![]() |
|
Jacque Verlinde |
|
|
O
niebezpieczeństwach Wschodu, New Age, ezoteryzmu, radiestezji,
magnetyzmu, hipnozy Opracowanie
na podstawie: świadectwa
o. Jacques'a Verlinde'a, «Pan
Bóg mnie ocalił» – nagranie audio (120 min.). Chciałbym
się podzielić moimi doświadczeniami związanymi z oddawaniem się różnym
praktykom Wschodu, ukazać niebezpieczeństwa z nimi związane i wskazać
drogę wyjścia z nich. Jestem
zakonnikiem o tzw. spóźnionym powołaniu. Wychowałem się w rodzinie
chrześcijańskiej. Miałem 20 lat, gdy nastąpiły przemiany roku 1968, będące
nie tylko momentem wielkiego wrzenia kulturowego. Byłem młodym naukowcem
i przygotowywałem doktorat z chemii i fizyki. Próbowałem zastąpić
obecność Boga w moim sercu przez inne ideały, takie jak działalność
społeczna, ruch studencki itp. Nie potrafiło to jednak wypełnić pustki
po Bogu. Żaden ideał nie był w stanie zastąpić mi Boga, który bardzo
mnie fascynował w dzieciństwie – szczególnie Jezus Chrystus-Bóg
w Eucharystii. Ta pustka doprowadziła mnie do zagubienia się. Zaczęło
się od tego, że któregoś dnia zostałem zaproszony na medytację transcendentalną[1].
Doświadczenie to wywarło na mnie bardzo silne wrażenie. Powstało we
mnie przekonanie, że dzięki tej technice znowu wkraczam na drogę życia
wewnętrznego. Rzuciłem się więc całkowicie – z duszą i ciałem
– w wir medytacji. Wkrótce
jednak zacząłem odczuwać rozbicie psychiczne. Wszyscy, którzy
praktykowali medytację
transcendentalną, wiedzą, że nie można się jej poświęcić bez
odczuwania jej skutków. Znalazłem się w stanie jakby bardzo silnego
zamroczenia. Postanowiłem
dotrzeć do guru,[2]
który stał za stosowaną przeze mnie techniką. Pojechałem więc do
Hiszpanii. Guru bardzo mnie
polubił i zajął się mną. Za jego namową skończyłem doktorat i
znowu powróciłem do niego. Stałem się jego uczniem, czyli brahmaczarinem, i byłem z nim zawsze i wszędzie. Mogłem spędzić
z nim długi okres czasu w Himalajach – w miejscu, gdzie on sam
nauczył się wszystkich technik. Zapoznałem się z ich fundamentem
filozoficznym oraz z kontekstem hinduizmu. Poznałem różne praktyki,
nazywane na Zachodzie jogą.[3]
Zarówno
joga jak i inne praktyki
wschodnie są czymś bardziej skomplikowanym i złożonym, niż się sądzi
w Europie czy USA. Trzeba widzieć ich fundament doktrynalny, a
przede wszystkim zdać sobie wyraźnie sprawę z celu, do którego mają
doprowadzić. Celem
wszystkich technik orientalnych jest odnalezienie absolutu, boskości,
doprowadzenie do jedności czyli tzw. fuzji,
o której będzie mowa później. (...) Głosi się panteistyczną[4]
naukę, że wszystko jest Bogiem. Zaciera się granicę między samym Bogiem
a stworzeniem. Tak więc wszystko jest przejawem Boga: roślina, krzesło.
Nie można zeń wyjść, gdyż jest to sfera zamknięta. Możliwa jest
natomiast swoista ewolucja wewnątrz tego jestestwa, w którym tkwimy. W
człowieku sprawa wygląda następująco: również ja jestem bogiem, co
mam sobie stopniowo uświadomić. Bóg – według tych poglądów
– nie jest osobą, lecz zasadą, mocą, siłą kosmiczną. I ja
muszę zatem przebić się przez złudzenie odrębności mojej osobowości
i wtopić się w całość otaczającego mnie świata – zespolić się,
zjednoczyć z nim. Tak więc ceną – jaką należy zapłacić za dotarcie
do tak rozumianego boga – jest wyrzeczenie się swojej osobowości,
swojego "ja" i wtopienie się w "bożą", otaczającą
nas energię. Trzeba
sobie dobrze uświadomić, że u podstaw praktyk orientalnych leży
odrzucenie Boga osobowego. Wymieniane w hinduizmie bóstwa – np.
triada: Wisznu, Brahma, Sziwa – są w gruncie rzeczy zasadami.
Nie ma tu mowy o istotach-osobach. Akcentuje się jedność. Ona jest
najważniejsza: stoi ponad wszelkim zróżnicowaniem. (...) Jak
już zaznaczyliśmy, bazą teoretyczną praktyk wschodnich jest panteizm,
czyli pogląd, że wszystko jest bezosobowym bogiem. To zaś prowadzi do
wyzbycia się własnej osobowości. Jeżeli bowiem bóg ma być jedną całością,
muszę się wyzbyć swego wymiaru osobowego, własnej odrębności, inności
i wtopić się w energię kosmiczną,
która objawia się w wielości otaczających nas bytów. Wyzbycie
się własnej osobowości i wtopienie w energie kosmiczne, czyli fuzja
z nimi, jest celem technik orientalnych. Są one zespołem ćwiczeń
fizycznych, zmierzających do opanowania energii fizycznej i umysłowej.
Techniki te doprowadzają do czegoś w rodzaju utraty świadomości, do
wtopienia się w energie kosmiczne, do zespolenia się, fuzji z "całością".
Jest to zatem doświadczenie o charakterze bezosobowym: wtapiam się i
gubię w świecie, który nie ma nazwy. Chodzi
jednak nie tylko o zjednoczenie się z otaczającym światem i jego siłami.
Trzeba ponadto zespolić się ściśle ze swoim mistrzem, gdyż osobowa
relacja między uczniem i nauczycielem również uważana jest za dualizm[5]
domagający się ostatecznego przezwyciężenia. Prawda ostateczna jest
ponad relacją osobową. Widać
zatem, że cechą charakterystyczną tego systemu jest depersonalizacja,
czyli dążenie do wyzbycia się odmienności, tożsamości – własnej
odrębnej osobowości. Bóg nie jest uważany za osobę, a droga do niego
prowadzi przez depersonalizację. Drogi proponowanej przez techniki orientalne nie można pogodzić z drogą dochodzenia do Boga, ukazywaną przez judaizm i chrześcijaństwo. Objawienie Starego i Nowego Testamentu mówi o Bogu, który różni się od otaczającego nas świata, od natury, od kosmosu, o Bogu-Stwórcy tego wszystkiego. Ten właśnie Bóg, różniący się od stworzeń, objawił się nam. Objawienie ukazuje wyraźną różnicę między Bogiem, a stworzeniem, które przez Niego zostało powołane do istnienia. Ten Bóg, który wybrał Abrahama, objawił, że jest Bogiem-Stwórcą. Ukazał również, czym jest stworzenie. Tak
więc w tradycji Izraela – z której wywodzi się chrześcijaństwo
– natura Boska nigdy nie była utożsamiana z przyrodą. Takie
rozumienie Boga kształtowało sposób odnoszenia się do Niego. Izraelici
mogli zawsze zwracać się do Boga w sposób osobowy. My także możemy
modlić się do Tego, który jest Osobą i pozwala nam pozostać odrębnymi
osobami. Mogę być odmiennym "ja" przed Tym, który jest Boskim
"Ty". Wraz z Nim mogę też działać, tworzyć historię, do
czego zresztą On sam mnie wzywa. Osobowy Bóg powołuje mnie do wieczności,
która nie będzie miała końca. Jako osoby jesteśmy zatem zapraszani do
dialogu miłości z Bogiem osobowym, a nie do jakiegoś doświadczenia
pozbawiającego nas osobowości na rzecz zespolenia się, fuzji ze światem.
W
historii często pojawiały się panteistyczne poglądy mieszające Boga
ze stworzeniem, zatracające granice między Stwórcą a stworzeniem. Często
też zamiast Bogu stworzeniu oddawano cześć. Św. Paweł w Liście do
Rzymian przestrzega przed niebezpieczeństwem stawiania stworzenia przed
Bogiem: «Prawdę Bożą
przemienili oni w kłamstwo i stworzeniu oddawali cześć, i służyli
jemu zamiast służyć Stwórcy, który jest błogosławiony na wieki.
Amen» (Rz 1,25). Jesteśmy nieraz tak zafascynowani
stworzonym światem, że zapominamy o tym, iż jest on jedynie bladym
odbiciem piękna i potęgi Stwórcy. (...) Chciałbym
powrócić do mojego świadectwa. Otóż na drogę mistyki naturalnej wszedłem
w dobrej wierze. Wydawało mi się, że odnajdę Boga przez wyrzeczenie się
własnej osobowości. Postawa ta – co zauważyłem dopiero później
– była jakby cofnięciem się do etapu życia płodowego. W ten
sposób określa się nieraz dążenie człowieka, ujawniające się w
obliczu życiowych trudności. Wtedy człowiek może przeżywać
pragnienie wyrzeczenia się siebie, zejścia z trudnej drogi tworzenia
swojej osobowości: chce jak gdyby powrócić do stadium życia płodowego.
