![]() |
|
ks. Andrzej Trojanowski TChr |
|
|
|
Przez
50 lat nic nie jadła i nic nie piła Chociaż
Marta Robin zmarła już dziewiętnaście lat temu, to jednak we Francji
"pełno jej" wszędzie: w ruchach chrześcijańskiej odnowy, w
nowopowstałych wspólnotach zakonnych, w książkach, artykułach... A to
płynie z faktu, że przez jej dom przewinęło się ponad sto tysięcy
ludzi, a dla każdej z osób spotkanie z Martą stało się źródłem
nowej mocy, nowego spojrzenia na życie, a niejednokrotnie początkiem
prawdziwego nawrócenia. W
opublikowanych świadectwach ludzi na temat tych spotkań nieustannie
przewija się jeden wątek: każdy przeżył swego rodzaju szok czy wewnętrzne
poruszenie (mniejsza o słowo) z powodu uderzającego
"paradoksu". Otóż każdy, kto pochylał się nad łóżkiem
Marty, mniej lub bardziej uzmysławiał sobie rozmiar jej cierpienia.
Powszechnie było wiadomo, że prócz cierpienia, związanego z całkowitym
paraliżem, Marta uczestniczyła w męce Jezusa. Od czwartku do niedzieli
była "nieobecna" dla otoczenia, przeżywając mistycznie, lecz
realnie, krwawo, poszczególne etapy Męki. W ciągu pozostałych dni
tygodnia na jej czole pozostawały nieraz ślady zaschniętej krwi. W jej
drobnym ciele koncentrował się bezmiar cierpienia, wobec którego stawało
się jak przed głębokim misterium. Lecz - właśnie
"paradoksalnie" dla logiki tego świata - z głębi tego
cierpienia wydobywały się nie rozgoryczenie i bunt, lecz przedziwny pokój
i pogoda. Spotkanie z Martą, trwające przeciętnie kilka minut, szybko i
niepostrzeżenie przechodziło w duchowe porozumienie. Potrafiła w ciągu
chwili "pojąć" cały ciężar życia, z jakim się do niej
przychodziło, wziąć go niejako na siebie i przepoić światłem swej
niezwykłej ufności. Z pośród wielu świadectw na ten temat przytoczmy
jedno, którego autorem jest obecny redaktor naczelny chrześcijańskiego
tygodnika L`Homme Nouveau (Nowy Człowiek): "Wiadomo, że Marta była
sparaliżowana od 1928 r. i niewidoma od 1939, ja stykałem się z nią w
latach 1946-1981, to znaczy przez okres trzydziestu pięciu lat. Nigdy nie
liczyłem, ale sądzę, że w latach 1954-68 odwiedziłem ją przynajmniej
ze sto razy. W ciągu tego okresu patrzyłem na głowę Marty, położoną
zawsze na tym samym miejscu, na boku. Spoglądałem na jej kołdrę, która
z grubsza rysowała sylwetkę jej ciała. Było oczywiste to, że jej nogi
nie były wyciągnięte, lecz zgięte w kolanach (leżała na nich).
Sparaliżowana, leżała całkowicie nieruchomo. Niewidoma, przebywała
stale w półmroku, ponieważ najmniejszy promień światła zadawał jej
ból nie do zniesienia (...). Tym, co w moim przekonaniu stanowi o największym
świadectwie jej życia, to jej pokój, radość i niewzruszona ufność.
Zastanawiałem się nieraz, jak ja zachowałbym się w podobnej sytuacji
(...). Cierpiała, lecz w sercach wszystkich tych, którzy opuszczali jej
pokój, zamieszkiwała nowa radość, której dotąd nie zaznali. Ileż to
razy sam wchodziłem do niej, pełen problemów, a niekiedy i ciężkich
zmartwień. Ona brała to wszystko na siebie, porozmawiała i - nie
wiadomo jak - przywracała ufność i wewnętrzną radość. Moc
zmartwychwstawania, która wypływa z wysokości Krzyża, tworzyła
nieustanny rytm wszystkich spotkań i rozmów z Martą". Od księdza
Fineta, ojca duchownego Marty, dowiadujemy się o kilku epizodach z jej młodości.
W wieku dorastania ciężko chorowała i myślała, że wkrótce umrze.
