Jan Bilewicz 

 

Miłość Małżeńska

Chciałbym rozpocząć ten artykuł o miłości małżeńskiej, od zacytowania fragmentu bardzo bolesnego listu jednej z naszych czytelniczek: "Piszecie o miłości, o różnych doświadczeniach młodych ludzi w tej sprawie i o seksie. Skończyłam niedawno 50 lat i mam za sobą 29 lat stażu małżeńskiego, czyli uświęconej ślubem kościelnym miłości małżeńskiej. Nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że małżeństwo zapewnia autentyczną miłość. Przysięga małżeńska to jedno, a życie to zupełnie co innego. Wszystko wygląda pięknie w marzeniach przedślubnych czy książkach. Po ślubie następuje całkowita zmiana. Miłość gdzieś znika, a pozostaje wykorzystanie seksualne żony przez dominującego w związku męża. Zanika bliskość uczuciowa. Żona staje się przedmiotem, który jest kupiony przez Sakrament Małżeństwa. Rola jej polega na wychowywaniu dzieci, prowadzeniu domu, zaspokajaniu seksualnym męża oraz pracy zarobkowej... Na obronę swych praw mężczyźni mają niestety Sakrament Małżeństwa. Piszę to z wielką odpowiedzialnością za słowa, które wynikają nie tylko z moich osobistych doświadczeń, ale są również zbieżne z większością zachowań innych małżeństw. Nie chcę opisywać tych koszmarów, które są wynikiem "uświęconej miłości" w Kościele, ale chcę przestrzec innych przed takim zagrożeniem. Ciągle wini się kobietę za wszystko a zwłaszcza za aborcję. Mężczyźni to święci, oni nie mają z tym nic wspólnego." Miłowanie jest podstawowym i wrodzonym powołaniem każdego człowieka. Dlaczego? Dlatego, że każdy człowiek stworzony jest na obraz i podobieństwo Boga, który sam jest miłością. Jesteśmy szczęśliwi tylko w takim stopniu, w jakim realizujemy to powołanie. Ojciec Święty Jan Paweł II stwierdził jeszcze dobitniej: "... człowiek nie może żyć bez prawdziwej miłości" (Sandomierz, 12.06.1999). Człowiek nie może żyć bez prawdziwej miłości! A cóż dopiero powiemy na słowa św. Jana: "... kto zaś nie miłuje, trwa w śmierci" (1 J 3, 14). Co to jest ta "prawdziwa miłość"? Jak ją zdobyć skoro od niej zależy moje szczęście, skoro bez niej nie można żyć? Miłuję albo trwam w śmierci? Poświęcamy tym pytaniom, jakże istotnym, bardzo mało poważnej refleksji. Dzisiejszy człowiek zdaje się uważać za jedyne poważne zajęcie swoją pracę. Po pracy zaś poszukuje rozrywki. W tym rytmie spędza swój czas. Refleksja nad najważniejszymi sprawami jego egzystencji stoi poza tym rytmem. Człowiek mało interesuje się tym, jaki jest i jaki mógłby być, bardziej interesuje go, ile ma i ile mógłby mieć. Mniej poszukuje prawdy o sobie i swoim życiu, poszukuje raczej prawdy o rzeczach. Zawsze gotów doskonalić rzeczy, niechętnie zaś doskonali siebie... Wszystko to znajduje wyraz w jakości życia. Coraz więcej mamy, ale posiadanie nie jest gwarancją szczęścia. Szczęście pochodzi skądinąd, na co tak dramatycznie wskazuje list naszej Czytelniczki. Miłość kojarzy się wielu z sentymentalizmem, z jakimiś przedwojennymi romansami. Jakiż to prawdziwy mężczyzna miałby zajmować się takimi głupstwami. Miłość w opinii zwłaszcza niektórych mężczyzn to głupstwo. Liczą się konkrety. Innym znowu miłość kojarzy się nierozerwalnie z seksem. Miłość to seks, seks to miłość, tam