Być może podświadomie pragnie znowu żyć w podobnej jedności, jaka
w stadium płodowym łączyła go z matką. Na tamtym bowiem etapie życia
nie istniały dla człowieka żadne problemy, ponieważ świadomość własnej,
odrębnej osobowości nie była jeszcze w pełni wykształcona. Człowiek
może przeżywać dylemat: albo stawiać czoła w trudnej walce wewnętrznej
o swoją osobowość, albo – stosując różne techniki orientalne
– wyrzec się swego wymiaru osobowego na drodze wtopienia się w
energie kosmiczne, na drodze fuzji ze światem. Niechęć
do trudnej walki o budowanie własnej osobowości i szukanie ucieczki w
fuzję z naturą można częściowo zrozumieć, gdy weźmie się pod uwagę
tkwiące w nas następstwa grzechu pierworodnego: nasze zranienie... osłabienie
moralne... bezwład... Tak
więc otwierają się przed nami dwie przeciwstawne drogi duchowe.
Pierwsza to droga mistyki naturalnej,
w której miesza się Boga z przyrodą, co w konsekwencji prowadzi do
duchowej regresji, cofnięcia się, wyzbycia własnej osobowości na rzecz
bezosobowej fuzji z naturą. Druga
droga – chrześcijańska – prowadzi do umacniania swojej
osoby. Osobowy Bóg obdarzył nas bowiem darem synostwa Bożego. Mamy
trwać w osobowym kontakcie z Bogiem, naszym Ojcem. Jesteśmy powołani do
tego, by wzrastać w naszym dziecięctwie Bożym, trwając w jedności
nie z naturą, energiami kosmicznymi, lecz z Jezusem Chrystusem, Synem
Bożym. Co
do mnie, to – stosując różne techniki – szedłem pierwszą
drogą: drogą mistyki naturalnej. Osiągnąłem stan moksa[1]
czyli nirwany.[2]
Chciałbym powiedzieć tu coś więcej o technikach opisanych w księgach Wedy.
Ich praktykowanie wiąże się z głębokim doświadczeniem subiektywnym.
Mają one silny oddźwięk psychosomatyczny. Techniki te mają doprowadzić
do fuzji z przyrodą. Wszystkie postawy jogi
zmierzają do odblokowania tzw. energii kosmicznej, od której jesteśmy
rzekomo uzależnieni, a która ma się znajdować u podstawy kręgosłupa.
Jest to tzw. kundalini.[3]
Energia ta ma wzrastać w kanałach energetycznych – ida
i pingala[4]
– znajdujących się po obu stronach kręgosłupa i krzyżujących
się między sobą. Te dwa kanały energetyczne wychodzą przez otwory
nosowe. Skrzyżowanie kanałów energetycznych to tzw. czakry[5].
Kiedy odblokowuje się stopniowo tę energię przez określone
układy ciała, wzrasta ona i otwierają się kolejne czakramy. Mantry[6],
czyli formuły powtarzane w pamięci, mają ten sam cel: otworzyć czakry
i odblokować energię. Tak więc energia kosmiczna ma wzrastać wzdłuż
kręgosłupa, dopłynąć przez odpowiednie kanały do czakra
na szczycie głowy. Gdy energia ta dociera do górnego czakra, następuje jakby eksplozja świadomości, czyli tzw. moks
samadhi.[7] Trzy
podstawowe aspekty techniki są następujące: 1) ułożenie ciała, tzw. asana,
by odblokować energię przez postawę całego ciała; 2) tzw. pranayama[8],
będąca kanalizowaniem oddechu przez jego kontrolowanie, i 3) mantra,
należąca do techniki typu umysłowego, mającej również na celu
odblokowanie energii. Warto
zwrócić uwagę na fakt, że w tej technice umysłowej chodzi o ćwiczenie
autohipnozy rozumu. W tym celu powtarza się mechanicznie mantrę, która staje się coraz dłuższa. Rozum jest całkowicie
pochłonięty tym ćwiczeniem, koncentruje się na nim, co – jak to
ktoś dobrze określił – powoduje "trzask". Następuje
zbyt wielkie napięcie umysłu, nie wytrzymuje on tego i przestaje działać.
Pojawia się wówczas coś w rodzaju pustki. I tak wszystkie stosowane ćwiczenia
doprowadzają do doświadczenia
zjednoczenia, zwanego nirwaną:
następuje utrata świadomości osobowej i fuzja z wszystkim, co nas
otacza. Towarzyszą temu takie stany fizyczne jak obniżenie tętna i
zwolnienie oddechu. Bardzo mocno obniża się przemiana materii. Jest
to zatem stan daleki od jakiejkolwiek naturalności. Nosi on nazwę samadhi.[9]
(...) Gdy
traci się świadomość osobową, znikają ze świadomości oczywiście i
problemy. Dlatego właśnie stany te są kuszące. Z podobnych zresztą
powodów ludzie sięgają po narkotyki, alkohol. Chodzi po prostu o
zapomnienie o swoich problemach, o wyparcie ze świadomości wszystkich
spraw osobistych. Tak więc oddałem się technikom i ćwiczeniom bez reszty. Dzięki temu znalazłem się w Indiach, w miejscu, dokąd niewielu Europejczyków w ogóle dociera. Przeszedłem bardzo intensywną praktykę i zdobyłem różne doświadczenia. Mogłem też przeżyć i zobaczyć, dokąd naprawdę prowadzą praktyki jogi – przedstawiane ludziom Zachodu jako zupełnie niegroźne. Po
przebyciu etapów wstępnych wszedłem w okultyzm.[1]
Znalazłem się w tym bardzo szybko. Czakras
zostały już otwarte, byłem przygotowany przez praktyki orientalne.
Przyswajałem wszystko niezwykle szybko. Pozwoliło mi to dotrzeć bardzo
daleko. Doświadczenia
te miały przynieść mi wyzwolenie, tymczasem rodziły we mnie pewien
niedosyt. W całym tym zamieszaniu nie znika bowiem z ludzkiego serca
pragnienie miłości. Jeżeli człowiek łączy się ze wszystkim, miłość
nie może zaistnieć. Ona nie może być przeżywana w całkowitej samotności.
By kochać, muszą być dwie osoby. Miłość jest czymś międzyosobowym
– podczas gdy nirwana, moksa i
samadhi są doświadczeniami całkowitej samotności. Serce ludzkie
jest stworzone do miłości, Bóg powołał nas do miłości. Pośród
tych wszystkich doświadczeń coś mnie niepokoiło i krzyczało w stronę
tego TY, tak bardzo upragnionego. Myślę, że w sercu tego
niezaspokojenia czekał na mnie Pan. Przybył On, by mnie uchwycić
poprzez okoliczność zupełnie przypadkową. Otóż w otoczeniu guru
znajdowały się osoby, których stan zdrowia był bardzo zły –
chociaż w reklamach omawianych technik podkreśla się ich niezwykle
korzystny wpływ na zdrowie. Tak naprawdę to polepszenie zdrowia jest
tylko pozorne. Na dłuższą bowiem metę przemiany energetyczne w komórkach,
cała przemiana materii przechodzi ogromne zaburzenia z powodu działań
przeciwnych naturze. Zmiany w przemianie materii nie ułatwiają życia
fizjologicznego, a utrata świadomości osobowej w niczym nie pomagają
stronie psychicznej. Z czasem następuje zatem załamanie
psychosomatyczne. Utrata
osobowości zaczyna się wpisywać w codzienność. To pozbawianie siebie
osobowości jest uważane w tradycji hinduizmu za zupełnie zrozumiałe
– za coś pozytywnego. Naprawdę jednak prowadzi ono do
niszczenia możliwości psychicznych i odbija się na całym układzie
psychosomatycznym. Tak
więc guru wezwał lekarzy, aby
zbadali ludzi z jego otoczenia. Jedna z osób, którą wezwał, była
chrześcijanką i wspomniała mi o Jezusie. Brzmienie Jego imienia
przywróciło mi całą świadomość chrześcijańską. Przypomniało mi
o Bogu osobowym, który nie jest jakąś zasadą, mocą kosmiczną,
lecz pełnym miłości i do miłości wzywającym mnie TY. Było
to zdarzenie decydujące dla mego życia. Zupełnie niespodziewanie
wszedłem na drogę, na której znajdował się Jezus. Ukazywał mi się
jako TY o wymiarze Boskim, albo raczej jako JA o wymiarze Boskim, które
wzywało mnie osobiście, które mnie wołało i czekało, które przyszło
do mnie mówiąc: "Jak długo jeszcze każesz mi czekać?"
Przyszedł do mnie Pan. To nie ja znalazłem Boga, lecz On sam do mnie
przyszedł. Rozpoczęła
się droga nawrócenia. Zrozumiałem, że muszę odwrócić się od
fascynacji naturą i zwrócić się w stronę Stwórcy. Zrozumiałem podaną
przez św. Tomasza definicję grzechu: aversio
a Deo et conversio ad naturam, czyli odwrócenie się od Boga i
zwrócenie się ku stworzeniom. Nie chodzi oczywiście o całkowite odwrócenie
się od przyrody, lecz o to, by nie widzieć w niej bożka. Nie
chcę tu oceniać osób wyznających hinduizm. Niektórzy twierdzą, że
Hindus – który urodził się w tej kulturze, który żyje uczciwie
i szuka Boga przez swoje życie, który robi wszystko, by spotkać się z
Nim – znajdzie Go w samym sercu swej religii. Być może. Inaczej
jest jednak z nami, ludźmi, którym dane było spotkać się z Bogiem żywym,
z Bogiem powołującym nas do jedności z Nim... Z
czasem zaczynałem coraz lepiej rozumieć, że droga, którą obrałem, była
cofnięciem się: cofnąłem się bowiem jakby do etapu poprzedzającego
objawienie się Boga. Sam chciałem się wyzwolić, znaleźć wielkość,
moc, siłę. Teraz trzeba było dokonać zwrotu i spotkać się z Bogiem
żywym. Trzeba było porzucić fascynację i ubóstwianie przyrody, by
odnaleźć Boga osobowego, który zapraszał mnie do uświęcania życia,
do porzucenia zwodniczych praktyk, do kroczenia drogą, którą On sam
pragnął mnie prowadzić, szanując całkowicie moją wolność. Bóg
wzywał mnie, bym szedł drogą mojego prawdziwego wzrostu i rozwoju. Musiałem
ponownie wszystko opuścić i iść, krok po kroku, śladami Chrystusa.
