakożercę i katolikożercę. Później maksymalnie nagłośniono „protesty" rabina Weissa w Oświęcimiu. Dopiero po liście ks. Waldemara Chrostowskiego do „Życia Warszawy", krytykującego skrajną jednostronność tego dziennika w przedstawieniu wystąpień Weissa, bez równoczesnego przedstawienia stanowiska strony katolickiej, redakcja „Życia Warszawy" przeprosiła swych czytelników za jednostronność swych relacji w tej sprawie. Dość znamienna jest rola „Życia Warszawy" w promowaniu różnych antywartości, począwszy od stałych reklam agencji towarzyskich (czytaj domów publicznych), po skrajnie pornograficzne wyskoki na łamach dodatku do „Życia Warszawy"­„Ex libris", opanowanego przez szalejące feministki. Osobny temat to odpowiedni dobór listów czytelników, publikowanie nawet tekstów pełnych zoologicznej nienawiści do Kościoła i kapłanów, bez redakcyjnego komentarza, dystansującego się od tego typu publikacji. Na przykład w „Życiu Warszawy" z 20 grudnia 1991 roku można było przeczytać list czytelnika Stanisława Jaronia w obronie kapitana Piotrowskiego, mordercy księdza Popiełuszki. Autor listu pisał między innymi: „Popiełuszko; ciemny chłop, ogłupiony do reszty w seminarium... Popiełuszko zginął, bo przecenił swoją przebiegłość, drażnił się z Piotrowskim, grał mu na nosie i udawał bohatera. W końcu pewnie Piotrowskiego wyprowadziło to z równowagi i postanowił z tym skończyć". Czy coś może wytłumaczyć wydrukowanie bez żadnego komentarza takiego listu - śmiecia wyrażającego zrozumienie dla motywów mordercy ks. Popiełuszki na łamach dziennika mającego pretensje do jakiejś renomy?

Swoisty model stosunku do Kościoła prezentowała „Rzeczpospolita". Jakże często w sobotnio-niedzielnym numerze „Rzeczpospolitej" raczono nas kolejną porcją antykościelnych, antykatolickich i antynarodowych wywodów Szota w jego cotygodniowym przeglądzie prasy pt. Na zdrowy rozum. Oto kilka typowych „perełek" z przeglądów Szota. W „Rzeczpospolitej" z 17 grudnia 1994, powołując się na „Gazetę Lubuską" pisał, że klerykalizm „można podzielić na przyczajony, pełzający, kroczący i atakujący". W „Rzeczpospolitej" z 23 lutego 1995 pisał o teorii, wedle której „europejskie państwa można podzielić na kraje „Marty i kraje Marii". Społeczeństwa pierwszych były protestanckie i pracowite, drugie katolickie i powierzające pracę raczej Bogu." Bzdurność uogólnień Szota widoczna jest chociażby na przykładzie prosperujących gospodarczo katolickiej Bawarii czy Belgii, ale autorowi wyraźnie chodzi o propagandę antypolską, a nie o fakty. W „Rzeczypospolitej" z 23 lipca 1994 Szot z głupia frant przedstawiał banialuki jakiejś Australijki o tym, że żoną Jezusa była biblijna Maria, z którą Chrystus miał troje dzieci, a po swej pozornej śmierci Jezus jakoby przeżył jeszcze 30 lat i zawarł drugi związek małżeński z Greczynką Lydią. Te „rewelacje" Szot poprzedził wstępem, iż australijskiej uczonej „udało się ustalić następujące fakty". I tak z tygodnia na tydzień Szot sączy różne bzdury do umysłów swych czytelników, przy tym antyreligijnym i antykościelnym treściom częstokroć towarzyszą różne tego typu niewyszukane prztyczki w tradycję narodową i patriotyzm. Po śmierci naczelnego „Rzeczpospolitej" Dariusza Fikusa, wraz z pewnymi wyraźnymi zmianami w tonacji dziennika stopniowo doszło do zaprzestania publikacji osławionych „szotowych" przeglądów prasy. Oby na trwałe!

Postkomunistyczne władze konsekwentnie działają na rzecz maksymalnego ograniczenia katolickiej większości ludności Polski i możliwości jej zaprezentowania. W rezultacie tych działań oficjalna delegacja polskich kobiet na konferencję w Pekinie jechała z raportem skrajnie przesiąkniętym „labudyzmem" i gruntownie sprzecznym z poglądami przeważającej części polskich kobiet-katoliczek. Nic dziwnego; że reprezentantki polskich katolickich organizacji kobiecych odmówiły firmowania takiego raportu.