gdzie seks, tam miłość, tam gdzie miłość, tam seks. Takie niezwykle prymitywne skojarzenia buduje bezustannie w naszej świadomości i podświadomości masowa kultura z TV na czele. Jakże chętnie poddajemy się tej indoktrynacji! Skoro nasze szczęście tu na ziemi i w wieczności zależy od tego, jak rozumiemy i jak realizujemy miłość, Zły, "ojciec kłamstwa" (J 8, 44), będzie się oczywiście wysilał, żeby zafałszować prawdę o niej. Musimy się z tym liczyć. Odkrycie znaczenia "prawdziwej miłości" nie jest łatwe. Stanie się zaś kochającym człowiekiem jeszcze trudniejsze. A jest to najważniejsze zadanie, które stoi przed każdym z nas. Co to jest miłość?... Najczęściej literatura duchowa definiuje miłość jako troskę o dobro, czynienie dobra drugiej osobie. Różne są więc rodzaje miłości: rodzice kochają swoje dzieci, miłuje się rodzeństwo, przyjaciół, nauczyciel - uczniów, lekarz - pacjentów. Mamy nawet miłować naszych nieprzyjaciół, czyli czynić im dobro. Przede wszystkim zaś - niewidzialnego Boga. Nasza miłość do Niego wyraża się w pełnieniu Jego przykazań: "... miłość względem Boga polega na spełnianiu jego przykazań" (1 J 5, 3) - pisze św. Jan. Nie można jednak w tych rozważaniach pominąć kwestii uczuć, na pewno zaś, kiedy mówimy o miłości małżeńskiej. Uczucia nie są bez znaczenia, przeciwnie odgrywają bardzo ważną rolę, na co zresztą wskazuje sam św. Paweł: "I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał" (1 Kor 13, 3). Małżeństwo zostało zaplanowane przez Boga jako wspólnota miłości, a więc w konsekwencji źródło szczęścia dla współmałżonków. Źródło pełni życia, rozwoju. Dlaczego więc zdarza się, że staje się źródłem cierpienia, upokorzenia, degradacji, pomniejszenia - zupełnie odwrotnie niż w Bożych planach. Winna jest instytucja małżeństwa? Czy Pan Bóg się pomylił? Coś źle zaplanował? Coś trzeba może zmienić, udoskonalić?... Wprowadzić np. rozwody? Wszystko jest zaplanowane doskonale. Zawodzi natomiast człowiek. Sami ludzie budują sobie przedsionek piekła, tam gdzie mogliby zbudować sobie przedsionek nieba. Miłość między kobietą i mężczyzną prowadząca do małżeństwa i w małżeństwie jest specyficzną formą miłości. Bóg stworzył w mężczyźnie i kobiecie fundament do najbardziej zażyłego, najbardziej intymnego ze wszystkich ziemskich związków. Kobieta i mężczyzna bowiem są dwoma uzupełniającymi się typami osób. Różnią się nie tylko fizycznie, ale i psychicznie i duchowo, w taki sposób, że w zlaniu się tych uzupełniających się cech znajdują swoją pełnię. Szukają tej pełni. Generalnie rzecz biorąc, kobieta jest atrakcyjna dla mężczyzny i odwrotnie, na płaszczyźnie duchowej, psychicznej, na każdej płaszczyźnie nie tylko fizycznej. Kobieta i mężczyzna są stworzeni dla siebie. Ale, aby taka wspólnota dusz, serc i ciał mogła się urzeczywistnić, małżonkowie nie mogą żyć tylko "z" sobą, ale "dla" siebie. Nie dwa zamknięte indywidua dzielące może tylko mieszkanie i łoże, ale dwie osoby zwrócone do siebie, otwarte na siebie i żyjące dla siebie. Miłość (właśnie ta emocjonalna) uzdalnia do stworzenia takiej wspólnoty, w niej się tworzy. Uzdalnia, ponieważ wynosi ponad własny egoizm. Jak powstaje owa "prawdziwa miłość", która "...cierpliwa