Jacque Verlinde

 

NA ŚCIEŻKACH YOGI

Artykuł z miesięcznika "List" 1-2/94. Opracowanie Marioli Orzepowskiej na podstawie "famille Chretienne" nr 816, str. 14-21.

Mając 15 lat zdał maturę, w 24 roku życia obronił doktorat. Był młodym, świetnie zapowiadającym się naukowcem i wydawało się, ze nic nie stoi na przeszkodzie, by zrobił karierę w dziedzinie chemii nuklearnej. Jednak jego pragnienie Absolutu było większe niż ambicje naukowe.

Dziś ojciec Jacque Verlinde jest mnichem i kapłanem w nowej wspólnocie, która nazywa się „Rodzina Świętego Józefa", w Francheville, niedaleko Lyonu. Zanim jednak do tego doszło przebył długą drogę.

Pod koniec lat sześćdziesiątych bardzo popularna stała się medytacja transcendentalna i jej guru Maharishi Mahesh Yogi.

Jacques zaczął od 20 minut medytacji dziennie, ale bardzo szybko przestało mu to wystarczać; zaczyna spędzać na medytacji cale dnie. W końcu wyjeżdża do Hiszpanii, by tam przyłączyć się do guru Maharishi i zostać jego uczniem. Po pewnym czasie jako gorliwy uczeń i członek Biura Generalnego Międzynarodowej Organizacji Medytacji Transcendentalnej zostaje zaproszony przez swojego guru do Indii. W latach 1971-74 przebywał w Himalajach, gdzie odwiedzał ashramy, do których normalnie Europejczycy nie maja wstępu. Słucha nauk najwybitniejszych nauczycieli duchowych Indii, intensywnie ćwiczy yogę oraz inne techniki medytacji, mające doprowadzić do zjednoczenia z Najwyższą Rzeczywistością. Wspominając tamte czasy mówi: "Żyłem medytacją całymi miesiącami, dzień i noc, praktycznie bez snu i jedzenia. Drążyłem w sobie pustkę, będąc całkowicie wyczerpany: ciało, dusza i duch."

W tej bolesnej, bezosobowej samotności - pustce, w której nie znalazł nikogo, kogo mógłby kochać, Jacques pewnego dnia słyszy głos: „Jak długo, moje dziecko, każesz mi jeszcze czekać?"

Rozpoznaje głos Chrystusa i nie czeka już dłużej, oświadcza swojemu guru, ze odchodzi. Jednak droga powrotu okazuje się daleka.

Po powrocie do Europy wpada w sidła teozofii, antropozofii, różokrzyżowców. Modli się, uczestniczy codziennie w Mszy św., a obok tego zajmuje się radiestezją i magnetyzmem, odkrywa w sobie nowe zdolności: jest medium, ma dar widzenia, może czytać w przyszłości i przeszłości, uzdrawiać, itp. Jednak to także nie daje mu poczucia szczęścia. Wręcz przeciwnie, z dnia na dzień rośnie w nim przekonanie, że znalazł się w pułapce ciemnych sił. Zdobywa się na odwagę, by zwrócić się jeszcze raz do Boga: "Panie, całą tę moc, wszystkie te zdolności oddaję Tobie. Jeśli nie pochodzą one od Ciebie, uwolnij mnie od nich." Odpowiedź przychodzi bardzo szybko - wezwany przez swojego ojca do chorej matki stwierdza, że nie posiada już żadnych zdolności. Zaczyna się dla niego długa, bo aż dziesięcioletnia, droga powrotu. Najpierw modlitwy o uwolnienie, potem o uzdrowienie, głównie w Odnowie Charyzmatycznej.

W sierpniu 1983 roku otrzymuje święcenia kapłańskie. Pociągnięty życiem zakonnym sam zaczyna prowadzić podobny tryb życia, wykładając równocześnie filozofie i antropologię biblijna w Instytucie Katolickim w Lyonie. Bardzo szybko dołączają do niego niektórzy z jego studentów i tak na Zesłanie Ducha Świętego w 1990 roku powstaje "Rodzina Świętego Józefa".