Ponieważ posiadałem jedynie walizeczkę, szybko opuściłem swego guru – cichaczem, nie podając miejsca mego pobytu. Odszedłem,
by szukać Boga na nowej drodze, która się przede mną otworzyła.
Zrozumiałem w swym sercu, że chodzi o uczciwość, o szczere,
gruntowne poszukiwanie Tego, który pierwszy mnie poruszył. Kiedy
wcześniej opuszczałem wszystko, idąc za swym guru, wydawało mi się, że idę odkrywać Boga. Teraz chciałem być
wierny temu właśnie wyborowi. Wiedziałem, że trzeba mi wszystko
opuścić po raz wtóry i pójść za Tym, który ponownie "wtargnął"
w moje życie. Był to Pan Jezus. Zabrakło
mi jednak pokory. Zamiast zacząć wsłuchiwać się w nauczanie Chrystusa
i uznać, że muszę sobie jeszcze wszystko przyswoić, zamiast otworzyć
się w pełni na działanie i kierownictwo Ducha Świętego, wybrałem
własną aktywność. Zamiast pozwolić się objąć przez miłosierdzie
Boże i dać się pouczyć, wolałem od razu działać. Wpadłem więc,
jak uprzednio, w równie niebezpieczne sidła. O co mi chodzi? O drogę
ogromnie niebezpieczną, na którą – podobnie jak ja –
wkroczyło wielu młodych ludzi. Otóż
powracając ze Wschodu, czułem różnego rodzaju wibracje. Słowo to jest obecnie bardzo modne, gdyż weszło w użycie
dzięki New Age[2]
i stanowi jakby syntezę wszystkich doświadczeń orientalnych. Tak więc
powróciłem z całą nadwrażliwością spowodowaną otwarciem się czakras.
Stopniowo zacząłem się więc stawać medium
– tak to ostatecznie trzeba nazwać. Otwarcie czakra
powoduje, że stajemy się bardzo wrażliwi na siły przyrody i energię
kosmiczną – stajemy się medium. Pewien
radiesteta, którego spotkałem, odkrył – ku memu wielkiemu
zaskoczeniu – że jestem niezwykle uzdolniony. Mówi mi: "Ma
pan niebywały dar. Trzeba go więc natychmiast wykorzystać i służyć
nim bliźnim." Spróbowałem. Rzeczywiście, wszystko wychodziło.
Diagnozy lekarskie stawiałem bez trudu i powoli zdawałem sobie sprawę,
że nie tylko posiadam dar radiestezji, ale że potrafię też magnetyzować, czyli uzdrawiać przez nakładanie rąk. Ponownie
usłyszałem: "Trzeba i ten dar oddać na służbę bliźnim." Tak
więc w najlepszej wierze zacząłem praktykować radiestezję[3]
i magnetyzm[4].
O mojej dobrej wierze może świadczyć fakt, że w czasie moich praktyk
modliłem się. Starałem się połączyć z tymi właśnie praktykami
nowy, odkryty, chrześcijański wymiar mojego życia. Praktyki
te jednak w rzeczywistości nie są niczym innym jak okultyzmem. Muszę tu uściślić to pojęcie. Okultyzm to nauki, a ściślej – cały zestaw różnych
dyscyplin, technik usiłujących manipulować tymi energiami
naturalnymi, które do tej pory są nieuchwytne dla nauk ścisłych,
takich jak fizyka, biologia i chemia. Chodzi zatem o manipulowanie
energiami przyrody. Techniki te i nauki nazywa się potocznie okultystycznymi,
czyli wiedzą tajemną, ponieważ energie przyrody, które usiłują
wykorzystać, nie są dostępne dla pomiarów naukowych. Jeśli
chodzi o radiestezję, to opiera
się ona na wrażliwości typu mediumicznego,
nastawionej na pewne energie naturalne, promieniowane przez różne
osoby, rośliny. Magnetyzm
natomiast jest próbą skierowania energii wydobywającej się z naszego
ciała w stronę osoby, którą rzekomo mamy wyleczyć. Może
to wielu zaskoczyć, lecz radiestezję
i magnetyzm należy zaliczyć do
praktyk okultystycznych, albo
– inaczej rzecz ujmując – do białej
magii[5].
Niektórych może to nawet przerażać, gdyż dziś wielu chrześcijan
praktykuje radiestezję i magnetyzm
w takiej samej dobrej wierze, w jakiej i ja je praktykowałem. Osobom
tym będzie z pewnością bardzo przykro, gdy usłyszą to, co powiedziałem:
chodzi o białą magię! Wyjaśni to dalsza część mojego świadectwa. Otóż
praktykowałem w dalszym ciągu, pełen dobrej woli, magnetyzm i radiestezję.
Nie wiedziałem wówczas, że jest to zdolność wykraczająca poza zwykłe
siły natury (...). Umiejętność ta rozwinęła się, a właściwie
rozwinąłem ją sam poprzez wcześniejsze praktykowanie jogi.
Byłem medium dla energii kosmicznej. Praktykowałem to przez pewien
okres i poprzez ćwiczenie rozwinąłem swe umiejętności. Po
pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że mogłem stawiać diagnozy
lekarskie bez wahadełka, posługując się zdolnością
jasnowidzenia. Umiejętność ta jest bardzo dobrze znana na Wschodzie.
Stanowi część tzw. sidi czyli
mocy, władzy, która pojawia się zupełnie naturalnie i objawia się
powoli, gdy tylko otwierają się tzw. czakra
i człowiek zaczyna wchodzić na drogę fuzji i stapiania się z energiami
kosmicznymi. Stajecie się wtedy coraz bardziej medium, kanałem,
instrumentem tych energii. Macie tzw. sidi,
a więc posiadacie moc, różne władze. (...) Rozwinąłem
zatem w sobie te moce, zdolność jasnowidzenia i wiele innych. Wszystkie
one rozwinęły się nader szybko. Zaskoczyło mnie to. Muszę przyznać,
że nie rozumiałem, jak mogłem zostać wybrańcem dla tak wielkich darów.
Uważałem je bowiem za dary Boże, a przecież nie byłem ani trochę
świętszy od innych. Biorąc pod uwagę swoje życie, nie widziałem
powodów, by posiadać podobne dary! Ten
niesłychanie szybki wzrost różnych nadzwyczajnych umiejętności zaczynał
mnie jednak nie tylko zastanawiać, ale i niepokoić. Zaczęło mi się to
wydawać za łatwe. Drugą sprawą, która mnie zaniepokoiła, było to,
że im bardziej wzrastały moje umiejętności, tym więcej zaczynałem
obserwować dziwnych rzeczy, które dziś w USA zwie się channelingiem.[6]
Nie jest to jednak w zasadzie nic nowego, jak tylko zwykły spirytyzm.[7]
Stając
się medium, zdałem sobie sprawę, że otwieram się na jakieś istoty.
Nie chcę ich nazywać duchami, wolę stosować określenie: istoty.
Otóż istoty te – aby się móc objawić – posługiwały
się najpierw moją psychiką, a dochodziło nawet do tego, że jeżeli im
pozwalałem, to i moim głosem, a więc całym moim ciałem. Było
to, rzecz jasna, niepokojące. Przynajmniej mnie to zaniepokoiło. Gdy
jednak patrzy się na New Age i
wiele innych ruchów, obserwuje się u ludzi – zamiast niepokoju!
