![]() |
|
ŚWIADECTWO - „Marta Robin w moim życiu” |
|
|
|
SŁUGA
BOŻA MARTA ROBIN URODZIŁA SIĘ W 1902 ROKU WE FRANCJI, W NIEWIELKIEJ
WIOSCE CHATEAUNEUF-DE-GALAURE NIEDALEKO LYONU. BYŁA ZWYKŁA PROSTĄ
DZIEWCZYNĄ, JUŻ W WIEKU DZIECIĘCYM CHOROWAŁA. CAŁE JEJ ŻYCIE BYŁO
PASMEM NIEKOŃCZĄCYCH SIĘ CIERPIEŃ, BARDZO TRUDNO WYRAZIĆ SŁOWAMI
OGROM TYCH CIERPIEŃ. MARTA CIERPIAŁA STRASZNIE, TO BYŁY SKRAJNE
CIERPIENIA. W TYM OGROMIE CIERPIEŃ ŁĄCZY SIĘ NA SPOSÓB MISTYCZNY W
UKRZYŻOWANYM JEZUSEM. W 1930 ROKU MARTA PRZESTAJE SYPIAĆ, JEŚĆ I PIĆ,
NA JEJ CIELE POJAWIAJĄ SIĘ STYGMATY ZBAWICIELA. Pierwszy
raz dowiedziałem się o istnieniu Marty Robin (Robę) z czasopisma „Miłujcie
się!” nr.1-2/2000 wtedy to wyciąłem ten artykuł z czasopisma i
przechowywałem w na półce w ważnym dla mnie miejscu, ciągle pamiętając
o tej niezwykłej kobiecie. Trochę później TV Puls nadała film z serii
„Widzialne i Niewidzialne” – Marta Robin. I ten film stał się dla
mnie prawdziwym przełomem w mojej duchowości, Marta zapadła mi bardzo
mocno do serca, może to przez to że cierpienie nie jest dla mnie czymś
wyobcowanym. Bardzo mi trudno własnymi słowami wyrazić, ale czuje jakąś
duchową więź, to tak jakby patrzeć na Zbawiciela przez Martę Robin.
Cierpiąca Marta ma jakiś tajemniczy magnez który nie pozwala przejść
obojętnie, zwłaszcza osobom które doświadczają cierpień. To właśnie
dzięki Marcie, jej cierpieniom uświadomiłem sobie ogrom męki
Zbawiciela, to mnie zmieniło! Spoważniałem, zacząłem patrzeć na
Jezusa z większą powagą i współczuciem. Wreszcie zacząłem uświadamiać
sobie to co musiał przejść Jezus umierając na Golgocie. Wiara w Boga
Jezusa to nie tylko wesołe Alleluja, ale też i ofiara z samego siebie,
poświęcenie, przyjęcie cierpień wynagradzających za siebie i innych.
Oczywiście nie należy nigdy Marty traktować jak przeciętnej
schorowanej kobiety, ona została wybrana, jej życie nie było życiem
przeciętnym. Jezus obdarował ją stygmatami swej Męki, Marta przez 52
lata nic nie jadła, nie piła i właściwie to nie spała poza jej
tajemniczymi śpiączkami w których przeżywała Męki Zbawiciela na sposób
duchowy, psychiczny i fizyczny. Marta Robin ma dar bardzo dobrego wpływania
na ludzi, już za swojego długiego życia uratowała wiele istnień
ludzkich. Nic dziwnego że szatan maltretował ją na sposób fizyczny,
psychiczny i duchowy. Marta
bardzo pomaga mi przezwyciężać moje egoistyczne zabieganie, zatroskanie
o własne „ego” o swoje ja. Dziś doskonale zdaję sobie sprawę że
życie człowieka to nie tylko bezustanne zabieganie o ciało, o wygląd,
o swoje zawsze „ja” ale też i ofiara z samego siebie dla ratowania
dusz. I cena jaką trzeba zapłacić nigdy nie jest zbyt wielka aby kochać
Zbawiciela, trudne to wyrzeczenia ale gdy ma się tak doskonały przykład
jak Marta Robin człowiek przestawia swoje myślenie na inne tory. Zresztą
nie tylko ja tak uważam, wystarczy prześledzić wypowiedzi osób które
znały, spotykały się z Marta Robin, ich świadectwa mówią same za
siebie. Marta nauczyła mnie znosić cierpienia, godzić się na nie, już
nie uciekam jak kiedyś, wszystko byleby nie cierpieć. Mam w sercu pokój,
gdy poznałem tą kobietę, jej życie stałem się ufny w Panu, wydaje się
to paradoksalne, no bo jak można otworzyć się na cierpienia, Marta a
raczej Jezus żyjący w Marcie czyni takie cuda. Marta
Robin zmarła w 1981 roku, pozostawiając po sobie wspólnoty które założyła
wraz ze swoim kierownikiem duchowym o.Finetem. Są to wspólnoty
„Ogniska Światła i Miłości”. Zupełnie niedawno brałem udział w
rekolekcjach, we wspólnocie Marty. Jest to pięć dni całkowitego
milczenia, otwarcia się na owoce Ducha Świętego, wsłuchania się w głos
Boga. Podczas rekolekcji są prowadzone wykłady, jest też czas na
modlitwę. To wszystko buduje, pogłębia wiarę, więź z Bogiem. Owoce
które Marta pozostawiła są nad wyraz dobre i bardzo potrzebne współczesnemu
człowiekowi. W Polsce są tylko dwie wspólnoty „Ogniska Światła i Miłości”
myślę powinno być przynajmniej jedno w każdej diecezji. Niech Jezus będzie
jeszcze bardziej kochany, uwielbiany w miłości ofiarnej, całkowitej. Na
zakończenie przytoczę wypowiedzi dwóch osób które znały osobiście
Martę. Najbardziej
zadziwiające jest nie natężenie cierpień Marty Robin ale ich płodność.
Dzięki niej i Bogu który był obecny w jej cierpieniu wiele żyć
ludzkich zostało ocalonych, wielu chorych zostało uzdrowionych, wielu więźniów
w swoich więzieniach doznało ulgi, wiele osób które były zniewolone
przez siły nieczyste zostało uwolnionych.
Philippe Madre Doktor
Alain Assally tak misje Marty Robin określił: "Marta była wysunięta
latarnia morska, która ocaliła wielu podróżnych naszej planety,
wskazując im drogę".
Myślę
że te dwie wypowiedzi mówią same za siebie. Kontakt
e-mail ze mną: awnek@poczta.fm
Artur Wnęk
|
|
[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]
|