*************

Dziś Ojciec Jacques Verlinde pytany o swoje dawne doświadczenia mówi: „Trzeba dobrze zrozumieć, że yoga nie jest prostą techniką relaksacyjną: chodzi o technikę, która była wypracowana w hinduizmie powoli, przez całe wieki. Dla hinduizmu człowiek stanowi tylko emanację, niewielką cząstkę boskiej duszy świata, bezosobowej energii, która wypełnia wszechświat. Yoga jest uprzywilejowana drogą, która ma prowadzić do zjednoczenia z tym wielkim kosmicznym „Ja". Jednak dla nas chrześcijan, którzy mamy wielką łaskę poznania Objawienia Boga osobowego i transcendentnego, który stworzył świat i człowieka z Miłości i który wzywa każdego człowieka, by pozwolił Mu napełnić się Jego Miłością - panteizm hinduski, mimo całej swojej szlachetności jest regresją. Poza tym już samo praktykowanie yogi stanowi wielka pułapkę duchową. Yoga sama w sobie jest techniką bardzo skuteczną, która prowadzi do obudzenia ukrytych w nas naturalnych energii. Weźmy na przykład hatha-yogę, która jest popularna na Zachodzie. Wszystkie jej pozycje mają za zadanie zaktywizowania w człowieku kundalini, energii życiowej, która umiejscowiona jest u podstawy kręgosłupa. Celem praktykowania jest sprawienie, by kundalini wznosząc się, osiągało kolejne czakramy (centra energetyczne) i po długiej praktyce dotarło do czakramu znajdującego się na szczycie głowy. Sam doświadczyłem tego i muszę stwierdzić, ze yoga uaktywnia w nas energie, które są bardzo realne i jeszcze bardzo mało znane, a które pozwalają na osiągnięcie stanów nadzwyczajnych (ja sam stosowałem i uczyłem technik lewitacji). Mędrcy Indii ostrzegają jednak swoich uczniów przed ryzykiem rozchwiania psychicznego, czy nawet obłędu. Bez wątpienia energie, które pobudza yoga maja charakter energii naturalnych, ale od pewnego momentu nie można wykluczyć obecności sił nieczystych. Nawet jeśli ktoś uprawia yogę tylko dwie godziny tygodniowo i na początku ma wielkie trudności w przyjmowaniu właściwych pozycji, to powoli jednak idzie do przodu, a wiec czy chce czy nie chce uaktywnia kundalini. I nawet, jeśli nie dojdzie do "iluminacji", to wszystkie te ćwiczenia nie pozostają bez wpływu na jego metabolizm i równowagę psychiczną. Po co więc ryzykować wchodzeniem na taką drogę?! Jaki by nie był rodzaj yogi, którą się praktykuje i jaki by nie był cel dla którego się to robi, yoga nigdy nie jest czymś neutralnym. Podobnie jest z yogą, w której powtarza się mantry. Powtarzanie mantry wywołuje rodzaj autohipnozy, która ma prowadzić zmysły i umysł do oderwania się od rzeczywistości, by zjednoczyć się z „Ja" kosmicznym. Trzeba także pamiętać, ze wiele mantr polega na powtarzaniu imion lub oddawaniu czci różnym bóstwom hinduskim. Jak więc można wyznawać Jezusa Chrystusa i jednocześnie przywoływać pogańskie bóstwa?!

Gdy zaczynałem praktykować Medytację Transcendentalną, byłem zachwycony tolerancją guru Maharishi, który powtarzał: "Niech każdy wyznaje swoją religię". Z całej naszej grupki nikt nie został przy chrześcijaństwie. Sądzimy drzewo po jego owocach...

Zastanawiając się nad różnicą miedzy wschodnimi technikami medytacji a modlitwą chrześcijańską, można powiedzieć, że chrześcijanin jest ubogim, który wszystkiego oczekuje od Boga i Bóg pochyla się nad jego ubóstwem. Natomiast gdy yogin przyjmuje postawy hatha-yogi czy recytuje mantry, by stworzyć w sobie pustkę robi to po to, by o własnych siłach dojść do poziomu "najwyższej świadomości", osiągnąć poziom najwyższego Ja. Modlitwa chrześcijańska nie jest techniką, która ma prowadzić do identyfikacji z bóstwem. Jest zwróceniem serca w stronę Tego, który jest w nim obecny. I inaczej nie odczuwa się tego, co Bóg działa w ukryciu. Tak, modlitwa chrześcijańska często jest oschła - ileż to razy doświadczałem pokusy, by przyjąć postawę lotosu i dostarczyć sobie upragnionych doświadczeń. Trzeba jednak wybrać miedzy mądrością wschodu a szaleństwem Krzyża Chrystusowego. I jeśli dzisiaj w codziennych walkach doświadczam pokoju, to wiem Kto mi go daje."