– poszukiwanie tego typu doświadczeń. Najczęstszym doświadczeniem
jest tzw. channeling. Nazwa ta doskonale określa, w czym rzecz. Otóż
angielskie słowo channel znaczy
kanał. My zatem, jako medium, możemy stać się takim kanałem dla różnych
istot. W channelingu chodzi o
kontaktowanie się – poprzez ludzki kanał – z pewnymi
istotami, które nie zawsze chcą ujawniać, kim są. Stajemy się zatem
kanałem dla bytu, który jest niczym innym, jak istotą duchową
odpowiadającą np. na nasze pytania. Daje ona o sobie znać, używając różnych
środków i sposobów, co właśnie zaczęło mnie niepokoić. Kim są te
duchowe istoty przekonało mnie pewne doświadczenie. Podzielę się nim z
wami, choć powracanie do niego nie jest dla mnie przyjemne. Miało to miejsce w trakcie Mszy św. Uczestniczyłem w niej w tamtym okresie codziennie. W chwili podniesienia – ku memu największemu zaskoczeniu i zmieszaniu – stwierdziłem, że pojawiają się we mnie liczne myśli bluźniercze, odnoszące się do Jezusa obecnego w Eucharystii. Zaniepokojony i całkowicie zbulwersowany poszedłem po Mszy św. do zakrystii, by powiedzieć o tym kapłanowi. Mówię mu, że dzieje się ze mną coś dziwnego, i opowiadam całe wydarzenie. Na to kapłan odpowiada mi z całym spokojem: "Bynajmniej mnie to nie dziwi". – "Jak to nie dziwi?! Dobre sobie." – "Jestem diecezjalnym egzorcystą. Spotkajmy się ponownie. Przeanalizujemy wszystko i zobaczymy w czym rzecz." Zrobiliśmy
to. Zaproponował mi wówczas przeprowadzenie egzorcyzmu, co okazało się
absolutnie konieczne. Był to dla mnie etap bolesny, głęboko upokarzający,
za który jednak wielbię obecnie Pana. Przeprowadzanie egzorcyzmów było
czasem głębokiego rozeznania. Wtedy Bóg pozwolił mi właściwie ocenić
oddziaływanie wszystkich praktyk, którym do tej pory oddawałem się w
dobrej wierze. Dopiero
wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo – pomimo mej szczerej wiary
– byłem osaczony. Owe istoty bowiem stopniowo zaczynały się
ujawniać. Nie dokonało się to jednak nagle, lecz stopniowo, z dnia na
dzień. W miarę jak współpracuje się z tymi istotami, jak doskonalimy
swoje zdolności mediumiczne, posuwają się one coraz dalej. Te byty
duchowe coraz mocniej ujawniają swoją obecność. Trzeba było jednak
zdecydowanej konfrontacji z Eucharystią, by odsłoniły one swoje
prawdziwe oblicze, by ujawniły swój sprzeciw wobec światłości
Chrystusa. Stałem
się świadkiem bitwy między siłami światłości i ciemności, gdyż
podczas sprawowania egzorcyzmów ja sam byłem miejscem tej walki. Zobaczyłem
też spustoszenie, jakie uczyniło we mnie to, że byłem medium. Od tej
chwili mogłem właściwie ocenić swoje doświadczenia i pragnę się tym
z wami podzielić. Nie chcę osądzać innych osób, bo przecież sam
wybrałem tę drogę. Moje doświadczenia ujawniły mi – co muszę
uznać – zbyt małą wiarę. Trzeba
stwierdzić, że jest coś pociągającego w stopniowym posiadaniu
niezwykłej mocy: najpierw mocy nad siłami przyrody, a potem nad bliźnimi.
To wszystko jednak – głęboko osadzone w człowieku –
trwa w nim niczym rana. Nie jest to bowiem nic innego, jak tylko żądza
władzy – zwykła pycha. Nie przypadkowo jest ona pierwszym grzechem
głównym. Ale
wracając do moich doświadczeń... Jest niewątpliwie coś fascynującego
we wspomnianych już wcześniej mocach sidi.
Jeżeli jednak potrafię – nawet w dobrej wierze – uzdrawiać
przez pewne układy magnetyczne
i wpływać na innych poprzez koncentrację umysłu, nie potrafię się
pozbyć uczucia, że posiadam władzę nad bliźnim. I to fascynuje! Czy
zraniony przez grzech człowiek – którym jestem podobnie jak
wszyscy inni – może tak naprawdę oprzeć się tej pokusie? Mam
wrażenie, że celem wspomnianych sposobów postępowania – w
tym co nazywa się New Age
– jest posiadanie władzy. We wszystkim słyszę słowa węża z
trzeciego rozdziału Księgi Rodzaju, wypowiedziane do kobiety: "Będziecie
jak Bóg". Pycha wielkości i władzy jest chyba najpotężniejszą
pokusą, popychającą do posiadania tzw. sidi. Jest to najpotężniejsza pokusa, gdyż rozlewa się na sferę
psychiczną, fizyczną i posługuje się białą
magią. Wspomniane
praktyki podważają i w szczególny sposób narażają na niebezpieczeństwo
cały duchowy wymiar naszego bytu. Atakują go w jego najistotniejszej
sferze, gdyż niszczą właściwe odniesienie do Boga. Czyż –
szukając o własnych siłach mocy, władzy i wielkości – jestem
jeszcze jednym z tych ewangelicznych ubogich, umiłowanych przez Boga, którzy
żyją duchem błogosławieństw i do których należy królestwo niebieskie
(por. Mt 5,3)? Czy mogę należeć do królestwa maluczkich i równocześnie
dawać odczuć swą władzę nad bliźnim – fizyczną, duchową czy
nawet władzę uzdrawiania? Nie
powiedziałem jeszcze, że wspominane przeze mnie wydarzenia miały
miejsce przed około dwudziestu laty. Dotąd nie dawałem o tym świadectwa.
Dopiero teraz mówię o wszystkim. Jest tak dlatego, że potrzeba mi było
dziesięciu lat na wewnętrzne uzdrowienie. Były to najpierw
egzorcyzmy, a potem długa droga wyzwalania, zrywania więzów łączących
z wszystkimi wydarzeniami z przeszłości i osobowościami guru.
Jest to bowiem swoisty świat, pełen różnego rodzaju oddziaływań, władzy
i mocy. Byłem powiązany ze szkołami ezoterycznymi[1]
i okultyzmem. Potrzeba mi więc
było długich lat uzdrawiania wewnętrznego. Nie wychodzi się z tego
rodzaju doświadczeń bez szwanku. Psychicznie jest się rozbitym. Ktoś
– kto mnie poznał w chwili gdy wychodziłem z tego wszystkiego
– powiedział mi po kilku latach: "Doznałeś cudownego
uzdrowienia!" Na to odpowiedziałem mu: "Zdaję sobie z tego
sprawę." Naprawdę wierzę, że zostałem cudownie uzdrowiony
przez Pana. Wielu wątpi, czy w ogóle można całkowicie wyjść z tak
dalece posuniętych doświadczeń fuzjonalnych Wschodu, pozbawiających
osobowości. Pan jednak jest większy od wszelkich naszych błędów i
ran. Ponieważ On jest naszym Stwórcą, dlatego Jego "odtwórcze"
miłosierdzie może wszystko odbudować. Muszę uznać, że jest to
wielkim szczęściem móc doświadczyć miłosierdzia Bożego. Gdy po
zaprzestaniu tych wszystkich praktyk wstąpiłem do seminarium, przełożeni
poważnie wątpili w moją zdolność życia w seminarium. W chwili moich
święceń kapłańskich powiedzieli: "To naprawdę cud!" Czekałem
więc zanim zacząłem dawać świadectwo. Przez pierwsze lata
powstrzymywałem się, ponieważ pragnąłem, aby Pan dokonał najpierw
wewnętrznego uzdrowienia. Potem czekałem, gdyż wydawało mi się,
że Pan chce, abym zdobył większy dystans wobec moich doświadczeń.
Czekałem jeszcze, by pozwolić Mu działać w okresie właściwego
odczytywania mego doświadczenia. Kiedy
w pierwszych latach chciałem odczytywać swe bardzo intensywne przeżycia,
pojawiał się we mnie głęboki niepokój. Pomogły mi moje studia. W ciągu
dziesięciu lat, dzięki studiom filozoficznym i teologicznym, mogłem dogłębnie
przemyśleć moje doświadczenia ze Wschodu. Pojąłem ich powiązanie z panteizmem, będącym ich
teoretycznym fundamentem. Uchwyciłem też ich oddziaływanie na człowieka.
Mogłem także lepiej zrozumieć plan Boga wobec człowieka, ukazany w
Piśmie Świętym. Dwa
lata temu mój ojciec duchowny poprosił mnie o dawanie świadectwa. Długi
czas przygotowania do dzielenia się moim doświadczeniem był
potrzebny, gdyż nie można z miesiąca na miesiąc przejść od jednej
formy życia do drugiej. Bo przecież, choć trwałem już w wierze chrześcijańskiej,
próbowałem trochę spirytyzmu,
okultyzmu... Tego nie da się pogodzić! Pozostawione ślady są
przeraźliwie głębokie. To
prawda, że jesteśmy otoczeni energiami tego świata, ale nie żyjemy tu
po to, by dać się w nie wtopić, by pozwolić na fuzję z nimi. Gdybyśmy
to uczynili, zagubilibyśmy naszą odrębność, stalibyśmy się tylko
częścią przyrody! Tkwimy
wprawdzie w sercu natury, ale mamy się zwrócić w stronę łaski, w
stronę tego co nadprzyrodzone. Trzeba nam przyjąć Ducha Świętego,
który jest Osobą. Od tego przyjęcia zależy nasze uświęcenie. Tylko Bóg
jest święty. On nas uświęca i przebóstwia. Tylko taka jest więc
droga naszego uświęcenia i przebóstwienia. Pozwalając na nasze
przebóstwienie przemieniamy się i umożliwiamy przebóstwienie świata. Mam
nadzieję, że wyrażam się jasno. Nie możemy się rozpłynąć w
energiach ani w przyrodzie. Jesteśmy bowiem prorokami, którzy potrafią
zrozumieć wszechświat. Jesteśmy królami, powołanymi do tego, by
czynić sobie ten świat poddanym. Jesteśmy kapłanami wezwanymi, by
ofiarować świat Bogu. Nie jesteśmy powołani do tego, by stapiać się
ze światem, lecz by go przemieniać. Przez
chrzest uczestniczymy wszyscy w tzw. powszechnym kapłaństwie Chrystusa.
Polega ono na modlitwie, składaniu Bogu ofiar, na uświęcaniu świata
– a więc na całkowicie wolnej służbie, na osobowym bycie i
świadomości, że jesteśmy sługami Bożymi. Możemy to osiągnąć
jedynie przez przyjęcie Ducha Świętego, a nie przez fuzję ze światem.