I dziś trzeba bronić praw sumienia

   Przez cały okres po 1989 wyraźnie widać coraz bardziej negatywne skutki współdziałania „czerwonych" i „różowych" środowisk politycznych i kulturalnych w walce przeciw wartościom. Ich współdziałanie, tak widoczne w walce przeciw patriotyzmowi, znajduje równocześnie wyraz w coraz intensywniej rozwijanej, niebywale perfidnej ofensywie antywartości, ośmieszania wiary i Kościoła, dążeniu do rozbicia trwałości polskiej rodziny. W miejsce oczekiwanej wolności mamy na każdym kroku „luz" i „róbta co chceta", jako swoiste symbole małości wzorców lansowanych przez najpopularniejsze, najbardziej wpływowe polskojęzyczne media. Tym ważniejsze były więc dla nas przejmujące słowa ostrzeżenia wypowiedziane przez Ojca Świętego: „(...) Wbrew pozorom praw sumienia trzeba bronić także dzisiaj. Pod hasłami tolerancji, w życiu publicznym i środkach masowego przekazu, szerzy się coraz większa nietolerancja. Odczuwają to boleśnie ludzie wierzący. Zauważa się tendencję do spychania ich na margines życia społecznego, ośmiesza się i wyszydza to, co dla nich stanowi nieraz największą świętość (...)".

Wbrew faktom próbowano zbagatelizować ostrzeżenia Ojca Świętego. Roman Graczyk na łamach „Gazety Wyborczej" przyznał, że istnieją zjawiska obrażania uczuć religijnych, ale stanowią, jego zdaniem, tylko margines. I nie sposób stwierdzić, że prowadzona jest odgórna walka z Kościołem. Czyżby? Warto więc przypomnieć, że na łamach „Gazety Wyborczej" doszło 7 lipca 1994 roku do znamiennego przyznania ze strony jednego z czołowych działaczy Unii Wolności Jana Lityńskiego, iż mamy do czynienia z ciągłym wypychaniem Kościoła poza nawias życia publicznego, które musi zakończyć się rodzajem zimnej wojny religijnej. Można by bardzo 4 długo wyliczać przejawy ataków na Kościół i religię w różnych mass mediach, począwszy od radia i telewizji poprzez „Nie", „Politykę" i „Gazetę Wyborczą", po „Wprost", „Dziś", „Wiadomości Kulturalne", „Przegląd Tygodniowy" i różne inne pisma postkomunietyczne, względnie „różowe".

Warszawska odmiana sowieckiego „Bezbożnika"

Szczególnie szkodliwą rolę w zręcznej, systematycznej akcji podważania i osłabiania religijności Polaków odgrywała i odgrywa zdominowana przez starych komunistycznych politruków telewizja. W kraju, gdzie zdecydowana większość ludności jest katolicka, wykorzystuje się utrzymywaną w niemałej mierze ze środków całego społeczeństwa (abonamenty) telewizję do perfidnych ataków przeciwko Kościołowi i religii oraz ośmieszania wartości chrześcijańskich. Zdecydowanie przodowała pod tym względem Olga Lipińska ze swym kabaretem, w którym wciąż usiłowała dokładać Kościołowi jako rzekomej „nowej sile przewodniej", zatruwającej dusze narodu i wsączającej w nią jady zaścianka. W wywiadzie dla katowickiego „Dziennika Zachodniego" Lipińska sugerowała bez żenady, że wszędzie w Polsce jakoby panoszy się ciemnogród, a głównym jego wyrazicielem jest oczywiście Kościół katolicki, który na dodatek „ma długie ręce", i już, już sięga po władzę. Styl ataku na Kościół wyrażony przez Lipińską w programie „Kariery-Bariery", redaktor naczelny „Najwyższego Czasu"Stanisław Michalkiewicz, ne bez racji przyrównał do manifestacji organizowanych w Rosji Sowieckiej przez „Bezbożnika", tyle, że w sposób dostosowany do gustu warszawskiego demi-monde'u. Szczególnie „zabłysnął" program kabaretu Lipińskiej z okazji Nowego Roku 1997. Można było w nim usłyszeć donośne wezwanie: „Wybaw nas od Kościoła, a Kościół od klechów". Rzeczywiście, szczególny typ powitania Nowego Roku w kraju, z przeważająca większością ludności katolickiej. Nawet wyskoki Olgi Lipińskiej potrafiono jednak przebić - poprzez pokazaną w Poniedziałek Wielkanocny 12 kwietnia 1993 roku w kabarecie „Big Zbig Show" sceniczną parodię wielkopostnej pieśni religijnej „Nocą ogród oliwny". Główny aktor spektaklu Zbigniew Zamachowski, przebrany za księdza w otoczeniu pląsających niby - zakonnic z głupawą miną parodiował wstrząsającą melodię pieśni o Jezusie w Ogrójcu. Po protestach różnych środowisk katolickich, zdobyła się na przeproszenie telewidzów tylko Autorka spektaklu Magda Umer. Ani słowa przeprosin nie wybąkał tak „zasłużony" dla walki z wartościami chrześcijańskimi i patriotyzmem w telewizji jej ówczesny prezes Janusz Zaorski. Czyż można się dziwić - przecież to on przerobił scenariusz Marii Nurowskiej z „bogoojczyźnianego" - jak sam powiedział - w „ateistyczno-inter­nacjonalistyczny", wywołując gwałtowny protest Autorki.