 

BÓG DALEKIEGO WSCHODU, A BÓG CHRZEŚCIJAN

Wykład wygłoszony przez ojca Jacquesa Verlinde 23 X 1995 na Wydziale Orientalistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Tekst nie autoryzowany.

W latach sześćdziesiątych byłem badaczem naukowym i jeśli chodzi o naukę i filozofię, był to okres bardzo burzliwy. W tym też okresie i w tym kontekście kulturowym porzuciłem wiarę w której zostałem wychowany. Chciałem sens swojego życia odnaleźć w filozofii ale niestety na próżno. Brakowało tu wymiaru duchowego. Skierowało to moje drogi na Wschód. W arkana wschodnich medytacji zostałem wprowadzony przez guru. Porzuciłem swoje naukowe badania i zająłem się medytacją i kulturą Wschodu. W Himalajach przebywałem cztery lata. Miałem tam duże możliwości studiowania i przeżycia założeń filozofii Wschodu. Zanurzyłem się więc w hinduizm. Jest niezwykle ważne by mówić o hinduizmie wychodząc od pewnego doświadczenia. Aby zebrać pewne pojęcia trzeba przejść przez doświadczenie duchowe. Moje doświadczenie długiej medytacji w aszramie pozwala mi głębiej wejść w filozofię hinduizmu. Hinduizm oferuje bardzo specyficzną wizję Boga, człowieka i Świata która pochodzi z wewnętrznego doświadczenia. Całość doświadczenia duchowego Wschodu została zebrana w dziele napisanym przez Paton Dżali około IV wieku przed Chrystusem, pod tytułem: Joga sutry. Trzeci rozdział tego dzieła dotyczy postaw ciała i najczęściej jest identyfikowany z jogą. Jednak joga to coś znacznie szerszego. Nie jest to tylko zespół ćwiczeń pomagający należycie skoncentrować umysł.

Postawy ciała, ćwiczenia oddechowe to poszczególne etapy medytacji, które mają w konsekwencji doprowadzić do wyzwolenia człowieka. Jeśli jednak mówimy o wyzwoleniu to chodzi tu o uzyskanie bardzo specyficznego wymiaru Świadomości osobowej która, w całości ma charakter kosmiczny. Doświadczenie nirwany to znaczy rozpuszczenia mojego ja we wszystkim. Wszystkie rzeczy jakie nas otaczają charakteryzują się istnieniem, lecz każda istnieje na swój sposób - drzewo jako roślina, my jako ludzie. Akt istnienia posiadają wszystkie byty, jednak każdy według tego czym jest. Techniki medytacji Wschodu próbują dokonać tego by byty "wspięły się " ponad to co je różnicuje, ponad to co różnicuje drzewo, stół, mnie ku czystemu doświadczeniu istnienia. Chodzi więc o doświadczenie istnienia niezależnego od poszczególnych istot . Doświadczyć trzeba więc istnienia nie konkretnego bytu ale istnienia jako czegoś wspólnego. Ten czysty akt istnienia jest rozumiany jako boski. Hindus "zanurza się" w boskim akcie istnienia. W takim ujęciu istnienie wszystkich rzeczy jest zakorzenione w Bogu, a różnice które stwierdzamy są jedynie różnicami powierzchownymi. Wielość rzeczy jest przejawem boskiego aktu istnienia. By odnaleźć ten boski akt istnienia trzeba wyjść poza to wszystko co różnicuje rzeczy. To co mnie różni od was to jest moje ciało i moje myślenie. Jeżeli chcę wyjść ponad to co różnicuje mnie od was muszę wydostać się ponad moje ciało i ponad moje myślenie. Muszę więc w taki sposób oddziaływać na swoje ciało, by zostało one napełnione energią kosmiczną które mają charakter boski. Ćwiczenia azana mają na celu napełnienie energiami kosmicznymi przez różne centra energetyczne znajdujące się w naszym ciele, które są umieszczone wzdłuż kręgosłupa od jego podstawy aż po czubek głowy. Jest ich siedem i nazywa się je czakrami. Praktyki azana powodują pobudzanie poszczególnych ośrodków od dołu ku górze. Tradycja hinduska mówi , że u podstawy kręgosłupa spoczywa mały wąż , który w miarę praktykowania ćwiczeń wędruje ku górze pobudzając poszczególne czakry. Można powiedzieć, istnieje pewna fizjologiczna baza wyjaśniająca mistyczne doświadczenie Wschodu. Zespół różnych ćwiczeń i postaw ciała sprawia, że to ciało działa w bardzo szczególny sposób.


