Teresa i Adam Chwieralscy

 

 

Zatrzaśnięte drzwi miłości

Skoro napisano podręczniki (i zaakcep towano je w Ministerstwie Edukacji Narodowej) łamiące tysiącletnią tradycję polskiej moralności chrześcijańskiej, my, rodzice, chcemy też wypowiadać się na ten temat, podawać antidotum, przypominać prawdę, podążać za ładem moralnym. Powód jest niebagatelny. Ewangelia uczy nas, że grzech nieczystości pozbawia nasze ciało wielkiego i cudownego zaszczytu bycia Świątynią Boga. To, co się obecnie dzieje w tzw. dziedzinie seksualnej, przypomina zrywanie przez dzieci zielonych jabłek. Ba, nawet zawiązków owoców. Tyle w tym smaku, co zdrowia. Człowiek musi dojrzeć emocjonalnie, intelektualnie, duchowo, a nade wszystko musi nauczyć się miłować, zanim podejmie życie seksualne. Współcześni "seksuolodzy" przekonują młodzież o powszechności i normalności masturbacji. Jednak jej celem jest przyjemność, a nie miłość i cudowna, Boża rozkosz prawdziwego, niezwykłego, ciągle nowego i pełniejszego zjednoczenia z drugą osobą. Dla miłości nietrudno jest tęsknić za sobą. Dla miłości pięknie jest czekać i pragnąć. W miłości ręka może drżeć od muśnięcia i dotyku. Takie bywają małżeństwa. Wielu tego nie zna, bo masturbacja zatrzasnęła dla nich drzwi miłości. Samogwałt to fabryka egoizmu. Prawo pierwszego połączenia w dziedzinie seksualnej obraca się przeciwko młodym ludziom uprawiającym masturbację, która utrudnia lub uniemożliwia rozwój małżeńskich więzi i przeżywania miłości. Zaczyna liczyć się tylko własne zaspokojenie i to jak najmniejszym kosztem. Pan Bóg daje każdemu skarb seksualności. Trudność polega na tym, aby go nie roztrwonić przez grzech. Młodzież ma problem, by to zrozumieć i przeżyć. Rodzice mają problem, jak rozmawiać na te tematy. Matki patrzą z niepokojem na zegarek, kiedy dziecko jest zbyt długo w łazience. Rodzice boją się, żeby tylko nie przyszło pewnego dnia i nie powiedziało: "To nic, że to niezdrowe, ale przyjemne". Z przerażeniem myślimy o chwili, kiedy usłyszymy: "Tego uczą w szkole!" Nie muzyki, nie rysunku, nie rzeźby, nie języków klasycznych, nie solidnych ćwiczeń gimnastycznych zapewniających zdrowie! Nie męstwa, wytrwałości i roztropności! W tej "nauce" chodzi o zrobienie sobie przyjemności. Jak największej przyjemności! Uczą zaspokajać popęd szybko i bez jakichkolwiek zobowiązań wobec innych, a tym bardziej wobec Boga. Takiej rzeczywistości można zaradzić. Można pokazać młodym, że jest COŚ, w porównaniu do czego hulanki, alkohol, narkotyki, pieniądze, władza są niczym. To miłość Boga. I w imię tej miłości warto zostać z dziećmi w domu i porozmawiać z nimi. Przypilnować, aby nie wylegiwały się w łóżku, nie nadużywały telewizji i wideo (nawet u znajomych). Aby uprawiały sport, kochały słońce, ruch, powietrze, modliły się o prawdziwą miłość. Któż może być lepszym przewodnikiem w miłości niż Bóg, który jest Miłością? Wcale nie jest to łatwe. Zdecydowanie prostsze dla rodziców jest zepchnięcie odpowiedzialności za dziecko na szkołę i nauczycieli, a dla młodzieży "podążanie za pragnieniem" i "pójście na łatwiznę". Prawdziwa miłość wymaga pracy, cierpliwości, niekiedy ofiarności. Jednak tylko wysiłek pokochania drugiej osoby "jak siebie samego" w oparciu o miłość Boga pozwala znaleźć prawdziwe szczęście. Liczne małżeństwa, tak jak my, mogą świadczyć o wyższości takiej miłości nad chwilowymi (nawet bardzo intensywnymi i prawdziwymi) przeżyciami, jednak ich głos jest zagłuszany przez krzykliwą i hałaśliwą propagandę "swobody seksualnej". Chyba po raz pierwszy w historii naszego szkolnictwa dorosłym przyszło do głowy dokonać na taką skalę rozmycia granicy między dobrem a złem i oficjalnie podjąć się tworzenia społeczeństwa składającego się z uzależnionych od własnej płciowości egoistów. Aby pojąć całą perfidię takiego działania, należy uzmysłowić sobie, co przeżywa dziecko w okresie dojrzewania. Jest ono targane przez emocje, spowodowane "burzą hormonalną". Przyjmuje postawę niezwykle krytyczną w stosunku do autorytetów, szczególnie rodziców. Ten właśnie okres obrali sobie "specjaliści" od wychowania seksualnego na kształtowanie młodego człowieka. I zamiast pomóc dojrzewającemu dziecku w zrozumieniu tego, co się z nim dzieje, pomóc mu w radzeniu sobie z trudnościami, ukształtować jego zainteresowania, skierować jego energię na naukę czy aktywność sportową, społeczną, intelektualną, wkładają wysiłek w zniszczenie naturalnego wstydu i formowanie erotomanów. Młody człowiek, poddany "edukacji seksualnej" w szkole prowadzonej przez wykwalifikowanych edukatorów seksualnych i tą drogą zainspirowany do "samoedukacji", staje się niestety coraz bardziej odporny na zabiegi wychowawcze rodziców. Nastała moda na wzorowanie się na krajach zachodnich i USA w szczególności - zajrzyjmy więc do książki Amerykanina Josha McDowella Nie! z podtytułem Pomóż swojemu dziecku pokonać presję seksualną (wyd. Pojednanie, Lublin 1993). Pozwolimy sobie przytoczyć krótki cytat: "Pamiętaj, że wszyscy nauczyciele, celowo lub podświadomie, chociażby samym przykładem, propagują wśród uczniów wyznawane przez siebie wartości. Przyjrzyj się również dokładnie treści podręczników. Musimy wiedzieć, jakie wartości są prezentowane naszym dzieciom. Choć niektórzy specjaliści od edukacji mogą się z tym nie zgadzać, faktem jest, że wykształcenie naszych dzieci jest naszą - nie nauczycieli - troską i odpowiedzialnością. Jako rodzice mamy prawo, aby uznawane przez nas wartości nie były przekreślane przez to, czego naucza szkoła. Nie bój się więc wyrazić sprzeciwu, jeżeli materiał, który przerabia dziecko, uważasz za nie do przyjęcia" (s. 93). Pragniemy zachęcić ciebie do refleksji nad sobą i miłością w twoim życiu, nad czystością twojego chrześcijaństwa. Jeżeli jesteś rodzicem, zrób wszystko, by twoje dziecko nauczyło się odróżniać miłość od popędu i szanować ciało swoje i innego człowieka. Jeżeli dopiero wchodzisz w dorosłe życie, zastanów się, czy nie warto w imię pełnego zjednoczenia z Bogiem, a w przyszłości ze współmałżonkiem, zrezygnować z dogadzania sobie.

 

 
   
 

[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]