Antyklerykalne patologie

W kontekście tych antychrześcijańskich ekscesów telewizji, warto przypomnieć wypowiedź swego rodzaju klasyka polskiego kabaretu Wojciecha Młynarskiego, na łamach „Tele­rzeczpospolitej" z 12 czerwca 1994 r. Młynarski ubolewał, że zupełnie nie widzi odważnego, ostrego i na wysokim artystycznym poziomie kabaretu politycznego, dodając: „(...) We wszystkich produkcjach wałkowany jest Kościół. Uważam, że trzeba ten temat poruszyć, ale nie w formie tak marnej artystycznie i miałkiej myślowo, jak to jest robione".

Także dotowana z pieniędzy całego społeczeństwa kinematografia staje się nierzadko areną grubiańskich ataków na Kościół katolicki w Polsce. Szczególnie jaskrawym przykładem pod tym względem był film Konrada Szołajskiego „Człowiek z..." (prod. 1993 r.), skrajnie przerysowana satyra na solidarnościowe podziemie. Reżyser filmu, opracowanego na podstawie scenariusza przygotowanego do spółki z Januszem Lindenbergiem, tym skwapliwiej rzucił się w swej „satyrze" na wspierający solidarnościowe podziemie Kościół katolicki. Jak komentował film Szołajskiego Mirosław Winiarczyk: „Antyklerykalizm „Człowieka z..." wydaje się być na granicy patologii".

Bezkarność w obrażaniu uczuć wiernych zachęca ciągle nowych naśladowców Herostratesa do szukania rozgłosu dzięki co skrajniejszym bluźnierstwom. Typowy pod tym względem był popis szerzej nieznanej dziennikarki katowickiej TV Eweliny Puczek w kwietniu 1996 roku. W trakcie wywiadu z ks. Józefem Tischnerem Puczek wystąpiła z „odkryciem", że Apostołowie jakoby upili się w czasie Ostatniej Wieczerzy i zasnęli, zostawiając Pana Jezusa samego. Oburzeni czytelnicy złożyli krakowskiej prokuraturze doniesienie na taką obrazę ich uczuć religijnych. Badająca sprawę prokurator uznała zarzut za bezpodstawny, tłumacząc, iż zamiarem pani Puczek nie było wyszydzenie przedmiotu czci religijnej, lecz „zainspirowanie czytelników do własnych przemyśleń czy rozważań".

Skrajna tolerancja wobec najbardziej ordynarnych nawet przejawów obrażania uczuć religijnych stała się zachętą dla różnych prymitywnych amatorów do skandalizowania za wszelką cenę. W takiej atmosferze doszło między innymi do powstania prac niejakiego Krzysztofa Kuszeja z Łodzi, w ordynarny sposób obrażających uczucia religijne. Na jednym z jego „obrazów" Matka Boska została pokazana naga. Jeszcze inny obraz Kuszeja przedstawiał scenę profanacji wizerunku Czarnej Madonny przez żołnierzy. Były to więc przypadki dość szczególnej „sztuki", polegającej na łączeniu obsesyjnej skłonności do profanowania rzeczy świętych z pornografią. Po kilku tygodniach śledztwa Prokuratura Rejonowa w Łodzi - Śródmieście przedstawiła Kuszejowi zarzut usiłowania obrazy uczuć religijnych oraz produkcji i posiadania pornografii w celu jej rozpowszechniania.