^ -----> czubek głowy
( )
0 -----> czakry, w których przecina się kundalini
( )
0
( )-----> siła kundalini
0
( )
0
( )
0
( )
@ -----> podstawa kręgosłupa

Koncentracja umysłu jaka dokonuje się za pomocą mantry ma na celu poprowadzenie energii ku szczytowi głowy. Mantra to określony rodzaj dźwięku, który powoduje rezonans w węzłach energetycznych. Jest to więc doświadczenie, które ja mogę spowodować sam z siebie jeżeli tylko opanuję odpowiednie techniki. Pozwala mi to utracić moją fizyczną indywidualność, zawiesić kompletnie wszelką aktywność umysłu. Poprzez to uzyskuje się pełnię jedności w której nie ma różnicy pomiędzy mną a tobą. Wymaga to odrzucenia i zaprzeczenia osobowego charakteru każdego z nas. Na tym poziomie nie ma żadnej indywidualności i osobowości, istnieje tylko JA uniwersalne, JA kosmiczne. W stanie nirwany nie spotkam się z żadnym człowiekiem, z nikim, będę w tej niezróżnicowanej jedni. Jeśli nie ma nikogo przy mnie, nie ma też żadnych relacji, jeśli nie ma relacji to nie ma też tej szczególnej relacji jaką jest miłość. Miłość bowiem to wzajemne odniesienie się do siebie bytów osobowych. Tak więc w absolutnej samotności nirwany nie mogę już kochać! Budda w swoich egzystencjalnych analizach podaje, że życie jest cierpieniem a te cierpienia rodzą się z pragnień życia i posiadania. "Ja chcę żyć" i to jest cierpienie.

Jeżeli więc chcę uwolnić się z cierpienia to muszę wykorzenić swoje ja , bo kiedy nie ma "ja" nie ma pragnień i nie ma cierpień i nie ma też miłości. Jeżeli znika osobowe ja to nie ma relacji ani miłości ani nienawiści. Hinduizm wszelkie zróżnicowanie jakie spotykamy w Świecie tłumaczy tym , że nasza Świadomość nie jest sprowadzona do tego najbardziej podstawowego doświadczenia jedności. Wszelkie zróżnicowanie jakiego doświadczamy to "maja" - wielka iluzja. Aby odrzucić tę iluzję trzeba odrzucić ja osobowe i zanurzyć się w oceanie energii kosmicznej. Jedyna rzecz która istnieje realnie to ocean bytu boskiego, my zaś jesteśmy jedynie falowaniem tego boskiego oceanu i mamy złudzenie odrębności bytowej. Jesteśmy jak krople wody porwane przez wiatr, którym wydaje się, że są odrębne, ale kiedy spadną z powrotem do wody to doświadczają rozpłynięcia się w prawdziwej rzeczywistości. Cierpimy, bo jesteśmy skoncentrowani na naszej indywidualnej osobowości i zapominamy o naszej najgłębszej boskiej naturze. Jeżeli moje ja roztapia się w tej wielkiej jedni to moje ja już nie cierpi. To może stać się wielką fascynacją. Jednak po tych doświadczeniach pozostawała we mnie jakaś wielka nostalgia i pragnienie relacji osobowych. Wiadomo, że istnieją tak wielkie cierpienia, że człowiek chciałby przestać istnieć, ale są to przypadki ekstremalne. Nam zaś chodzi często o przekroczenie cierpienia by odnaleźć się w miłości. Nieistnienie zaś jest aktem rozpaczy. Nasze najgłębsze pragnienie to nie jest pragnienie nieistnienia, ale pragnienie zrealizowania się w miłości. We wschodnim myśleniu ja jest emanacją bytu boskiego, ja sam dla siebie więc jestem iluzją. Nie ma tu żadnej nadziei na wejście we wspólnotę z bytem boskim, bo wtedy była by relacja. Bóg nie jest bytem osobowym. W takiej sytuacji powiedziałem sobie, że wolę cierpieć i kochać niż nie cierpieć i nie kochać. To jest wybór mojego osobowego istnienia i przez to mojej wizji Boga i Świata.