Tak
więc nie można pogodzić ze sobą tych dwóch dróg: chrześcijańskiej
i mistyki naturalnej. W mistyce
naturalnej i we wszystkich technikach umożliwiających zdobycie mocy
i władzy dąży się do wtopienia w przyrodę. Szuka się zapanowania nad
energiami w niej zawartymi. Dokonuje się to jednak za cenę porzucenia
naszej prawdziwej misji otrzymanej od Boga, naszego Stwórcy. Stajemy się
jakby uczniami czarnoksiężnika, których fascynuje moc, jaką można osiągnąć
panując nad siłami przyrody. Jednak tylko Bóg jeden wie, czy
faktycznie możemy nad nimi zapanować. Jednym
z sidi, czyli mocy – które
usiłuje się posiąść na Wschodzie – jest lewitacja.[2]
Istnieją techniki kanalizujące energię kosmiczną, tzw. kundalini,
które pozwalają nam lewitować
i zdobyć wiele wręcz fantastycznych uzdolnień. Gdy tylko opanuje się
te energie, można mieć nieprawdopodobną władzę. Rodzi się więc
ogromna fascynacja tym wszystkim. Za jaką cenę jednak zdobywa się tę
moc! Droga
chrześcijaństwa nie jest drogą zdobywania władzy i panowania, lecz
drogą służby. Mamy stawać się sługami Ducha Świętego i planu Boga
wobec ludzkości, wobec naszych braci. Droga okultyzmu
i mistyki przyrody nosi w
sobie ryzyko szukania panowania i władzy. Przez
cztery lata praktykowałem mistykę
naturalną.[3]
Oddawałem się jej bez reszty. Przeszedłem przez medytację
transcendentalną, oddałem się następnie innym praktykom, może
jeszcze bardziej złożonym, formom jogi.
Przez cztery lata! Nie przebywałem cały czas w Himalajach. Byłem jednak
cztery razy tam na górze, w aszramach.[4]
Ćwiczenia trwały cały czas, odbywałem długie medytacje. Przez całe
tygodnie prawie 24 godzin na dobę bez snu, w ciągłej medytacji, i tylko
minimum jedzenia, tyle by móc przeżyć! Tylko to jedno się liczyło. Jeśli
chodzi o praktyki okultystyczne,
to trwały trzy lata. Potem zgodziłem się na odprawienie egzorcyzmów
i nastąpiła długa droga wyzwalania. Trzeba było zerwać więzy, jakie
powstały na kanwie tych wszystkich doświadczeń wschodnich, powiązań
z guru... Mógłbym godzinami opowiadać o tych tajemniczych więzach,
o nocnych odwiedzinach istot, które tam spotkałem. Jest to bardzo
swoisty świat mocy i władców. Istnieją też więzy ze szkołami ezoterycznymi, z okultyzmem...
Trzeba więc było wielu lat duchowego uzdrawiania. Muszę
tu powtórzyć i podkreślić: nie wychodzi się z tych doświadczeń bez
uszczerbku, bez głębokich śladów. Nie wyszedłem więc z tego w ciągu
miesiąca i nie przeszedłem szybko od poprzedniej formy życia do nowej.
Nie da się tego zrobić. Nie można popraktykować niewinnie
"trochę wschodu", trochę okultyzmu,
a potem powrócić do domu. To niemożliwe. Piętno, które pozostaje,
jest bardzo głębokie. Codzień
jestem przy Panu zapewne tylko dlatego, że dał mi tak bardzo wiele i
teraz posyła do mnie wielu młodych, poranionych, którzy potrzebują
długiej drogi wyzwolenia duchowego, uzdrowienia wewnętrznego, by powoli
wyrwać się ze swego uzależnienia. Co
do mistyki naturalnej to uzależnienie
jest oczywiste. Uzależnienie jednak rodzi się również z praktyk okultystycznych,
co pragnę mocno podkreślić. Uzależnienia te przypominają zniewolenie
przez narkotyki. Wspieram obecnie duchowo pewną osobę, której
nieprawdopodobnie trudno wyrwać się z tych praktyk. Trzeba się z nią
modlić. Tu widać, jak nasza wolność jest osłabiona, ograniczona.
(...) Wspomniane
praktyki nie mają nic wspólnego ze wzrostem osobowym. Jesteśmy po
prostu uzależnieni od jednostek, które trzymają nas na swój sposób w
niewoli. Kto praktykuje trochę jogi,
bawi się w spirytyzm, okultyzm albo usiłuje zakosztować odrobinę ezoteryzmu i przechodzi kilka inicjacji – ten przypomina
człowieka zażywającego arszenik. Czy zdaje sobie z tego sprawę, czy
też nie – wchłania arszenik, truciznę, kroplę po kropli. Dlatego
z naciskiem zwracam uwagę, aby odpowiednio wcześnie ostrzegać, że
wszelkie ćwiczenia jogi – jakkolwiek niewinnie by wyglądały – mają na
celu jedno i tylko jedno: odblokować kundalini,
aby zaczęło "iść w górę". Rozmawiając o tym z pewnym guru w Indiach, zapytałem go: "Co sądzicie o jodze
praktykowanej na Zachodzie, niby w celu odprężenia się?" Zaczął
się śmiać i powiedział: "Niech ćwiczą. Kundalini
odblokuje się, nawet gdyby wszystko robili tylko dla zrelaksowania
się." W jego przekonaniu odblokowanie się kundalini
uchodzi oczywiście za coś dobrego. Skutek więc pojawi się. Będzie
trwały. Może podejście będzie dłuższe, ale skutek pozostanie. Nie
zapominajmy też, że mantry hinduskie
– podawane w rytuałach inicjacyjnych – są imionami bóstw.
Niektórzy twierdzą, że można bez obawy praktykować tę czy inną
medytację niechrześcijańską. To niemożliwe. Bowiem w czasie rytuału
inicjacyjnego otrzymuje się imię bóstwa hinduskiego i trzeba je
powtarzać bez przerwy. Wspomniałem już, że mantry
te stopniowo się wydłużają. W tłumaczeniu z sanskrytu brzmią one
mniej więcej tak: "składam cześć i oddaję hołd bóstwu o takim
a takim imieniu". Jakże więc chrześcijanin – uznający
Jezusa i adorujący Go – może w swej medytacji wielokrotnie
powtarzać mechanicznie mantry
na cześć jakiegoś bóstwa! Niektórzy
twierdzą, że jest to dobre wprowadzenie do modlitwy chrześcijańskiej.
Jakże może nim być ciągłe składanie hołdu jakiemuś bożkowi! Nawet
jeśli praktykuje się to nieświadomie, jest to najzwyklejsze bałwochwalstwo.
W
czasie ceremonii inicjacyjnej składa się w ofierze różne przedmioty,
takie jak ryż, kadzidło, owoce itp. Mają one głęboką wymowę
symboliczną. Za ich pośrednictwem oddaję się we władanie i wiążę
się z bożkami, które adoruję. W czasie jednej z ceremonii
inicjacyjnych, którą przeszedłem, było mi dane doświadczyć tego
niemal fizycznie. Otóż jedna z osób została zagarnięta, uchwycona
fizycznie przez istotę, która jakby wyszła ze znajdującego się tam
obrazu. Osoba ta odczuła "wzięcie ją w posiadanie" przez ową
istotę. Istota ta popchnęła ją, rzuciła na ziemię, weszła w nią i
wzięła w posiadanie dlatego tylko, że osoba ta na to zezwoliła. Chciałbym
więc ostrzec przed opiniami, według których może istnieć chrześcijańska joga, mantra
itp. Powiecie mi może, że jestem zbyt ciasny. Wybaczcie, ale z racji własnego
doświadczenia nie mogę mówić inaczej. Jedyną stroną pozytywną
moich przeżyć było to, że pozwoliły mi w końcu wszystko lepiej zrozumieć.
Gdy
zaczniecie uprawiać jogę
– chociażby w najlepszej wierze, w nieświadomości co do jej
oddziaływania – skutki i tak będą się powoli ujawniać. Nie
wierzę, że można się otworzyć i praktykować różne techniki
– prowadzące do fuzji, powodujące, iż człowiek staje się medium
dla energii kosmicznych – i nie dać się zniszczyć. Nie wierzę,
że można to praktykować bezkarnie. Techniki te – stosowane w małych
czy w dużych dawkach – zostawią po sobie ślady. To mogę wam
zagwarantować. Spowodują, że staniecie się medium. Kto zaś stanie
się medium, ten w następstwie – wcześniej czy później –
zostanie nawiedzony przez istoty, które lepiej pozostawić za drzwiami, z
którymi lepiej się nie zadawać. Oto
istota mego ostrzeżenia. Może wydaje się ono zbyt surowe, ma jednak
niestety swoje uzasadnienie. Sprawdza się to codziennie w mojej
praktyce duszpasterskiej i w udzielaniu pomocy, szczególnie młodym, którzy
są niezwykle podatni na tego typu wpływy. Podatność ta jest dziś
wynikiem zbanalizowania praktyk okultystycznych
i inicjacyjnych. To banalizowanie – spowodowane zwłaszcza
przez wspomniany już New Age
– jest niezwykle groźne. Rozważmy zatem ten problem jeszcze głębiej. Otóż
pewnego dnia przed laty udałem się do jednej ze szkół ezoterycznych. Jej uczestnicy byli bardzo zdumieni, że do nich
dotarłem. Zwierzyli mi się, że przygotowują się do rozpoczęcia działania
o zasięgu światowym. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Cóż za
ambicje! – pomyślałem sobie. Powiedzieli mi: "Teraz jest za
wcześnie. Trzeba poczekać jeszcze jakieś 15 lat, a będziemy mieli
odpowiednie środki techniczne, środki przekazu, wszystko co niezbędne,
by w krótkim czasie rozprzestrzenić naszą doktrynę na całej planecie.