jest, łaskawa... nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego..." (1 Kor 13, 4-6), itd.? Jest ona przede wszystkim reakcją na wartości, które druga osoba nosi w sobie: dobroć, łagodność, opanowanie, czystość, hojność, pracowitość, wiarę, itp. Jest zachwytem nad pięknem osoby, a jest ona piękna przez te właśnie wartości. Jeżeli ów zachwyt dotyczy głównie piękna fizycznego, miłość będzie płytka. Trzeba w tym miejscu wyraźnie rozróżnić między "zachwytem nad pięknem fizycznym", a pożądaniem. Miłość i pożądanie to dwie wzajemnie przeciwstawne rzeczy. Tam, gdzie jest pożądanie, nie ma miłości. I tam, gdzie faktycznie istnieje miłość, nie ma pożądania, choć jest pragnienie fizycznego zjednoczenia z umiłowaną osobą. Bardzo ważne jest uświadomienie sobie tej różnicy. Prawdziwa miłość wzbudza szacunek i rycerskość w stosunku do ukochanej osoby, czyni osobę, która kocha, pokorną, delikatną, czystą, łagodną, wynosi - jak powiedzieliśmy - ponad własny egoizm. Pożądanie jest egoizmem. Miłość, która przecież "... nie dopuszcza się bezwstydu" (1 Kor 13, 6), nie ma więc nic wspólnego z seksualnym uzależnieniem Casanowy. Jego wyczyny są w istocie profanacją miłości. Każdy człowiek jest niepowtarzalny. Stwórca nie powtarza się. Indywidualny urok i piękno jakiejś osoby dotyka w jedyny w swoim rodzaju sposób drugą osobę, która zaczyna miłować. Wyświechtane nieco powiedzenie: "Jesteśmy dla siebie przeznaczeni" może być bardzo autentycznie przeżywane. Powinno nawet być przeżywane. Trzeba odnaleźć i zostać odnalezionym przez tę osobę, którą Bóg dla mnie stworzył i przeznaczył, a mnie dla niej. Albo mówiąc inaczej, tę osobę, z która uzupełniam się duchowo, osobowościowo, w swoich najgłębszych planach i pragnieniach jak z żadną inną. Najbardziej godnym motywem zawarcia małżeństwa jest miłość, która wypływa z przekonania, że zawieram związek małżeński z kimś, kogo Bóg przeznaczył mi i że ja jestem kimś, kogo Bóg przeznaczył dla tej osoby. Autentyzm tej miłości i tego przekonania należy oczywiście sprawdzić, upewnić się w tym przeświadczeniu. Konieczna jest więc refleksja, namysł. Niezbędna jest modlitwa. Jakże podstawową rzeczą jest modlitwa o dar rozeznania, czy jak zwykło się mówić "o dobrego męża, żonę". Jakże ważne jest pytanie do Boga: "Czy to jest ta osoba, którą mi przeznaczasz". Tylko w takim zaplanowanym przez Boga związku, małżonkowie będą czuli się "na swoim miejscu". Tylko taki związek ustanawia więź nieskończonej bliskości, głębi, czułości, której nie da się osiągnąć z żadną inną osobą. Miłość małżeńska z natury skierowana jest ku jednej osobie. Całkowite oddanie się i przyjęcie oddania możliwe jest tylko między jednym mężczyzną i kobietą. Przyjaźnienie się kilkoma osobami nie stoi w sprzeczności z zasadą przyjaźni. Ale nie jest możliwe, aby mężczyzna kochał miłością małżeńską więcej niż jedną kobietę, a kobieta więcej niż jednego mężczyznę. Mogą żywić do siebie jakieś uczucia, lecz nie będzie to miłość małżeńska. I jeżeli ktoś mówi: "Teraz kocham tę kobietę, ale nie wiem, czy będę ją kochał później" także nie kocha miłością małżeńską. Wyłączność (tylko ta osoba i żadna inna) i pragnienie nierozerwalności związku (tylko ta osoba