Pewnego dnia młodemu braminowi pokazaliśmy rzeźbę kobiety i mężczyzny, która bardzo dobrze wyrażała harmonię ludzkiej miłości, także w wymiarze cielesnym. On szybko zrozumiał tę kwestię i przez pół godziny nad nią medytował. Potem powiedział nam: "Nie, to jest niemożliwe. Trzeba dokonać wyboru: albo Bóg albo miłość." Mieszkaliśmy wtedy u pewnej hinduskiej rodziny, gdzie wyczuwało się szczególną bliskość i miłość, wzajemne oddanie się sobie. Zadałem więc im pytanie o tę miłość. Kobieta tak mi powiedziała: "Wy pytacie w jaki sposób mój mąż i ja możemy tak się kochać w momencie kiedy miłość jest złudzeniem. My wiemy, że ona jest złudzeniem ale my musimy przekroczyć w tym życiu to złudzenie, bo to jest teraz nasza karma po to by w przyszłym życiu osiągnąć jedność i pełnię. Zobaczyłem wtedy jak w ich mentalności jest zakorzeniona cała filozofia Wschodu. We mnie jednak wciąż było pragnienie głębokiego osobowego zrealizowania się w miłości. I w samym sercu doświadczenia hinduizmu i w obliczu tych pytań, które sobie stawiałem zobaczyłem, że Pan Jezus przyszedł mnie szukać.

Będąc w trakcie duchowych poszukiwań nie sądziłem, że kiedykolwiek wrócę na Zachód. Pozostało we mnie jednak pragnienie relacji z kimś drugim i w to pragnienie wszedł Jezus.

Przez to osobowe spotkanie zrozumiałem, że pojechałem do Indii szukać Boga, a przecież osobowa Jego obecność była cały czas przy mnie. Pan skierował do mnie słowo by zaprosić mnie do relacji osobowej, do relacji miłości. Wtedy zdałem sobie sprawę, że muszę dokonać wyboru: albo zanurzyć się w oceanie boskiego bytu, albo podjąć poszukiwanie miłości zgadzając się jednocześnie na cierpienie. Wróciłem więc na Zachód z przekonaniem, że Bóg jest bytem osobowym wzywa mnie do relacji miłości, w której moje ja osobowe przeżywać może szczęście. Spotkanie z Jezusem było dla mnie objawieniem, że droga miłości wiedzie przez cierpienie ale jest jedyną drogą do życia wiecznego. Myślę, że gdyby Chrystus nie przyszedł na ziemię, to droga Buddy narzucała by się sama przez się, ponieważ poza masochistami nikt nie chce cierpieć. Jezus jednak nie usuwa cierpienia , lecz pokazuje drogę, na której przekracza się cierpienie. Jeżeli podejmę tę drogę to ostateczne zwycięstwo jest zwycięstwem życia.

Budda umiera w pozycji lotosu pogrążając się w tajemniczym uśmiechu i pozycja ta przypomina pozycję płodu w łonie matki. Jest to obraz człowieka skoncentrowanego na sobie. Jezus Chrystus przeciwnie, umiera z ramionami rozpostartymi w postawie całkowitego otwarcia i z okrzykiem. On wykrzykuje zwycięstwo życia. Budda zasypia w tym wewnętrznym skoncentrowaniu na sobie, Chrystus zaś przezwycięża Śmierć. Dwie postawy: Samotność, która skoncentrowana jest na sobie i otwartość na cały Świat. Każdy z was musi wybrać swoją postawę i sam zdecydować, którą drogą pójdzie. Z punktu widzenia filozoficznego są to Światopoglądy nie do pogodzenia. Z jednej strony monizm z drugiej zaś pluralizm.