Już wtedy doktrynę tę nazywali po imieniu: New
Age. I faktycznie, od kilku lat słyszy się w środkach masowego
przekazu o nowym prądzie ideologicznym, przedstawianym jako New
Age, jako uniwersalna religia spod znaku Wodnika, jako era tolerancji,
która nastąpi po erze Ryb, zdominowanej przez nietolerancję chrześcijaństwa.
Wkraczamy w nową erę astrologiczną, w której nastąpi ujednolicenie
planetarne na wszystkich płaszczyznach: politycznej, ekonomicznej,
kulturalnej, społecznej i religijnej. Nowa era – New
Age – będzie epoką jedności. Jeśli
chodzi o stronę filozoficzną tego kierunku, to wszystko co boskie utożsamia
się w nim z bezosobową siłą kosmiczną. Nie ma zatem Boga osobowego w New
Age! Trzeba sobie z tego dobrze zdać sprawę. Chociaż ta mętna
ideologia nigdy tego wprost i w jednoznaczny sposób nie wyraża, jednak
chce wprowadzić człowieka na drogę "duchowości", która
pozbawia osobowości. Chodzi o ustanowienie społeczeństwa
zunifikowanego, które nie będzie utworzone z osób niepowtarzalnych, zróżnicowanych,
lecz z jednostek zespolonych w jedną całość. Wypadałoby zapytać:
kto będzie decydował o tym ujednoliceniu? To ujednolicenie – o którym
mówię – niesie w sobie niebezpieczeństwo totalitaryzmu. Tak
więc na płaszczyźnie filozoficznej New
Age należy do prądów panteistycznych.
Proponuje drogę wyrzeczenia się wszelkiego zaangażowania osobistego.
Bardzo zręcznie łączy techniki hinduizmu, techniki jogi
oraz inne praktyki Wschodu. Przejmuje również jako swoje różne
praktyki okultystyczne, takie
jak radiestezję, magnetyzm i channeling.
Wmiesza w to wszystko również uzdrawianie sposobami naturalnymi,
zaliczając radiestezję oczywiście
do naturalnych środków leczenia. Integruje również niektóre
praktyki inicjacyjne szkół ezoterycznych. Tak
więc New Age jest przedsięwzięciem
szkoły ezoterycznej, która
odsłania obecnie swe karty i poprzez swoisty zamach i reklamę próbuje
wciągnąć możliwie jak najwięcej osób na proponowaną drogę. Moc
tego przedsięwzięcia tkwi chyba w wykorzystaniu wszystkich możliwości.
Pokazuje się zestaw wszelkiego rodzaju technik i to w taki sposób, że
każdy może znaleźć coś dla siebie. Jeśli np. ktoś jest
zainteresowany leczeniem sposobami naturalnymi – co bynajmniej nie
jest złe samo w sobie – staje przed bogatym wyborem środków. Ma
w czym wybierać. Może zająć się tym leczeniem np. według wskazań
jakiejś szkoły dietetyki lub ekologii itp. Trzeba
sobie uświadomić, że we wspomniane praktyki wchodzi się coraz głębiej.
Nie poprzestaje się nigdy na powierzchownych rozważaniach, idzie się
coraz dalej. I tak na początku zaproponuje się wam np. jakieś
praktyki relaksujące, być może ćwiczenia jogi,
potem sposoby koncentrowania się albo opanowywania potencjału
psychicznego, intelektualnego, co stanowi już technikę bardziej rozwiniętą.
W końcu zaś zostaniecie doprowadzeni – nie wiedząc, a nawet
nie chcąc tego – do panowania nie tylko nad swoją psychiką,
ale również nad psychiką osób was otaczających. Zostaniecie
doprowadzeni – pomimo że wcale byście tego nie chcieli –
do praktykowania białej magii!
Spotkałem wiele osób, które doszły do sprawowania władzy w sposób fizyczny
lub duchowy nad innymi. Nie zdawały sobie sprawy z tego, że posługują
się środkami ograniczającymi wolność drugiej osoby. Bowiem
prawdziwy cel, do którego się zmierza w tych praktykach, na początku
nie jest jasny. Wszystko
to sam przeszedłem, dlatego dzisiaj czuję się zobowiązany do
dawania świadectwa i przestrzegania innych. Chcę ich ostrzec, bo zostali
zwiedzeni. (...) Mówiłem
już o mistyce naturalnej, o jodze, o ćwiczeniach
koncentracyjnych, mantrze,
naukach i praktykach okultystycznych.
Może zaskakiwać stawianie na jednej linii tradycji religijnych i
praktyk okultystycznych. Trzeba
zaznaczyć, że siły okultystyczne
odnaleźć można w tradycjach wschodnich pod nazwą sidi.
W momencie gdy odchodziłem od guru,
byłem mianowanym przez niego odpowiedzialnym za coś w rodzaju
departamentu tych sidi. Było
to chyba w Bengalore, gdzie miałem odczyt na uniwersytecie. Znajdowali
się tam tzw. pandit, czyli profesorowie
filozofii i religii wschodnich, którzy powiedzieli do guru:
"Pokażcie nam skuteczność waszej techniki na przykładzie sił,
czyli sidi, jakie posiadają
wasi uczniowie." I rozpoczęła się dyskusja. Guru
odpowiedział, że siły nie są celem życia duchowego, lecz tylko
drogą. W końcu powiedział: "Ponieważ chcecie tych sił, będziecie
je mieli." Wracając do aszramu,
powiedział mi: "Dziś wieczorem nauczę cię technik prowadzących
do opanowania tych sił." Te wspomniane siły to moce okultystyczne
– tak przynajmniej my je nazywamy. Widać więc, że istnieje powiązanie
między okultyzmem a innymi
praktykami. Znalazłem
się więc w szkole ezoterycznej.
Różokrzyżowcy[5],
ezoterycy, gnostycy[6]
i inni... Kilka zdań o tym. Są to szkoły gnostyckie,
które uważają, że zbawienie człowieka dokonuje się jedynie poprzez
zdobycie wiedzy tajemnej. Szkoły te powstały w kręgu takich osób jak
pani Bławatska. Byli też i inni, jak np. Steiner na początku wieku, założyciel
szkoły antropozoficznej. Powróćmy
jednak do pani Bławatskiej. Miała ona spirytystyczny kontakt z istotą,
którą uważała za hinduskiego guru.
Było to pod koniec XIX wieku. Wywodziła się ona z tradycji chrześcijańskiego
Zachodu, rozpoczęła jednak tworzenie synkretyzmu,[7]
łączącego tradycję wschodnią z chrześcijaństwem. Usiłowała połączyć
to, czego pogodzić się nie da, co zresztą starałem się już wykazać.