i na zawsze tylko ta), leżą w naturze miłości małżeńskiej. Istnienie takiej miłości, czyni małżeństwo pożądanym, ale nie ustanawia obiektywnego związku. Wspólnota miłości kobiety i mężczyzny staje się obiektywną rzeczywistością w chwili zawarcia małżeństwa. Po okresie namysłu, rozeznania i przygotowania narzeczeni decydują się na oddanie się sobie w sposób ostateczny, nieodwołalny i całkowity, biorąc na świadków szczerości tej decyzji Boga, przedstawiciela Kościoła i reprezentantów wspólnoty, w której żyją. Nie jest to decyzja podjęta pod wpływem chwili, nagłego przypływu uczuć, itp., ale rozumne postanowienie. Tę decyzję dopełniają małżonkowie przez najbardziej intymne, fizyczne zjednoczenie. Jedność dusz i serc zostaje potwierdzona i dopełniona w jedności ciał. W zamyśle Boga akt seksualny oznacza ostateczne, nieodwołalne, całkowite oddanie się sobie mężczyzny i kobiety. Ostateczne czyli na zawsze. Całkowite czyli na każdej płaszczyźnie. Może być takim tylko wtedy, gdy wcześniej odkryli pragnienie takiego oddania - całkowitego i na zawsze i ślubowali je sobie. Dla osoby, która rozumie istotę miłości małżeńskiej horrorem jest współżycie przedmałżeńskie, zdrada małżeńska (współmałżonka albo swoja) czy tzw. "małżeństwo na próbę". Związek małżeński rozpoczyna się w chwili złożenia przysięgi, wyrażającej nieodwołalną decyzję miłowania współmałżonka. Powie ktoś, że uczuć nie możemy obiecać. Uczucia przychodzą, odchodzą, zmieniają się. Słusznie! Musimy jednak pamiętać o dwóch rzeczach: po pierwsze - miłość to nie tylko emocje, po drugie zaś - emocjonalna relacja małżonków do siebie nie jest zupełnie niezależna od ich woli. Przysięga małżeńska jest zobowiązaniem do chronienia i pielęgnowania tej miłości, którą małżonkowie żywią do siebie w chwili zawarcia małżeństwa. To mogą zrobić, to zależy od ich woli. Miłość - jak każda wielka wartość - narażona jest na niebezpieczeństwo utraty. Może nawet zdegenerować się do jakiegoś towarzyskiego układu, w którym małżonkowie świadczą sobie pewne usługi dla własnej egoistycznej wygody. Małżonka może być nawet traktowana jak służąca i kurtyzana, w zamian za status małżeński i większe lub mniejsze kieszonkowe. Co gorsza jeszcze bywa, że dzieje się to pod szyldem sakramentalnego małżeństwa. Cóż za monstrualna profanacja miłości i Sakramentu! Cóż za tryumf szatana. Motywacje do trwania w związku małżeńskim bywają bardzo różne. Nawet na pierwszy rzut oka "dobre małżeństwa" mogą kierować się bardzo niskimi pobudkami, nie mającymi z miłością Boga czy współmałżonka nic wspólnego. Pan Bóg powołuje nas, pragnie dla nas wielkich rzeczy i chce nam pomóc w osiągnięciu wielkich rzeczy! Czy wielu jednak odpowiada na to wezwanie? Miłość jest trudnym zadaniem dla współmałżonków, dlatego potrzebują łaski czyli pomocy Boga, która płynie z Sakramentu Małżeństwa, ale fakt ten nie zwalnia z osobistego wysiłku. Tutaj nic nie dzieje się "automatycznie", jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wystarczy stanąć przed ołtarzem, wypowiedzieć formułkę i już mamy gwarancję, że wszystko będzie układać się jak w bajce. Nie! Trzeba współpracować z łaską. Jakie są największe zagrożenia dla miłości małżeńskiej?