Przeżyła jednak, lecz nie mogła chodzić. Siedziała w swoim fotelu i
wyszywała. W czasie kolejnego ataku choroby, gdy przekonana już była o
bliskiej śmierci, ujrzała św. Tereskę od Dzieciątka Jezus. Dowiedziała
się, że posiada wybór: albo pójść do nieba natychmiast, albo przyjąć
misję wynagradzania za grzechy, cierpiąc w jedności z Chrystusem w
intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji. Od
1928 r. Marta zaczyna w ogóle nie spać, nie jeść i nie pić. W
uroczystość Ofiarowania Pańskiego 1932 r. traci czucie w rękach i
nogach. Od tej pory, aż do śmierci, leży na nogach, zgiętych w
kolanach. Cóż działo się w ciągu tysięcy nieprzespanych nocy? Spełniało
się jej pragnienie, jakie wyraziła w swym akcie całkowitego zawierzenia
woli Bożej: "Najdroższy mój Zbawicielu! Przyjmij moją ofiarę całopalną,
jaką nieustannie składam Ci w ciszy. Zechciej przemienić ją w dobra
duchowe dla tylu milionów serc, które Ciebie nie kochają; przyjmij ją
dla nawrócenia grzeszników, powrotu błądzących i niewiernych, i dla uświęcenia
Twych najdroższych kapłanów..." Podczas, gdy inni spoglądają na
nią niekiedy z politowaniem, sama Marta doświadcza niepojętego dla świata
szczęścia, płynącego z zacieśniania swych więzów z Bogiem. Jakże
czymś wspaniałym jest wiara: wierzyć wtedy, gdy się nie widzi, wiedząc
tylko to, że "Bóg powiedział"; wiedza bez widzenia zapala w
duszy światło, którego promienie pozwalają nam odkryć wielki świat,
jaki nosimy w sobie, a którego istnienia nawet nie przeczuwaliśmy. Marta
nie mogła przełknąć nawet kropli wody, a jednak przyjmowała Komunię
św. Był to jej jedyny pokarm przez ponad pół wieku. Jakiekolwiek
oszukaństwo w tym względzie zostało wykluczone przez wielu lekarzy, którzy
z wielką skrupulatnością czuwali nad nią i badali jej zachowanie.
Najczęściej przyjmowała komunię św. z rąk księdza Fineta, lecz
przytoczmy najpierw świadectwo ks. Marzioux, który odwiedził Martę w
lutym 1939 r.: "Przede wszystkim uderzyła mnie jej niezwykła
pokora. Na moje liczne pytania odpowiadała zawsze z tą samą precyzją...
W którymś momencie rozmowy - wspomina kapłan - Marta powiedziała z ożywieniem:
"Jezus już przyszedł". Ja sam natomiast nie słyszałem nawet
szczekania psa, zapowiadającego przybycie wieczornego gościa. Po chwili,
ks. Finet wszedł do pokoju, niosąc komunię św. Jeszcze przed tym
spotkaniem, ks. Finet uprzedził mnie, mówiąc: "Marta nie może
przyjmować żadnego pokarmu. Proszę jedynie przybliżyć Hostię do jej
warg. Hostia sama zostanie wchłonięta". I tak się stało: ku memu
zdziwieniu, hostia wymknęła się z mych palców w momencie, gdy przybliżałem
ją do ust Marty". Dodajmy bardziej szczegółowy opis ks. Fineta:
Marta przyjmowała Komunię św. w sposób zdumiewający... Podaną jej
hostię przyjmowała bez połykania, do którego była absolutnie
niezdolna. Wszyscy ci, którzy podawali jej komunię, mieli wrażenie,
jakoby hostia wyrywała się im z palców. Mnie samemu kilkakrotnie
przydarzyło się, że nawet z odległości ok. 20 cm hostia sama trafiała
wprost do jej ust. Historia ta wydawała się co najmniej śmieszna
pewnemu księdzu z Wietnamu, zanim nie odprawił mszy św. w pokoju Marty.
W czasie udzielania jej komunii miał się na baczności, trzymając
pewnym chwytem małą hostię. Lecz i tak wymknęła mu się z palców,
przemierzając sama kilkucentymetrową odległość. Ceniony filozof i
pisarz - Jean Guitton, który napisał także książkę o Marcie, zapytał
ją kiedyś wprost na temat tego niezwykłego zjawiska. «Tak, to
jest cały mój pokarm - odpowiada Marta - Zwilżają mi usta, ale niczego
nie mogę przełknąć. Hostia wnika we mnie, lecz ja sama nie wiem, jak.
Eucharystia nie jest zwykłym pokarmem. Za każdym razem, nowe życie we
mnie się wlewa. Jezus jest w całym moim ciele, jakbym zmartwychwstawała.
Komunia jest czymś więcej, niż zjednoczeniem: jest stopieniem się w
jedno». W czasie jeszcze innego spotkania, jakby lekko
zniecierpliwiona, Marta wyznaje: Mam ochotę wołać do tych, którzy ciągle
mnie pytają, czy na prawdę nie jem! - że ja jem więcej niż oni,
ponieważ karmię się eucharystycznym Ciałem i Krwią Jezusa. Chciałabym
im powiedzieć, że to oni sami powstrzymują w sobie efekty tego
pokarmu..." Co myśleć na temat wymykających się z rąk kapłana
hostii, spożywanych przez Martę bez połykania? Wbrew pozorom dziwaczności,
zjawisko to potrafi wiele powiedzieć na temat wzajemnej relacji Marty i
Chrystusa. Weźmy pod uwagę fakt, że Jezus pozostał w Eucharystii ze
swego nieskończonego pragnienia zjednoczenia się z człowiekiem w miłości.