W religii judeo-chrześcijańskiej pomiędzy Bogiem a stworzeniem istnieje ontologiczna przepaść nie do pogodzenia. Ta odległość jest dopiero warunkiem występowania relacji. Czy można dowieść, która z obu filozoficznych propozycji jest prawdziwa? Przez rok na Uniwersytecie w Louvien na wydziale filozofii próbowaliśmy znaleźć odpowiedz na to pytanie i wniosek był taki, że jest to nie możliwe. Można przedstawić racje na rzecz jednej lub drugiej koncepcji ale nie sposób udowodnić która jest słuszna. Każdy z nas musi więc sam dokonać wyboru i potem w tym wyborze trzeba być niezwykle konsekwentnym. Dziś filozofia Wschodu jest dobrze znana na Zachodzie ale niestety jest znana i realizowana tylko częściowo. Ludzie zachodu chcą pogodzić obie te przeciwstawne propozycje, a może też chcą uniknąć trudnego i konsekwentnego wyboru. Jednak nie dokonując wyboru tracą możliwość racjonalnego ustawienia swojego życia. Synkretyzm ma to do siebie , że zdradza wszystkie swoje źródła. Każda wielka tradycja religijna zasługuje na pełny szacunek i dlatego nie należy mieszać jej z innymi tradycjami. Kto nie wybiera ten też w jakiś sposób dokonuje wyboru. Zdradzamy chrześcijaństwo, gdy wprowadzamy w nie praktyki orientalne czyli wschodnie, które są zupełnie inne od doświadczenia Kościoła. Kiedy wchodzimy w praktykę hinduizmu i przez odpowiednie ćwiczenia uruchamiamy poszczególne centra energetyczne , one wtedy oddziałują na pewien rodzaj energii naturalnych, stworzonych (przyrodzonych). O tych energiach fizyka nic nam nie powie, nie odkryto bowiem natury tych energii. Joga sprawia, że stajemy się swego rodzaju medium tych energii. Mogę więc te energie przechwycić i mogę też je wykorzystać pozytywnie , bądź negatywnie . Tą mocą, którą uzyskujemy jako medium możemy w pewien sposób dysponować. Jednak mistrzowie hinduscy przestrzegają przed wchodzeniem w takie praktyki i uczą jak ich unikać, bowiem przez nie dokonuje się potwierdzenie mojego ja osobistego. Przecież celem duchowym nie jest koncentracja na sobie i swoich zdolnościach. Guru twierdzą, że pojawienie się takich możliwości u adepta jest największym zagrożeniem na jego drodze do doskonałości, do pełni bytu. Widać, że w europejskim hinduizmie zagubiono jego pierwotne cele, a zachwycono się zewnętrznymi możliwościami, które on niesie. Szczególnie widać to we współczesnym ezoteryzmie.

Mistycy Wschodu widzą wyraźnie jaki jest kres drogi hinduizmu, nie koncentracja na sobie , ale rozpłynięcie się w boskim bycie. Propozycje które dziś zachodnia joga daje Europie są nastawione na wykorzystywanie mocy energetycznych. Jedną z pierwszych takich władz jest lewitacja. Jednak muszę wyraźnie zaznaczyć, że czas poświęcony na naukę lewitacji jest zupełnie stracony, bo nie ma z tego pożytku ani duchowego ani ludzkiego, a jedynie co można osiągnąć, to zrobienie wrażenia na sąsiadach. Jest to typowe wykrzywienie tradycji Wschodu przez mentalność zachodnią.

Tradycje duchowe każdej religii wymagają od nas szacunku i nie można ich wypaczyć. Trzeba zaznaczyć, że dzisiejszy okultyzm zawdzięcza swoje rozprzestrzenienie się poprzez proponowanie technik orientalnych, które w wielu sytuacjach są skuteczne, ale ich pełny sens jest sensem duchowym, a nie rodzajem władzy czy mocy. Włączanie tych technik w doświadczenie chrześcijańskie jest niezwykle niebezpieczne, bo pociąga to za sobą synkretyzm. Modlitwa chrześcijańska to osobowy dialog, akceptacja osobowego Boga w moim sercu i budowanie relacji miłości do Niego i taka praktyka nie potrzebuje techniki anihilacji osobowości. Jest rzeczą oczywistą, że chrześcijanin nie może przygotowywać się do spotkania z Bogiem osobowym poprzez rozmywanie swojego ja.

