![]() |
|
Jak to było z inkwizycją? |
|
|
|
Każda
propaganda jest często naginaniem faktów, a nierzadko zwykłym
rozmijaniem się z rzeczywistością. W przypadku propagandowych frazesów
o Świętej Inkwizycji mamy do czynienia z wyjątkowo pokaźną ilością
przekłamań. Na
początek sięgnijmy do historii. Inkryminatorzy pre-totalitarnych metod
stosowanych rzekomo przez Kościół Katolicki (czego dowodem ma być w
ich rozumieniu Inkwizycja właśnie) krytykując Inkwizycję, powołują
się tylko i wyłącznie na przykład Inkwizycji Hiszpańskiej. Tymczasem
Inkwizycja Hiszpańska była zupełnie odrębną instytucją od Inkwizycji
Rzymskiej. Ta pierwsza była dziełem władzy świeckiej i pozostawała
pod jej wyłączną kontrolą - została powołana przez hiszpańskich królów
pod koniec XV wieku. Inkwizycja Rzymska powołana zaś została przez
papieża Grzegorza IX w 1231 roku i podlegała tylko władzom kościelnym.
Trzeba również pamiętać, że oprócz instytucjonalnej odrębności
Inkwizycji Hiszpańskiej od Inkwizycji Rzymskiej, działalność tej
pierwszej była niejednokrotnie przedmiotem ostrej krytyki Stolicy
Apostolskiej. Na przykład Innocenty VIII skasował ok. 200 wyroków
Inkwizycji Hiszpańskiej w ciągu jednego roku; Aleksander VI unieważnił
tylko w 1498 roku ok. 250 wyroków. Podobną postawę zajmowali w XVI
wieku papieże: Paweł III, Pius IV, Grzegorz XIII. Doszło nawet do
takiej sytuacji, że w 1509 roku rządowy edykt hiszpański, powtórzony w
roku 1605, nakładał karę śmierci za publiczne ogłaszanie decyzji
Stolicy Apostolskiej unieważniających wyroki Inkwizycji Hiszpańskiej. W
1519 roku papież Leon X wyklął, wbrew woli króla Hiszpanii Karola I
(który w Niemczech panował jako cesarz Karol V), zarówno Wielkiego
Inkwizytora jak i jego pomocników. O tych faktach zazwyczaj milczą
wszyscy oskarżyciele Kościoła (jedyną chyba pracą w języku polskim
traktującą rzetelnie o Inkwizycji jest przedwojenna książka Józefa
Tyszkiewicza, "Inkwizycja Hiszpańska", 1929 r.). Trzeba
stale pamiętać o tym, że Stolica Apostolska nigdy nie traktowała postępowania
inkwizycyjnego jako naczelnego instrumentu w duszpasterskiej działalności
Kościoła. Widzieliśmy w przypadku Inkwizycji Hiszpańskiej, która była
potępiana przez kolejnych papieży jako agenda władzy świeckiej naginająca
religię do swoich celów. Podobne stanowisko zajmowali Następcy św.
Piotra i w wiekach wcześniejszych. W czasach rzekomo "ciemnego"
średniowiecza, papież Aleksander III odnosząc się do inkwizycyjnego
badania heretyków, tak pisał w 1162 roku w liście do arcybiskupa Reims:
"Lepiej uniewinnić winnych, niż przed nadmierną surowość targnąć
się na życie niewinnych". Z kolei w 1286 roku papież Honoriusz IV
unieważnił surowe inkwizycyjne rozporządzenia cesarza Fryderyka II i
wszystkich skazanych na ich podstawie ludzi - amnestionował. To właśnie
władza świecka była aż nazbyt chętna do postępowania inkwizycyjnego.