Dla każdego, kto rozpoznaje w hostii żywą obecność Boga, przychodzącego
jedynie z miłości - moment, poprzedzający przyjęcie Komunii św. jest
momentem gorącej tęsknoty. Otóż, jest to tęsknota dwóch osób i dwóch
serc: Serca Bożego i serca ludzkiego, które nawzajem ku sobie się
wyrywają. Hostia, wyrywająca się z rąk kapłana, to przecież sam
Chrystus, dążący w pośpiechu na spotkanie ze stworzeniem, które umiłowało
Go ponad wszystko i oczekuje na Niego z wielką tęsknotą. Radość człowieka
z przyjmowania Komunii św. wypływa stąd, że jest to najpierw radość
samego Boga. Dusza wie o tym, że Bóg niezmiernie się raduje, mogąc w
niej zamieszkać. Skoro Bóg jest nieskończony, więc i Jego radość
jest bez granic. Skoro Bóg nieskończenie raduje się we mnie - jak
wielka powinna być więc moja radość! W ostateczności, duchowe szczęście
Marty wynikało z jej doświadczenia Boga, jako Boga niezmiernie szczęśliwego
w jej duszy! Jest to jedyny rodzaj szczęścia, o które nie potrzeba się
bać, że się je utraci. Gwarancją jego trwałości jest nieodwołalna
miłość Boga i Jego niegasnące pragnienie uszczęśliwienia swych
stworzeń. Jedyna przeszkoda istnieje po stronie człowieka, a tkwi ona w
wygasaniu wiary, które prowadzi do zaniku miłości, a w ostateczności -
do grzechu. Skoro więc początkiem prawdziwej radości jest radość
Boga, który zamieszkuje w kochającej Go duszy - więc nie trudno pojąć,
dlaczego jedynym staraniem Marty było wzrastanie w prawdziwej miłości.
Jeśli potrafiła znosić swoje cierpienie bez buntu i zgorzknienia, to
tylko dlatego, że w przeróżnych cierpieniach widziała największą
szansę na postęp w miłości. Co więcej: pragnąc obarczyć się
cierpieniami innych, a zwłaszcza grzeszników - pragnęła żyć miłością
najtrudniejszą, czyli najbardziej bezinteresowną, nie lękającą się
ponieść ofiary za innych. Taka miłość właśnie najbardziej upodobniła
Martę do Chrystusa, czego wyrazem były stygmaty Męki, jakie na sobie
nosiła. Marta - egoistka, szukająca za wszelką cenę szczęścia?
Masochistka - ponieważ nie bała się heroicznie podjąć cierpienia
innych? Jeśli tak, to jak wówczas wytłumaczyć fakt, że ta sama Marta
zapalała w innych iskrę radości i szczęścia? Żyć przez Pięćdziesiąt
lat o samej Komunii św. - to niewątpliwy cud. Ale skłania on do
refleksji na temat cudu zupełnie niewypowiedzianego, jakim jest nowe życie,
które rodzi się w nas dzięki Eucharystii. Okaże się ono w całej pełni
przy Zmartwychwstaniu, gdy spełni się obietnica Jezusa: "Kto spożywa
moje Ciało i Krew moją pije, nie umrze, lecz będzie żył na
wieki". Aż do tego czasu, skarb życia wiecznego, poczętego z
Eucharystii, będziemy przeżywali w samej wierze. Lecz wygląda na to, że
poprzez "znak" Marty Jezus pragnie wzmocnić naszą wiarę. W
znaku tym niejako "zmysłowo" dotykamy prawdy, że Eucharystia -
że sam Bóg jest jedynym i wystarczającym źródłem ludzkiego
istnienia. Nie potrzeba wam innego pokarmu, kiedy Ja sam was karmię moim
Ciałem - zdaje się On mówić. W istocie rzeczy, z eucharystycznych przeżyć
Marty wydobywa się orędzie samego Jezusa: Abyście wierzyli, że nie
ziemski pokarm i napój, lecz tylko moje Ciało i Krew dadzą wam
prawdziwe życie. Któż wzgardziłby tym szczególnym zaproszeniem do
wiary? Któż nie potrzebowałby jej wzmocnienia w atmosferze powszechnego
"bzika" na punkcie materialnej troski o ciało?
|
|
[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]
|