Proszę jednak nie zrozumieć tego jako potępienie hinduizmu, należy dokonać wyboru i być w tym wyborze konsekwentnym. W hinduizmie Bóg jest rozumiany jako pewien niebyt , jest pustką - taki obraz Boga ma pomóc w ciągłym dochodzeniu do tej rozmytej pustki, całkowitej samotności. Jest to całkowita samotność, nie można w niej ani myśleć, ani kochać, ani żyć. Można powiedzieć, że proponuje tu się pewien model czy cel, którego nie można osiągnąć. Czysty Nieokreślony Byt - radykalny monizm. Wydaje mi się, że bramini żyją w pewnym dualizmie kiedy mówią o doświadczeniu jedni, której w gruncie rzeczy nie można osiągnąć, ona jest poza wszelką ludzką kondycją. Jeżeli twierdzimy, że Bóg i człowiek mogą się spotkać, to człowiek szuka tego spotkania w swoim sercu wedle swojej ludzkiej kondycji, ale jeśli ten Bóg jest jednocześnie nieosiągalny, jeśli jest ponad możliwościami człowieka, to spotkanie takie jest mało interesujące. Jest to jakaś utopia, jest to Bóg jakiejś filozoficznej ideologii.

Reinkarnacja - to pojęcie pojawiło się dość późno. Nie jest to pojęcie powszechne w hinduizmie, nie stanowiła nauka o reinkarnacji nigdy dogmatu. Funkcjonowała jako pewna propozycja. W hinduizmie istnieje cały szereg teorii reinkarnacji. Trzeba wyraźnie powiedzieć, że reinkarnacja w rozumieniu ezoterycznym, a reinkarnacja w rozumieniu buddyjskim nie mają prawie punktów wspólnych. W hinduizmie nie funkcjonuje pojęcie grzechu tak jak funkcjonuje ono u nas, ponieważ pojęcie grzechu zawsze odnosi się do relacji między osobami. W monizmie hinduskim nie ma miejsca ani na odrębność ani na dialog, ani na przymierze, ani na zerwanie przymierza czyli grzech. Istnieją jedynie błędy, które są spowodowane nieświadomością, a skutkiem tych błędów jest cierpienie.

Dlaczego istnieje ta nieświadomość? Skąd się bierze ta ignorancja wewnętrznej boskiej jedni? Niestety na próżno szukać na to odpowiedzi, jest to pięta Achillesowa monizmu hinduskiego. Ta ignorancja Boga jest niewiadomego pochodzenia. Sam Bóg poddany jest jakiejś degradacji, ale dlaczego tak się dzieje to nie wiadomo...

Słownik

Czakry --> /z sans. cakra - ośrodek/ także czakramy, znane z tradycji indyjskiej niewidzialne punkty w organizmie ludzkim, służące do odbierania wrażeń nadzmysłowych, podobne do kwiatu /padma/ o ściśle określonej liczbie płatków, albo też kół /czakr/ o pewnej, u każdego innej, liczbie szprych, zwane też kwiatami "lotosu". Istnieje siedem głównych czakr rozmieszczonych wzdłuż ludzkiego ciała i według niektórych hipotez mających poprzez sploty nerwowe wpływ na gruczoły dokrewne, a więc na budowę oraz funkcję organizmu, umożliwiające za pomocą ćwiczeń jogi uzyskanie pewnych zdolności do odbierania wrażeń nadzmysłowych. Duży wpływ na ich działanie ma też "ogień wężowy", czyli kundalini, którego siedzibą jest lotos czterolistny /czakra muladhara/, zwany też głównym kwiatem lotosu, zlokalizowanym u podstawy kręgosłupa; miejsce to odpowiada dokładnie splotowi krzyżowemu /plexus sacralis/.

 

   
 

[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]