Pouczającym jest tu przykład Fryderyka II (który sam nie należał do
gorliwych chrześcijan i ściągnął na siebie klątwę papieską), który
jako pierwszy wydał prawa karzące śmiercią heretyków i powołujące
inkwizycyjne trybunały. Powołanie podległej papieżowi Inkwizycji
Rzymskiej miało m.in. zapobiec nadużyciom tej procedury dla celów władzy
świeckiej (które później wyraźnie występowały w Hiszpanii). Inna
grupa przekłamań dotyczących Inkwizycji dotyczy samej procedury sądowej
(bo Inkwizycja była sądem) postępowania inkwizycyjnego. Najczęściej
Inkwizycję przedstawia się jako totalitarną policję polityczną avant
la lettre, przed którą nie było ucieczki - takie średniowieczne NKWD
czy Gestapo. Prawda była jednak zupełnie inna. Procedura
stosowana przez kościelną (czyli Rzymską) Inkwizycję w niczym nie
przypominała metod stosowanych przez policję polityczną. Procedura ta
była powolna, drobiazgowa i opatrzona dodatkowymi zabezpieczeniami na
rzecz oskarżonych. Nic w tym nie było z nagłości, podstępności czy
szpiegowania. Każdy, kto tylko czuł się (słusznie czy nie) zagrożonym
w czymś przez Inkwizycję, miał dość czasu by się ukryć. Przybyły z
Rzymu inkwizytor składał bowiem najpierw wizytę miejscowemu biskupowi,
któremu przedstawiał uwierzytelniające go dokumenty. Dopiero potem
przystępowano do kompletowania sądu inkwizycyjnego, s kład którego -
oprócz inkwizytora i biskupa - wchodził opat lub przełożony
miejscowego zakonu oraz notariusz ze swoimi sekretarzami. Powoływano też
ławników w różnej liczbie. Zaś przed rozpoczęciem postępowania
inkwizycyjnego ogłaszano na danym terenie tzw. czas łaski. Ktokolwiek
ujawniłby w tym czasie swoje heretyckie poglądy podlegałby zwykłej
pokucie, jak każdy spowiadający się w konfesjonale. Kolejnym
mitem rozpowszechnianym w odniesieniu do Inkwizycji jest rzekoma liczba
jej ofiar. Od czasów Oświecenia mówi się o setkach tysięcy czy nawet
milionach, którzy zginęli na inkwizycyjnych stosach. Wmawia się, że każdy
wyrok trybunału inkwizycyjnego automatycznie oznaczał wyrok śmierci
(spalenie na stosie). Tymczasem znakomita większość wyroków wydanych
przez Inkwizycję (cały czas mowa o Inkwizycji kościelnej, bo za nią Kościół
odpowiada) dotyczyła nałożenia rozmaitych form pokuty (np. chodzenia w
stroju pokutnym, umartwień cielesnych, podejmowania pielgrzymek) lub
banicji. Gdy mówiono o straceniu kogoś, często miano na myśli tzw.
spalenie in effigo czyli nie spalenie człowieka, ale spalenie jego
wizerunku. Kary śmierci nigdy nie orzekał trybunał duchowny, pozostawała
ona w gestii i była wykonywana przez władzę świecką. Dzisiaj,
nawet niechętni Kościołowi badacze przyznają, że mówienie o setkach
tysięcy ofiar Inkwizycji kościelnej jest zwykłym mijaniem się z prawdą.
Coraz wyraźniej widać jak celowo wymyślano w tym przypadku mityczne wręcz
liczby. Nawet w odniesieniu do państwowej Inkwizycji Hiszpańskiej,
historycy o lewicowo-liberalnej orientacji przyznają ostatnio, że
drastycznie zawyżano liczbę jej ofiar, a mówienie o ludobójstwie
Inkwizycji włożyć trzeba między bajki. Przekonuje wydana u nas w ubiegłym
roku "Historia Hiszpanii" (zob. M. Tunon de Lara, J. V. Baruque,
A. Dominguez Ortiz, Historia Hiszpanii, Kraków 1998, s. 224). Bez
ryzyka popełnienia błędu stwierdzić można, że o wiele więcej ofiar
spowodowały polowania na czarownice urządzane w XVII i XVIII wieku w
protestanckich Niemczech, kiedy stracono wiele niewinnych kobiet
podejrzanych o czary (wbrew potocznym wyobrażeniom, za "topieniem
czarownic" nie stała Inkwizycja!), czy też prześladowania katolików
w Anglii w XVI i XVII wieku. Jest
jeszcze mit o krwiożerczych, żądnych tortur inkwizytorach. Prawda jest
taka, że zgodnie z procedurą przypisaną kościelnej Inkwizycji, tortur
nie można było stosować na żądanie inkwizytora ani w jego obecności.