1. Brak świadomości, że jest ona zadaniem i to całego życia. Ślub to nie koniec drogi, jakieś przybicie do portu przeznaczenia. Jest to koniec pewnego etapu, a początek nowego, pięknego, ważnego, ale wcale nie łatwego. Rozpoczęte wspólne życie, różnice charakterów, przyzwyczajeń i gustów, trudności materialne, obowiązki rodzicielskie - wszystko wymaga stałego opanowywania egoizmu a rozwijania tego, co wspólnotę małżeńską konsoliduje: wyrozumiałość, cierpliwość, zaufanie, solidarność, bycie razem w chwilach trudnych, przechodzenie ponad drobnymi nieporozumieniami, które niesie codzienność. Ilu młodych małżonków zadaje sobie poważnie pytanie: "Co buduje naszą wspólnotę?", "Co mogę zrobić w tej kwestii?". Dosyć powszechnie uważa się jedynie, że współżycie seksualne buduje miłość. Nie! Seks może budować, ale może także niszczyć, degenerować związek małżeński. Buduje, jeżeli we współżyciu małżonkowie kierują się zasadami etycznymi, niszczy, kiedy nie czynią tego. Miłość wymaga przede wszystkim pracy nad sobą. (Praca nad urządzaniem się, nie jest najważniejsza). A więc umacniania i pomnażania tych wartości, które kiedyś wzbudziły miłość współmałżonka. On kocha to dobro! Jeżeli wyblaknie, wyblaknie i miłość. W pracy nad sobą najbardziej pomaga sakrament pokuty. To najskuteczniejszy środek w usuwaniu wad. Miłość wiąże się z wiarą. Rzeczywiście: "Bez Boga ni do proga"! Jakże mógłby człowiek, który regularnie spowiada się i poważnie traktuje spowiedź, czego wyrazem jest praca nad sobą, traktować równocześnie współmałżonka jak "przedmiot kupiony w sakramencie małżeństwa"?

2. Brak świadomości zagrożeń miłości małżeńskiej. Przede wszystkim każdy grzech jest takim zagrożeniem, ponieważ osłabia, albo nawet zrywa więź z Bogiem, źródłem miłości: "... miłość jest z Boga..." (1 J 4, 7) - pisze św. Jan. Trwanie w grzechu degeneruje miłość małżeńską. Antykoncepcja, która jest poważnym grzechem, stanowi równocześnie poważnie niebezpieczeństwo dla miłości małżeńskiej. Fakt, że 50% małżeństw stosujących środki antykoncepcyjne rozwodzi się, jest konkretnym na to dowodem. Zwróćmy uwagę, że trwanie w grzechu jest skutkiem innego grzechu - braku pielęgnowania swojej wiary, jest owocem słabej wiary. Wiara wymaga również pracy tak, jak miłość, tak, jak każda wielka wartość. Także wiara może zdegenerować się do jakiejś deklaracji (bez pokrycia), że Pan Bóg istnieje, składanej lub nie, w zależności od istniejącej koniunktury. Boga trzeba poszukiwać, co wymaga osobistego wysiłku. Wiara nie rozwinie się bez systematycznej modlitwy, medytacji, wyciszenia się, lektury, sakramentów. Wiara to spotykanie Chrystusa, rozmowa z Nim, życie z Nim i dla Niego, czyli według Jego zasad. Wiara przemienia miłość. Związek ludzi żyjących żywą wiarą różni się radykalnie od najbardziej nawet szlachetnego związku, w którym jeden małżonek widzi drugiego tylko w ramach porządku naturalnego. Przepaść różni te dwa związki! Dopóki nie dostrzeżemy samego siebie i drugiej osoby, jako stworzonej na obraz Boga, posiadającej duszę nieśmiertelną i mierzającej do życia wiecznego, nie pojmiemy prawdziwej godności i wielkości człowieka. Taka świadomość nadaje miłości nową głębię, nową perspektywę. Wszystko nabiera nowego znaczenia. Teraz kocha się współmałżonka nie ze względu na jakieś drugorzędne czy nawet egoistyczne motywy, ale ze względu na miłość Boga, w