Panujący model „tolerancji" dla wulgarnych bluźnierstw i drwin z wszystkiego, co najświętsze, zapewnia maksymalną bezkarność dla autorów „utworów" profanujących pieśni Eucharystyczne (vide ostawiony tekst zespołu „Piersi"). Inny zespół młodzieżowy „Apteka" w tekście „Jezuu" (1992 r.) podśpiewywał: „Jezus Chrystus nie jest w modzie, chyba diabeł jest na fali, my pijemy, tu browary, Hary Kriszna, Hary, Hary!" W Katowicach młodociani chuligani antyreligijni zwoływali na „antyfaszystowską" zadymę plakatami wyobrażającymi molestowanych nazistów - pod rękę esesmana z księdzem. W marcu 1995 r. we Wrocławiu doszło do manifestacji młodych „antyfaszystów" w ramach tzw. Akcji Antyklerykalnej. Kolportowano odezwy nawołujące do mordowania księży. Na czele manifestacji, idącej pod pałac biskupi, stanął młodzieniec przebrany za biskupa w mitrze z brystolu i autentycznej stule, najprawdopodobniej skradzionej z konfesjonału.

Nadmierna tolerancja rodzi coraz większe ekscesy. Widząc bezkarność bluźnierców z telewizji i prasy coraz więcej młodych rozwydrzonych nihilistów, pozwala sobie w praktyce na najgorsze bluźnierstwa i czynne napaści na księży i świątynie. Pojawiają się napisy „księża na księżyc", „katolicy do kostnicy". W Ostródzie grupa młodych podpaliła grób Chrystusa i darła Pismo Święte. W Legnicy inni młodzi ludzie potłukli organy kościelne i rozszarpali atrybuty liturgiczne. W Żyrardowie zdewastowano Tabernakulum i podeptano święte Hostie. W Poznaniu grupa dziewcząt urządziła sobie libację w kaplicy Wieczystej Adoracji poznańskiej fary, po czym wypiwszy przyniesione wino, potraktowała kaplicę jak ubikację. Na warszawskich słupach ogłoszeniowych pojawiły się w 1994 roku plakaty informujące o koncercie zespołu „Jezus Chytrus". Jakiś warszawiak pozwolił sobie na nazwanie swego psa imieniem Chrystus i tak przywoływał go na spacerach. I społeczeństwo polskie spokojnie znosi tego rodzaju naigrawania. I wszystko to jest tolerowane!!! Znamienne jest, że kiedy dochodziło do publicznej próby wystąpienia przeciw winnym bluźnierstw, tak jak to zrobiła grupa posłów ZChN w związku z obrażającą uczucia religijne piosenką zespołu „Piersi", to natychmiast organizowano wielką akcję wsparcia bluźnierców w kraju i zagranicą. W obronie bluźnierczego zespołu „Piersi" wystąpiły m.in. nowojorskie organizacje „Helsinki Watch" i „Fundusz Wolnego Słowa". Dlaczego w opanowanych przez „czerwonych" i „różowych" mediach tak rzadko pisze się o przejawach ohydnych świętokradztw, dewastowania świątyń i cmentarzy katolickich? Czy dlatego, że ludzie z tych mediów chcą usilnie przekształcić katolicką większość narodu w nie mającą nic do powiedzenia, zahukaną i zakompleksioną mniejszość?

Dochodziło i dochodzi do różnych przejawów antyreligijnego fanatyzmu, godzącego w uczucia ludzi wierzących. By przytoczyć choćby przykład opisany w „Słowie-Dzienniku Katolickim" z 6 grudnia 1995. Chodziło o bulwersujące wydarzenie, które miało miejsce w Społecznym LO w Ursynowie. Otóż nieznany sprawca zdjął tam ze ściany krzyż, zawieszony przez młodzież w sali, w której odbywają się lekcje religii. Po długich poszukiwaniach krzyż został odnaleziony w koszu na śmieci.