Tortury stosowano tylko w ostateczności i tylko przez władze świeckie,
za zgodą miejscowego biskupa. Zeznania tak uzyskane musiały być powtórzone
w sądzie conajmniej 24 godziny później. Przysługiwała zresztą
apelacja do Rzymu, zaś postępowanie apelacyjne było długotrwałe i nie
musiało oznaczać potwierdzenia wyroku. Ponadto oskarżony miał prawo
zaskarżyć bezstronność inkwizytora lub któregoś z sędziów, co pociągało
za sobą kolejne odwleczenie procedury (powołanie zastępców). Dobór
duchownych na urząd inkwizytora prowadzono bardzo starannie. Musieli to
być ludzie o wysokich kwalifikacjach moralnych i intelektualnych. Niektórzy
z nich, tak jak np. zmarły w 1252 roku Piotr z Werony, są dzisiaj świętymi
naszego Kościoła. To prawda, że w Inkwizycji, jak w każdej złożonej
z ludzi instytucji, trafiali się sprzeniewiercy (np. Konrad z Marburga
czy Torquemada z Inkwizycji Hiszpańskiej), ale były to wyjątki, reguła
była bowiem zupełnie inna. Również w najnowszych badaniach przyznaje
się, że inkwizytorzy reprezentowali sobą nie krwiożerczych oprawców,
ale przede wszystkim duszpasterzy troszczących się o Kościół i
wiernych. Zacytujmy fragment wydanej u nas w latach 80-tych książki
francuskiego dominikanina, który pisał o inkwizycyjnej działalności:
"Przypomnijmy jednak, że zasadniczym motywem tej tak szokującej nas
dziś działalności była intencja duszpasterska. Inkwizycja nie była
przede wszystkim "policją wiary", jak ją się czasem nazywa.
Jej zasadniczym celem nie była ochrona kościelnego credo lub uniemożliwienie
heretykom godzenia w ortodoksyjne przekonania chrześcijan, a w
konsekwencji w ich zbawienie, ale chodziło o to, by przekonać heretyka o
niezgodności jego wierzeń z wiarą chrześcijańską i go nawrócić,
choćby się to miało dokonać przez zbawienną obawę kary, która - jak
to sobie wyobrażano - miała skłonić do opamiętania. Z drugiej strony,
w działalności inkwizytorów nadal dużą rolę odgrywało
kaznodziejstwo. W interesującym nas okresie "kaznodziejstwo
generalne" było swego rodzaju misją pojednania, a najróżniejsze
zabiegi "czasu łaski", które podejmowano w pierwszym etapie
procedury inkwizycyjnej, posiadały niezaprzeczalną wartość
duszpasterską. Miały one ostrzec wahających się, oczyścić wiarę nieświadomych
błędów, wzmocnić ją u wiernych i wzbudzić niepokój sumienia
nieprzychylnych Kościołowi. We wzmiankach o niejednym inkwizytorze
podkreśla się, że był on wielkim kaznodzieją (miri in praedicatione
favoris... et consolate fidelium). Tych zalet wymagano od niego
nieprzypadkowo" (zob. M. H. Vicaire OP, Dominik i jego Bracia
Kaznodzieje. Wyd. "W Drodze", Poznań 1985, s. 94). Wbrew
rozpowszechnianej od wieków mitologii dotyczącej inkwizycji, fakty
historyczne są jednoznaczne. Inkwizycja nie jest krwawą plamą w
historii Kościoła. Trzeba się wstydzić nie tyle Inkwizycji (kościelnej),
co raczej sytuacji, która wymusiła konieczność jej powstania. Gdy
brakowało świętych i świętości, zawsze do głosu dochodzili heretycy
i rozmaici wynalazcy zwodniczych idei. W
średniowieczu sytuacja była podwójnie niebezpieczna. Nie dotykała ona
tylko duszy indywidualnego człowieka i Kościoła jako społeczności
wiernych, ale zagrażała istnieniu społeczeństwa jako takiego - w
czasach, gdy życie państwowe i społeczne w istocie wspierało się na
wskazaniach religii i moralności nauczanej przez Kościół. Szczególnie
w I połowie XII wieku sytuacja była krytyczna. Głównie w południowej
Francji (ale także w Italii) zaczęła się szerzyć, przybyła z Azji,
herezja katarów (albigensów). Przechodzenie do tej sekty było nie tylko
sprawą indywidualnego sumienia. Skoro bowiem manichejscy katarowie głosili,
że stworzenie materialne nie jest dziełem Boga ale szatana, to oznaczało,
że należy wyniszczać ludzkie ciało. Wyniszczanie to odbywać się mogło