Nim, czyli "prawdziwą miłością". W przenikniętej wiarą miłości pragnienie dobra współmałżonka, zostaje podniesione do pragnienia jego zbawienia wiecznego. Współpraca we wzajemnym uświęceniu się z myślą o życiu wiecznym staje się centrum miłości małżeńskiej, wynosząc ją ponad miłość ziemską. Św. Jan Chryzostom tak opisuje tę miłość: "Wziąłem cię w swoje ramiona i kocham bardziej niż moje życie. Albowiem życie obecne jest niczym, a moim najgorętszym pragnieniem jest przeżyć je z tobą w taki sposób, abyśmy mieli pewność, że nie będziemy rozdzieleni i w tym życiu, które jest dla nas przygotowane..." Jaki szacunek musi przenikać miłość małżeńską, kiedy małżonkowie są świadomi tej tajemnicy. Czy mógłby małżonek tak wierzący "wykorzystywać seksualnie żonę"? Czy mógłby uczynić jej życie "koszmarem"? Czy mógłby traktować przysięgę małżeńską złożoną Bogu na zasadzie: "Przysięga to jedno, a życie to zupełnie coś innego"? Tego nie zrobiłby nawet człowiek, który choć odrobinę boi się Boga. Na zakończenie kilka myśli trochę na marginesie. List naszej Czytelniczki jest wielką przestroga dla dziewcząt. Czy można się uchronić od nieszczęśliwego związku małżeńskiego? Z pewnością w dużym stopniu. Oto pięć podstawowych zasad, od których przemyślenia i zastosowania bardzo wiele może zależeć: 1. Pielęgnować swoją wiarę i w wierze doskonalić siebie. Im lepsi jesteśmy, tym bardziej też kochani. Podobamy się nie tylko Bogu (i to powinien być pierwszy cel naszego dążenia do doskonałości) ale i ludziom. Im człowiek doskonalszy, tym też głębiej i prawdziwej potrafi kochać.2. Stale modlić się o dobrego męża, pamiętając, że nie zwalnia to od własnego myślenia i oceny. Pierwszy chłopak okazujący mi zainteresowanie i do którego żywię jakieś uczucia, nie musi być akurat tym, którego Pan Bóg mi przeznacza. 3. Nie rozpoczynać "chodzenia z kimś", zbyt wcześnie, ale dopiero wtedy, kiedy wiek pozwala na poważne myślenie o małżeństwie i kiedy pojawia się poważne pragnienie założenia rodziny. Trzeba dać sobie czas na dojrzewanie. Im człowiek mniej dojrzały, tym większą ma skłonność do robienia głupstw, za które przychodzi później gorzko płacić. 4. Zachowywać bezkompromisowo czystość przedmałżeńską. Postępowanie chłopaka na tym obszarze jest bardzo czułym wskaźnikiem, jaki jest i czy rzeczywiście kocha. Miłość "... niedopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego..." (1 Kor 13, 5). Namowy, przekonywania, natarczywość, szantaże świadczą o tym, że mamy do czynienia z człowiekiem nieopanowanym albo nawet uzależnionym seksualnie. Coraz więcej jest niestety takich mężczyzn. To zły kandydat na męża. Istnieje ryzyko. że będzie "wykorzystywał seksualnie żonę". Tam, gdzie pożądanie zniewala człowieka, nie ma szans na prawdziwą miłość. 5. Trzeba zadać sobie pytanie, czy mężczyzna, który ma być moim mężem jest rzeczywiście człowiekiem wierzącym. To pytanie do siebie a nie do niego. Łatwo dostrzec, czy wiara jest żywa, albo pozostaje tylko deklaracją. Zwłaszcza modlitwa świadczy o żywej wierze. Jeżeli szczerze modli się, chodzi też z pewnością do spowiedzi i pracuje nad sobą. A co zrobić, jeżeli już ktoś żyje w nieudanym związku małżeńskim? Przede wszystkim nigdy nie tracić nadziei na zmianę i ufnie prosić Boga o tę zmianę, dla Niego przecież nie ma nic niemożliwego.

 

 

 
   
 

[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]