Co najsmutniejsze, wiele profanacji miejsc świętych, dokonywanych jest przez małolatów, których indoktrynowano w nienawiści do księży i Kościoła. Jak opisywał ks. Waldemar Kulbat: „(...) Dwoje dzieci dokonało profanacji w kościele św. Antoniego w Łodzi, dokonując zniszczeń na kilkadziesiąt milionów starych złotych. W innej parafii dwóch czternastolatków rozbiło rzucając R o ziemię figurę Pana Jezusa. W kościele, w którym pracuję, odbywa , się nieustająca adoracja Najświętszego Sakramentu. Grupa młodych ludzi pluła i wykrzykiwała bluźniercze okrzyki, wobec Pana Jezusa w Eucharystii, a gdy podbiegli ludzie obecni w kościele, w rękach „dzieci" pojawiły się noże". Ks. Kulbat przypomniał również inny wyczyn „małolata" z Polichny pod Chęcinami koło Kielc 5 lutego 1992. Długoletni proboszcz tej parafii ciężko poraniony udaremnił morderczy zamach wyrostka, którego sam, przed laty, ochrzcił n w miejscowym kościele.

Kto podpala Kościoły?

    Jakie są skutki tej antykościelnej i antyreligijnej kampanii nienawiści w praktyce, wiadomo. Pisali o tyra we wstrząsających tekstach na łamach „Tygodnika Solidarność" Michał Mońko i Katarzyna Klukowska. Przypomnijmy tylko kilka znamiennych danych. Od 1991 roku do pierwszego kwartału 1995 roku dokonano 84 napadów rabunkowych na plebanie. W latach 1990-1995 dokonano 3703 kradzieży z włamaniem do obiektów kościelnych.

Coraz większe rozmiary przybiera dewastacja i profanacja cmentarzy katolickich. Oto kilka drastyczniejszych przykładów tego typu. W nocy z 12 na 13 maja 1990 doszło do zdewastowania 187 grobów na cmentarzu w Wejherowie. Sprawcy profanacji zrzucili z postumentu i rozbili 1,5 metrową figurę Chrystusa. 6 lutego 1993 zniszczono około 500 grobów na warszawskim Wawrzyszewie. W kolejne dwie noce 8 i 9 maja 1993 sataniści sprofanowali 136 grobów na zabrzańskich cmentarzach, przewracając pomniki i łamiąc płyty nagrobne, strącając i odwracając do tyłu krzyże na grobach. 25 października 1993 zniszczono 110 grobów we Wrocławiu, niszcząc płyty nagrobne i łamiąc krzyże. W tymże 1993 roku podczas świąt Bożego Narodzenia sataniści urządzili czarną mszę na toruńskim cmentarzu przy ul. Wybickiego. 30 lutego 1994 doszło do zbezczeszczenia 30 grobów na zabytkowym cmentarzu wojskowym w Modlinie, głównie mogił żołnierzy polskich z 1920 i 1939 roku. W 1996 roku doszło do 861 profanacji cmentarzy, w przeważającej większości cmentarzy katolickich. Dodajmy do tego niektóre tylko przykłady celowych podpaleń kościołów z długiej, jakże długiej listy wypadków tego typu. W czerwcu 1992 spłonął na skutek podpalenia kościół w Niedźwiedziu pod Gorcami zbudowany w XVII wieku. W październiku 1992 w wyniku podpalenia spłonął zabytkowy kościół w Łękawicy Żywieckiej z 1536 roku. W styczniu 1994 roku podpalono najstarszą świątynię na Górnym Śląsku - ponad 500-letni drewniany kościół w Łączy koło Gliwic. W lipcu 1994 roku anarchiści z Frontu Antyreligijnego podpalili zabytkowy kościółek w Motyczu. Podpaleniu towarzyszyło wypisanie na ścianach kościółka napisów odpowiedniej treści: „Bóg nie istnieje", etc. W tymże 1994 roku, zaledwie na trzy dni przed świętami Bożego Narodzenia podpalono przy pomocy butelki z denaturatem kaplice papieską na Turbaczu zbudowaną dla uczczenia pierwszej wizyty Ojca Św. na Podhalu. W sierpniu 1995 spłonął na skutek podpalenia XVII-wieczny kościół w Gronowicach w woj. opolskim. W maju 1996 spłonął - prawdopodobnie na skutek podpalenia kościół w Książomierzu z 1430 roku, słynący z otaczanego kultem obrazu Matki Boskiej Księżomierskiej. Tylko na Ziemi Lubuskiej w ciągu ostatnich dwóch lat doszczętnie spłonęło pięć zabytkowych, drewnianych kościołów. Stwierdzono kilkanaście prób podpaleń i ataków na obiekty sakralne. Między innymi w Wielki Piątek 1995 roku doszczętnie spłonął kościół pod wezwaniem Podwyższenia Krzyża Świętego w Szlichtyngowej (gmina Wschowa), a zbudowany w 1653 r. w lutym bieżącego roku spłonął zbudowany w XVI w. drewniany ; kościół pod wezwaniem św. Trójcy w Tuchorzy (gmina Wolsztyn) Spłonęły tam m.in. zabytkowy tryptyk z XVI wieku i ambona z tegoż stulecia. W kościele Najświętszego Zbawiciela w Zielonej Górze, w ciągu 9 miesięcy, od września 1996 do czerwca 1997, podkładano ogień pięciokrotnie, przy tym cztery razy podpalano drewniany tryptyk w bocznej nawie kościoła. Mirosław Kuleba, opisujący w bardzo udokumentowanym tekście serię podpaleń kościołów na Ziemi Lubuskiej, wyrażał jednoznaczne przekonanie, że kościoły płoną z powodu świadomych podpaleń, a nie w rezultacie niesprawności instalacji elektrycznej, etc. W przypadku spalenia XVI­wiecznego kościoła w Tuchorzy, w momencie pożaru w nocy z piątku na sobotę, były wyłączone wszystkie urządzenia elektryczne, a instalacja odcięta przez zabezpieczenie główne, zawsze wyłączane przez kościelnego. Znamienne jest, to co podkreślał Mirosław Kuleba: „(...) Nie trudno spostrzec, że okoliczności powstawania pożarów są niemal identyczne. Kościoły płoną zawsze w nocy. Zwykle jest to sobotnia noc. Pożar zaczyna się w drewnianej wieży, do której najłatwiej się dostać i która najczęściej nie posiada żadnej instalacji elektrycznej".