tylko przez masowe samobójstwa albo przez wyczerpanie ciała w
orgiastycznych rozpustach. Zakazana jest więc rodzina (w niej dokonuje się
przedłużanie szatańskiego stworzenia materii poprzez narodziny dziecka)
i społeczeństwo jako takie, bo utrwala porządek materialnych rzeczy
stworzonych. Katarowie zakazują składania przysiąg. W sytuacji, kiedy
charakterystyczny dla średniowiecza ustrój feudalny opierał się na
instytucji przysięgi (przysięga lenna), jest to kolejny cios w społeczeństwo
i popychanie do niszczącej wszystko anarchii. Herezja oznaczała społeczną
rewolucję. Na
początku XIII wieku doszło do sytuacji, że niemal całe południe
Francji (Langwedocja) zostało stopniowo opanowane przez herezję
kataryzmu. Papież Innocenty III zmuszony został nawet do ogłoszenia
antykatarskiej krucjaty, a jeden z następnych papieży (Grzegorz IX) powołał
Trybunał Świętej Inkizycji. Powtórzmy: nie chodziło tylko (choć
przede wszystkim) o kwestie duszpasterskie, ale również o zachowanie ładu
społecznego Stąd też wypływało współdziałanie władzy świeckiej w
postępowaniu inkwizycyjnym. Gdyby
dziś w Polsce (lub w jednej z jej części) rosła we wpływy np. sekta
Hare Kriszna czy sataniści, czy zdecydowana reakcja władzy świeckiej i
Kościoła przeciw takiemu zjawisku spotkałaby się z krytyką? Czy
krytykuje dzisiaj ktoś państwo niemieckie będące jak najbardziej w
Europie (poza paroma sekciarzami z Hollywood), że zakazuje pracy w
administracji członkom sekty scjentologów, która zmierza do faktycznego
podminowania społeczeństwa? Trzeba
nawracać przykładem (najlepiej własnym) i słowem; nie należy
apoteozować przemocy. Niekiedy trzeba jednak sięgnąć do surowych środków,
by ocalić wielu i wiele. To nakazuje cnota roztropności. Często mówi
się (zazwyczaj zmyślając) o ofiarach Inkwizycji kościelnej. Mniej, o
wiele mniej osób zadaje sobie pytanie: ile osób uratowała Inkwizycja?
Uratowała poprzez nawrócenie, ale i przez odstraszający przykład.
Historia uczy, że grzech zaniechania często mścił się później
bardzo okrutnie. Trzeba
było dziesiątków milionów ofiar systemu sowieckiego, żeby dowiedzieć
się, ile kosztowało zaniechanie przez premiera Kiereńskiego (drugi
premier Rosji po obaleniu caratu) postawienia przed sąd Lenina i jego
towarzyszy. Kiereński, choć mógł, nie uczynił tego. Zapłaciła za to
Rosja i miliony szarych ludzi. A ileż cierpień zaoszczędzono by podjęciem
w 1935 roku wojny prewencyjnej przeciw Hitlerowi (rozważanej przez Piłsudskiego)? Nie
jest to efekciarskie dywagowanie historii czy zwykłe gdybanie. To jest
przede wszystkim roztropność i nie uciekanie od odpowiedzialności za
innych. W średniowieczu pasterze Kościoła nie uciekali od tej
odpowiedzialności. Byli świadomi ciążącego na ich barkach obowiązku
umacniania braci w wierze i strzeżenia ich największego skarbu - nieśmiertelnych
dusz - przed błędami herezji (błędami mającymi także swoje społeczne
konsekwencje). Pamiętali, co pisał święty Piotr - Książę Apostołów
i pierwszy papież - przestrzegający swych braci w wierze przed
heretykami: "Ci zaś, jak nierozumne zwierzęta, przeznaczone z
natury na schwytanie i zagładę, wypowiadając bluźnierstwa na to czego
nie znają, podlegną właśnie takiej zagładzie jako one, otrzymując
karę jako zapłatę za niesprawiedliwość" (2 P 2, 12-13). Czyż
nie jest czasem tak, że na dnie całej krytyki Świętej Inkwizycji jest
fundamentalny sprzeciw wobec uprawnień Kościoła do strzeżenia depozytu
Wiary; chęć odebrania Kościołowi władzy nauczycielskiej (nadanej mu
przez Chrystusa Pana) i zanegowania płynącego z niej obowiązku troski o
uczniów? Czyż Świętą Inkwizycję nie potępiają rozmaici nie święci,
samozwańczy inkwizytorzy politycznej poprawności, postmodernizmu i
"salonów" różnych obediencji? Grzegorz
Kucharczyk |
|
[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]
|