Jedno bowiem jest tradycją o charakterze fuzjonalnym, drugie –
tradycją, w której szuka się osobowej wspólnoty z Bogiem, Stwórcą
wszystkiego. Do tego synkretyzmu, będącego poplątaniem i pomieszaniem
różnych tradycji religijnych, dołączyła się jeszcze praktyka spirytyzmu i channelingu –
doświadczeń niezwykle silnych. Pani
Bławatska to tylko jeden z wielu przykładów. Pojawiły się liczne szkoły
ezoteryczne, które intuicyjnie
i jakby przypadkowo szukały po prostu władzy. Tę zaś władzę
odnalazły na Wschodzie. Techniki Wschodu łączą się z inicjacją. Są
technikami, które powodują stawanie się medium. Techniki, których używa
się bądź w tradycji religijnej, bądź ezoterycznej,
bądź w okultyzmie, są zawsze
technikami prowadzącymi do tego, by stać się medium, by otworzyć się
na energie naturalne, kosmiczne. Może
jednak pojawić się pytanie: dlaczego właściwie te naturalne energie
mają być czymś złym? Co jest w nich tak złego, by się z nimi nie
łączyć? Wydaje się pozornie, że zupełnie nic, gdyż całe stworzenie
jest samo w sobie dobre. Cóż może być złego w stworzeniu? Nie jestem
manichejczykiem[8]
i wierzę, że stworzenie jest faktycznie dziełem Boga. Trzeba jednak
zaznaczyć, że doświadczanie fuzji, wtapiania się w naturę nie jest
neutralne. Nie wychodzi się z tego bez uszczerbku. Przypominam też, że
istnieją różne istoty duchowe, których działania nie można pogodzić
z obecnością Pana naszego, Jezusa Chrystusa, ani z obecnością Ducha
Świętego, aniołów i mocy światłości. Naświetlenie omawianego przez nas problemu mamy w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju, gdzie mowa jest o konsekwencjach grzechu prarodziców. Warto też przypomnieć sobie ósmy rozdział Listu do Rzymian, gdzie św. Paweł poucza nas, że wszelkie stworzenie wzdycha w bólach rodzenia jak rodząca kobieta i oczekuje oswobodzenia. Któż ma wyzwalać to stworzenie, jeśli nie my? Jesteśmy powołani do tego, by prowadzić do chwały wszelkie stworzenie przez wyzwolenie go z ciężaru, który je przytłacza. Nie tylko człowiek został naznaczony grzechem pierworodnym. Całe stworzenie nosi w sobie następstwa grzechu pierworodnego, który jest opisany w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju. (...) Wydaje
mi się, że dotykamy tu najistotniejszego punktu: świat sam w sobie jest
wprawdzie dobry, ale oddziaływuje na niego książę tego świata, o którym
mówi Jezus. Oprócz dobrych aniołów istnieją także inne moce i
zwierzchności, o których mówi św. Paweł w szóstym rozdziale Listu do
Efezjan. Pisze on: "Nie toczymy
bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom,
przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw
pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich."(Ef 6,12)
Nie wolno nam o tym zapominać. Wierzę,
że od chwili grzechu pierworodnego jest w sercu naszego kosmosu pewne
dogłębne skażenie. Chociaż sam kosmos jest w swej istocie dobry,
niemniej oddziaływują na niego pewne istoty, które nie są przychylnie
nastawione względem człowieka, nie pragną jego dobra. Warto to wziąć
pod uwagę, gdy mówi się o energii
kosmicznej. Podobnie
jak nauka mówi o kilku typach energii, tak i w okultyzmie
rozróżnia się kilka poziomów energii. Szkoły ezoteryczne
omawiają sprawę energii bardzo szeroko. Mówi się np. o energii
eterycznej, astralnej itp. Wydaje się, że tzw. "energie
kosmiczne" powinno się nazywać raczej energiami okultystycznymi,
czyli tajemnymi, nie rozpoznanymi do końca. W
tradycji chrześcijańskiej mało się o tym mówi, by uniknąć
niezdrowej fascynacji tymi sprawami. Nie ma jednak powodu, by negować
istnienie tych mocy. Zauważamy, że gdy ktoś poprzez czakramy
rozwija swoje zdolności mediumistyczne, wówczas otwiera się na oddziaływanie
różnych tajemniczych mocy. Ściślej mówiąc, człowiek popada we władanie
różnych istot duchowych. To one na nas wtedy oddziaływują, a nie
jakieś energie kosmiczne czy siły przez nas wykształcone. Trudno więc
mówić, że jest to dla człowieka pożyteczne. Poprzez
te energie dociera do nas działanie istot duchowych. Aby to przybliżyć,
często posługuję się przykładem fal radiowych. Otóż na fale o
wysokiej częstotliwości nakładane są informacje o częstotliwości
małej, które dzięki odbiornikom radiowym docierają do nas jako głos,
muzyka – dźwięk. Sama fala nośna o wysokiej częstotliwości,
którą wyszukujemy w odbiorniku radiowym, nie jest informacją, głosem,
muzyką itp., lecz nosi na sobie te informacje, zapisane w postaci niskiej
częstotliwości nałożonej na falę radiową. Czyli informacja dociera
do nas niesiona na fali radiowej, która tą informacją nie jest.
Podobnie jest z energią kosmiczną, przez którą dociera do nas inna
moc. Sama energia kosmiczna nie jest zła. Przykład powyższy ukazuje ją
jako falę radiową o wysokiej częstotliwości. Jak odbiornik radiowy
dostrajany jest do tej fali, tak – jako medium – otwieramy się
na pewne energie, do których dołącza się działanie istot duchowych,
które chcą nami zawładnąć. Problem tkwi w tym, że otwierając się
niby na energię kosmiczną, poddajemy się działaniu istot duchowych
– jak odbiornik radiowy, który odbiera równocześnie falę
radiową i zapisane na niej informacje. Odbiornik radiowy nie jest też w
stanie oddzielić odbieranej właściwej fali od dołączających się do
niej zakłóceń. Podobnie jest z osobami, które sądzą, że przez różne
techniki otwierają się tylko na energię kosmiczną. W rzeczywistości
osoby te poddają się działaniu istot duchowych. Nie
mówię tylko o szatanie. Chodzi o różne istoty duchowe, obojętnie jak
się je nazwie... eteryczne, astralne... Istoty te, jak pisze św. Paweł,
zamieszkują przestrzenie[1]
i nasze otwarcie się jako medium wykorzystują do tego, by się w nas
usadowić. Mam nadzieję, że wyrażam się jasno. Siły kosmiczne same w
sobie nie są mocami diabelskimi ani nie są źródłem zła. Takie
twierdzenie byłoby zwykłym manicheizmem
odrzuconym przez Kościół. Jestem jednak przekonany, że są one
– jeśli można tak powiedzieć – siedliskiem istot duchowych,
duchów przeróżnej natury, które chcą nam zaszkodzić. Jeżeli zatem
poprzez techniki okultystyczne staję się medium, otwieram się na ich obecność
i działanie. Nie odfiltruję ich od energii kosmicznej i przyjmę w
siebie. Jako
przykład mogę podać to, co stało się ze mną, gdy oddawałem się
radiestezji i innym praktykom okultystycznym.
Byłem naukowcem i starałem się wszystko zrozumieć i uzasadnić. Prowadziłem
dziennik, w którym – dzięki zdolności jasnowidzenia –
notowałem poziomy energetyczne. Nie były one tego samego stopnia.
Postanowiłem skonsultować się ze specjalistami w tej dziedzinie, mającymi
za sobą długoletnią praktykę, znającymi lepiej zagadnienie. Niemal
wszyscy stwierdzili, że bez wątpienia moje działanie ma związek z
duchami. Cóż,
można to nazywać, jak się chce: duchy czy istoty duchowe. Najważniejsze,
by nie wchodzić w wewnętrzny kontakt z nimi i całą tą rzeczywistością.
Jedni dobrze sobie zdają sprawę ze swego kontaktu ze światem duchów,
inni natomiast nic o tym nie wiedzą. Dla niektórych jest rzeczą
oczywistą, że w swych praktykach stają się kanałem przekaźnikowym
nie tylko dla energii magnetycznych
o różnym poziomie, ale także dla istot duchowych o charakterze okultystycznym
– dla istot "zamieszkujących" te energie. Wielu
uważa, że magnetyzm nie ma nic
wspólnego z praktykami okultystycznymi,
z kontaktem z istotami duchowymi. Trzeba być ostrożnym z takimi
stwierdzeniami. Moje osobiste doświadczenie pouczyło mnie, że pomimo
całej mojej dobrej woli, codziennego przystępowania do Komunii św.,
modlitwy w czasie moich praktyk, nie uchroniłem się od niebezpiecznych
wpływów istot duchowych. Praktyki
okultystyczne nie mają nic wspólnego
z tym, co my chrześcijanie nazywamy duchowością. Ustawiają nas one na
pewnym poziomie okultystycznym.
To co religie wschodnie nazywają duchowością, jest pewną mistyką naturalną, mistycznym doświadczaniem przyrody, wtapiania
się w nią, fuzji itp. Duchowość chrześcijańska opiera się na doświadczaniu
nadprzyrodzonej jedności z Duchem Świętym. Nie ma to nic wspólnego
z naturalnymi energiami zawartymi w przyrodzie. Duch Święty, trzecia
Osoba Boska, jest Bogiem, kimś zatem różnym od stworzeń, od
przyrody, od wszechświata. Ten Boski Duch pragnie zamieszkać w głębi
naszego serca. Przybywa, by wypowiedzieć swą miłość. Zstępuje, by
rozlać miłość Bożą w naszych sercach. Przychodzi, by żebrać o
odpowiedź naszej miłości, która jest wolną decyzją z naszej
strony. Bardzo
często nie dostrzega się niebezpieczeństw związanych z różnymi
praktykami spirytystycznymi, takimi jak np. channeling.
To banalizowanie spirytyzmu jest
niezwykle groźne. Wiem bowiem z własnego doświadczenia, że te istoty
duchowe wchodzą w człowieka na odpowiednich stopniach energetycznych.
Konsekwencje tego są dramatyczne na płaszczyźnie psychosomatycznej:
ruina ciała, psychiki, a nawet sfery duchowej danej osoby. Jeżeli
świadomie nie mówiłem o szatanie, to dlatego że jest on tylko jednym z
wielu szkodliwie oddziaływujących na nas czynników: jedną z wielu
istot duchowych. Wskutek praktyk okultystycznych
– tak przynajmniej sądzę – może nastąpić skażenie
przez różne istoty duchowe, oddziaływujące na nas negatywnie. Chociaż
– jak mi się wydaje – nie są one powiązane z diabłem,
dokonują czegoś w rodzaju wyczerpującego nas wampiryzmu. Wydaje się,
że to skażenie jest nieuniknione. Gdy się zacznie praktykować okultyzm,
może dojść nawet do opętania przez szatana. W tych wypadkach
konieczna staje się ingerencja egzorcysty. Wspomniałem
już o osobie, która ma trudności z wyrzeczeniem się pewnej, niestety
dość powszechnej formy okultyzmu –
radiestezji. Jest to rodzaj spirytyzmu:
bierze się wahadełko i ustawia nad literami alfabetu. Powstają wtedy
zdania: pytania i odpowiedzi. Otóż wspomniana już osoba wyrzekła się
tych praktyk przed Bogiem. Gdy jednak popadała w jakieś tarapaty, szatan
powracał ze zdwojoną mocą, aby wprowadzać w niej zamieszanie. Na
początku sięganie po wahadełko było dla tej osoby pokusą nie do
opanowania. Wreszcie zauważyła, że podobne praktyki nie przynoszą nic
dobrego. Za każdym razem gdy brała do ręki wahadełko, wszystkie objawy
jej choroby powracały. To uświadomiło jej, że robi coś złego.
Pojawiały się w niej cierpienia typu somatycznego, takie jak
powtarzające się uciski na szyję, objawy zmęczenia, bóle brzucha,
duszenie się, kłopoty z sercem. Odczuwała nawet bóle kręgosłupa.