   Rzuca się w oczy „zdumiewający" brak reakcji przeważającej części mediów i przedstawicieli władz RP na tak liczne przejawy podpaleń czy profanacji kościołów katolickich. Jakże kontrastuje to tak wymowne „milczenie" z całą falą oficjalnych protestów, jaka nastąpiła po próbie podpalenia drzwi synagogi w Warszawie w marcu 1997. Natychmiast zaprotestował wówczas prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, zaprotestowali liczni inni wpływowi politycy i intelektualiści. Sprawa nabrała rozgłosu międzynarodowego, podczas gdy o tak licznych podpaleniach kościołów katolickich w Polsce jakoś dziwnie nikt nie informował zagranicy. Warto przytoczyć w tym kontekście uwagi ks. Marka Starowieyskiego, profesora Wyższego Seminarium Duchownego w Warszawie, historyka Kościoła i publicysty, zamieszczone w „Rzeczpospolitej" z 15-17 marca 1997: „(...) Bezkarne znieważanie kościołów i Najświętszego Sakramentu, pożary obiektów sakralnych, nie tylko katolickich (prawosławna Grabarka czy warszawska synagoga), dewastacja cmentarzy i niszczenie krzyży zaczyna stawać się częścią składową codziennego życia w Polsce. Może właśnie podpalenie warszawskiej synagogi stanie się punktem zwrotnym dla poważnego traktowania praw ludzi wierzących w Polsce. Protestował prezydent, wyrazy oburzenia okazali przedstawiciele elit rządowych, ambasadorowie. Czy jednak zobaczymy tych ludzi i usłyszymy te same potępienia, gdy spłonie następny kościół, gdy zostaną bluźnierczo rozsypane Hostie po kościele lub potrzaskane krzyże na cmentarzu?" Nadzieje ks. Starowieyskiego okazały się złudne. Elity rządowe dalej zachowywały wymowne milczenie, gdy chodziło „tylko" o podpalenie i dewastację kościołów i cmentarzy katolickich. W kilka tygodni potem doszło do podpalenia zabytkowego XVI-wiecznego kościoła w Łagowcu w województwie poznańskim. Kościół spłonął doszczętnie, a z nim cenny stary ołtarz barokowy i dwa zabytkowe obrazy. Tym razem przedstawiciele kół rządzących i intelektualiści milczeli jak grób, niemal całkowicie milczały media. Podobnie jak w przypadku następnych profanacji i podpaleń - by wymienić tylko parę z jakże niestety licznych przykładów.

Na początku czerwca 1997 nieznani wandale zbezcześcili i okradli kościół w Będzinie koło Katowic, poświęcony pamięci Polaków wywiezionych do Związku Radzieckiego w czasie drugiej wojny w światowej. Kościół nazywany jest Golgotą Wschodu - jego proboszcz ks. Stefan Gibała od lat gromadzi pamiątki związane z Polakami wywiezionymi i zaginionymi na Wschodzie. Nieznani napastnicy wyważyli drzwi, wyrzucili z zakrystii szaty liturgiczne i rozrzucili Hostie po podłodze. Pogięli również krzyże na naczyniach liturgicznych. Zdaniem ks. proboszcza Gibały włamanie miało na celu wyłącznie profanację świątyni. W nocy z 29 na 30 lipca 1997 dokonano profanacji. Najświętszego Sakramentu w kaplicy Przemienienia Pańskiego w Szczecinie-Załomiu. Sprawcy profanacji wyrwali ze ściany Tabernakulum z Najświętszym Sakramentem, otworzyli puszkę z komunikantami i rozsypali konsekrowane Hostie.

Za suchymi faktami o aktach profanacji i dewastacji kościołów katolickich kryje się prawda o wyjątkowym zwyrodnieniu niszczycieli. Ciągle dowiadujemy się o wyjątkowym okrucieństwie przestępców napadających na księży. Ta zaciekła nienawiść, bezwzględność wobec napadanych księży nie są wcale przypadkowe.

Jak powiedział ks. bp Roman Andrzejewski w kazaniu wygłoszonym w czasie pogrzebu księdza Zbigniewa Durczyńskiego, zamordowanego w 1992 roku: „(...) Włączone radio nadawało przegląd prasy. Odczułem; jak sączy się stamtąd nienawiść, ile pieniędzy ma Kościół, ile zarabiają księża? (...) Żadnej wzmianki o wychowawczej pracy kapłanów, szkolnej i pozaszkolnej, o dyżurach w konfesjonałach, o pracy podejmowanej bez oglądania się na wynagrodzenie. Z upodobaniem kontynuowane są przez niektóre kręgi ataki na Kościół, dobrze nam znane z minionej epoki. Chyba ci ludzie i serca wykształcili w wysokiej szkole oszustwa, bo tak zręcznie mieszają prawdę i kłamstwo (...). Napastnikom zapewniona jest bezkarność. Przykłady idą z góry".

Według artykułu Nieznani sprawcy Katarzyny Klukowskiej w „Tygodniku Solidarność" z 26 lipca 1995 tylko w ciągu pięciu lat do 1995 roku w Polsce zamordowano 10 księży. Statystyka ta nie uwzględniła 1989 roku - tragicznego roku śmierci księży Niedzielaka, Suchowolca i Zycha. Autorka wskazywała również na tak znamienny fakt - nie zrobiono nic dla wykrycia sprawców morderstw na księdzu Stefanie Niedzielaku (w czasie II wojny światowej kapelana Armii Krajowej, a później kapelana WiN, opiekuna rodzin pomordowanych w Katyniu i poległych na Wschodzie), księdza Stanisława Suchowolca (przez wielu uważanego za duchowego spadkobiercę księdza Jerzego Popiełuszki) i księdza Sylwestra Zycha (uwięzionego w stanie wojennym).

Wiele dającą do myślenia sprawą była historia swoistej „czarnej serii" napadów na plebanie w diecezji sandomierskiej w 1995 roku. W ciągu kilku miesięcy do października 1995 doszło do 9 napadów tego typu, połączonych czasem z pobiciem księdza, m.in. w Biskupicach, Denkowie, Hucie Józefów i Mychowie. Napadnięci księża traktowali te napady jako formę zastraszenia i terroru. Tym bardziej, że powtarzał się ten sam scenariusz napaści. Jak opisywano w „Życiu Warszawy" z 9 października 1995: „(...) Agresorzy bardzo często stosują brutalną przemoc, przypiekają księży, wbijają im szpilki w kolana. Jednemu wstrzyknięto substancję niewiadomego pochodzenia". Szczególnie podejrzany był fakt nagłej śmierci w areszcie jedynego napastnika złapanego na gorącym uczynku. Tak więc nagle zmarł niewygodny świadek, który mógł sypać swych kompanów i mocodawców. Rzecz znamienna, gdy w prasie katolickiej podniesiono głos w tej sprawie, i gdy zgłoszona została na ten temat interpelacja w Sejmie, napady na plebanie w diecezji sandomierskiej nagle ustały. „Rabusie" zlękli się interpelacji?

Przeważająca część najbardziej wpływowych mediów w Polsce jak zwykle milczała w sprawie brutalnych napaści na księży w diecezji sandomierskiej. Wszak napadano i torturowano tylko księży! Katolicki publicysta Zdzisław Bradel, komentując „dziwne milczenie" „Gazety Wyborczej" i „Trybuny" w tej sprawie, zapytywał: „(...) Czyżby więc chodziło o zmowę milczenia, której wymowa stawia pod znakiem zapytania deklarowaną przez różowoczerwone ośrodki obronę wszystkich prześladowanych? A może milczy się w tej sprawie, bo ksiądz ma funkcjonować w naszej świadomości wyłącznie jako symbol polskiego i katolickiego ciemnogrodu? Może też trzeba nasze duchowieństwo tak zastraszyć, aby raz na zawsze odechciało mu się występować w obronie zgnębionego narodu?"

Dziwne pomieszanie pojęć

Na tle rozlicznych faktów dowodzących świadomego, cynicznego prowadzenia zimnej wojny antykościelnej i antyreligijnej w Polsce, tym bardziej zaskakują wciąż ponawiane próby zamazywania ostrości istniejącej sytuacji, minimalizowania zagrożeń dla religii i Kościoła. Częstokroć z całym cynizmem próbuje się zrzucać na obrońców Kościoła winę za to, że się w ogóle bronią. Bo najlepiej, żeby byli zupełnie bezbronni, jak z uporem sugeruje publicysta „Gazety Wyborczej" Roman Graczyk. W jednym z najskrajniejszych przykładów zamazywania faktycznie istniejących podziałów - artykule ks. Jana Kracika: Wrogowie Kościoła - można było przeczytać przedziwne stwierdzenie: „Zdecydowana większość chrześcijan to zarazem - raz bardziej, raz mniej - przyjaciele i wro­gowie Kościoła". Bardziej mącącego sprawy twierdzenia nie można było w ogóle wymyśleć. Fakty mówią coś wręcz przeciwnego. Zdecydowana większość chrześcijan jest przyjaciółmi Kościoła, a wrogowie Kościoła, których nie brakuje, wywodzą się z różnych grup ateistycznych byłych towarzyszy partyjnych (obecnych „czerwonych" i „różowych"), którzy choć wyrzekli się dawnych form komunizmu, nie wyrzekli się walki z Kościołem i religią.

W Polsce wciąż z niebywałą pobłażliwością toleruje się akty fanatyzmu antyreligijnego i antykościelnego, które wywołałyby gwałtowne protesty i przeciwdziałania w najbardziej nawet liberalnych krajach Zachodu. Nie mówię tu niczego gołosłownie. W „ultraliberalnych" Stanach Zjednoczonych piosenkarka Sinead 0'Connor, która podarła „na wizji" fotografię Ojca Świętego Jana Pawła II, spotkała się z powszechnym bojkotem. Nikt nie wystąpił w jej obronie; organizatorzy koncertu publicznie przeprosili widownię za nieodpowiedzialność piosenkarki. Po pewnym czasie i sama 0'Connor wybąkała słowa przeprosin, a nawet założyła koszulkę z portretem Ojca Świętego Jana Pawła II. U nas w katolickim tygodniku (! ! ! ) - „Tygodniku Powszechnym" Jerzy Wertenstein-Żuławski napisał w numerze z 14 marca 1993, że piosenkarka O'Connor, która podarła przed kamerą wizerunek Ojca Świętego, jest i tak moralnie lepsza od rozwydrzonej Madonny. Pytanie - czy ma jakikolwiek sens tego typu stopniowanie zła?! Niestety, właśnie w „Tygodniku Powszechnym" zbyt często po prostu powielano po 1989 roku różnej „argumenty" „Gazety Wyborczej". Mówi się, że w ramach współpracy lewicy katolickiej (czy katolewicy, skupionej wokół „Tygodnika Powszechnego") ze środowiskiem dawnej opozycji laickiej (skupionej wokół „Gazety Wyborczej") doszło do tego, że „Tygodnik Powszechny" stał się swego rodzaju dodatkiem do „Gazety Wyborczej". Szczególnie widoczne stało się maksymalne wykorzystanie „Tygodnika Powszechnego" w czerwcu 1989 roku do prób obciążenia rzekomego Kościoła „zamkniętego", „triumfalizmu" Kościoła winą za wszelkie konflikty z lewicą laicką. Ta wyraźna tendencyjność ocen na niekorzyść Kościoła spotkała się z jednoznaczną krytyką ze strony Ojca Świętego w liście do redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego" z 5 kwietnia 1995, notabene opublikowanego na łamach tygodnika z ponad miesięcznym opóźnieniem!

 

   
 

[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]