Stwierdziła także pojawianie się zaburzeń psychicznych. Im dłużej
była w podobnym stanie, tym częściej sięgała po wahadełko, by rozwiązać
swoje problemy. Pojawiało się więc błędne koło: im częściej bowiem
używała wahadełka, tym większe stawało się jej rozbicie. Na dodatek
również jej syn zaczął zachowywać się dziwnie. Tak więc te
negatywne skutki posługiwania się wahadełkiem zaczęły się rozszerzać
na bliskich. Ujawniała się swoista łączność z najbliższą rodziną.
Wszyscy zostali wyzwoleni z tych przykrych objawów, gdy wspomniana osoba
zrezygnowała z tych praktyk okultystycznych. Była to więc prawdziwa walka, w której chodziło
o całkowite wyrzeczenie się tej praktyki. Trzeba było oddać się z
ufnością Panu i szczerze Mu powiedzieć: Ty jesteś moim Panem i od
Ciebie tylko pragnę otrzymać wszelkie dobro. Mówiliśmy
dotąd o różnych formach okultyzmu,
radiestezji itp. Dorzuciłbym do
tego jeszcze jeden termin, którego wielu woli raczej unikać: biała magia. Wielu ją praktykuje, szukając w niej pomocy. Usiłowałem
dotąd wykazać, że osoba praktykująca magnetyzm,
czyli uzdrawianie przez nakładanie rąk, łączy się – jeśli można
tak powiedzieć – z pewnymi siłami, aby je przekazać drugiemu
człowiekowi. Staje się więc przekaźnikiem tych energii dla innych.
Trzeba sobie zdać sprawę, że jest to niebezpieczne nie tylko dla człowieka
przekazującego te energie, lecz również dla osób, które je przyjmują.
W przypadku magnetyzmu bowiem
nie zawsze chodzi o ujawnianie się pewnych energii kosmicznych
– jak się sądzi – ale o działanie sił duchowych. Osoba magnetyzująca jest kanałem, przekaźnikiem dla tych istot
duchowych. Ich działanie jak gdyby "nakłada się" na czynność
osoby magnetyzującej i dosięga
tych, którzy poddają się jej działaniu, a tym samym pragną ingerencji
wspomnianych istot duchowych. Osoba, która magnetyzuje,
otwiera się niby na odpowiednie poziomy energii kosmicznej, a w
rzeczywistości – na działanie istot duchowych. Jest więc możliwe,
że przez osobę magnetyzującą zostanie
przekazany jakiś "nieproszony gość" człowiekowi poddającemu
się temu działaniu. Jest to możliwe, ponieważ istnieje pewien stan
"fuzji" między człowiekiem magnetyzującym
a osobą poddającą się leczeniu. Podobnie
ma się rzecz z radiestezją. Tu
bowiem również w chwili stawiania diagnozy istnieje stan fuzjonalny między
"terapeutą" a "pacjentem". Taka sytuacja rodzi
niebezpieczeństwo "przekazania" pewnych istot duchowych. Mogę
tu przytoczyć wiele konkretnych przypadków osób, które zostały
"uzdrowione" przez magnetyzera, a po kilku miesiącach
zaobserwowały u siebie bardzo niepokojące objawy innego typu! Te nowe
stany są o wiele groźniejsze i bardziej skomplikowane niż te, z którymi
przyszli na leczenie do magnetyzera. Najczęściej osoby te znajdują
się u kresu sił. Cierpią na ustawiczne bóle głowy, na bezsenność,
odczuwają niepokój psychiczny. Wiem
z doświadczenia, że kiedy analizuje się z różnymi osobami jakieś
niezwykłe, tajemnicze przypadki, w trakcie wywiadu odnajduje się zawsze
albo prawie zawsze wcześniejsze praktykowanie okultyzmu.
Wtedy wszystko staje się jasne. W trakcie rozmowy można stwierdzić, że
cierpiąca osoba miała mniej lub bardziej regularny kontakt z okultystycznymi
terapiami albo z jakimiś wróżkami przepowiadającymi zdobycie
bogactwa, z jasnowidzami, różdżkarzami itp. Co
należy czynić w takich wypadkach? Trzeba po prostu prosić w modlitwie
o wyzwolenie, co wcale nie znaczy, że jest się opętanym. Słowo
"wyzwolenie" może budzić nieporozumienie, dlatego należy je
wyjaśnić. Otóż może zaistnieć uzależnienie od osoby, która nas
leczyła. To uzależnienie może stać się "kanałem",
przez który będzie się dokonywać negatywne oddziaływanie. Trzeba
zatem prosić, aby Pan uciął wszelkie więzy, które mogłyby was łączyć
z uprzednimi praktykami okultystycznymi
i osobami, co jest tak charakterystyczne dla okultyzmu. Sprawdziłem to w czasach, gdy sam się oddawałem
tym praktykom. Bardzo łatwo można wejść w fuzjonalny stan łączności
z daną osobą. Wystarczy tylko skoncentrować się na niej –
nawet bez nakładania rąk – i już może się to stać. Trudno
potem usunąć te więzy. (...) Oto
kilka przykładów. Dotyczą one pozornie banalnej praktyki o poważnych
jednak konsekwencjach, chociaż wykonywanej często w dobrej wierze. Pewna
młoda dziewczyna, która miała powołanie zakonne, przyszła do mnie mówiąc,
że nie wie, co się z nią dzieje. Gdy tylko weszła, zauważyłem, że
faktycznie coś nie jest w porządku: blada, rysy pociągłe, chociaż
niedawno tryskała życiem. – "Nie wiem, co się ze mną
dzieje. Żyję jakby w nocy. Moje powołanie nie jest oczywiste"
– powiedziała i przewróciła się. Pytam ją, czy jest w
depresji. Odpowiada, że tak – w całkowitej. Próbujemy znaleźć
przyczyny. Nie było widać żadnych poważnych powodów, które mogłyby
wywoływać tak głęboki stan depresyjny. Było to coś innego niż
normalne doświadczenie spotykane w życiu duchowym. Wyczuwało się to
bardzo dobrze. W dalszej części rozmowy zapytałem o rodziców, których
zresztą znałem. Odpowiedziała: "Tak, tatuś miewa się lepiej,
od kiedy mama za pomocą wahadełka umie ustalić właściwe dawkowanie
leków". Moja uwaga, rzecz jasna, skupiła się na tym fakcie.
Spokojnie jednak powiedziałem: a to ciekawe! Opowiedz coś o tym. No i
okazało się, że mama, pełna dobrej woli, chcąc lepiej dozować leki
choremu małżonkowi, pewnego dnia powiedziała, że można to robić za
pomocą wahadełka. Zabrała się więc do dzieła i wszystko pozornie szło
jak najlepiej. Dziewczyna powiedziała: "Na początku było to
tylko dla tatusia, potem dla sąsiadów i jeszcze dla innych osób."
Okazało się, że mama posługiwała się wahadełkiem przez 10 godzin na
dobę! Pytam więc: "Czy twoje problemy mają jakiś związek z tym
wszystkim?" Stwierdziła, że znalazła się tym przykrym stanie po
około sześciu tygodniach od chwili, gdy mama zaczęła swoje praktyki.
Gdy spytałem o braci i siostry, okazało się, że sprawa wygląda
podobnie. Jej małego braciszka ogarniał od tego samego momentu wielki
niepokój. Nie mógł zasnąć, budził się w nocy, krzyczał, nie mógł
się uczyć w szkole itp. Trzeba było więc uciec się do modlitwy o
wyzwolenie całej rodziny. Jest to rodzina bardzo zjednoczona, tworząca
prawdziwą wspólnotę. Wszyscy są tam na siebie otwarci. Skoro zatem
jedna z osób stała się kanałem dla okultystycznych
mocy, musiała wywierać wpływ na innych. Nie ma co do tego złudzeń.
Zaś osoba praktykująca okultyzm najmniej
odczuwała jego zgubne skutki. Nieraz
zarzuca mi się przesadę. Słyszę takie stwierdzenia: "Ojciec
faktycznie przez swoje praktyki zaszedł za daleko, ale ci, co sobie trochę
pomachają wahadełkiem, są w porządku. Nie robią nic
szkodliwego." (...) To prawda, że ten, kto bierze do ręki wahadełko,
nie musi wcale zostać opętany. Czy jednak należy banalizować sprawę
dlatego tylko, że posługiwanie się wahadełkiem nie jest praktyką
ekstremalną? Często
sam stawiałem sobie pytanie: czy mogę uogólniać moje doświadczenia?
Czy to, co przeżyłem, było niebezpieczne tylko dla mnie, czy też
podobne praktyki te stanowią zagrożenie dla wszystkich oddających się
im osób? Nie miałem początkowo pewności i często powtarzałem sobie
te pytania. W
tym miejscu przypomina mi się jeszcze inny przypadek. Myślę, że Pan mi
go wskazał, abym się utwierdził we właściwym rozeznaniu, które
zaczęło we mnie wzrastać dzięki różnym doświadczeniom osobistym. Otóż
mój kuzyn także praktykował radiestezję.
Był on osobą wierzącą. Odwiedziłem go kiedyś i powiedziałem mu,
że jego praktykowanie radiestezji nie
jest chyba zgodne z wolą Pana. Narażamy na niebezpieczeństwo naszą równowagę
psychiczną, a nawet nasze zdrowie fizyczne, nie mówiąc już o życiu
duchowym. On na to: "Ależ to nic takiego, przecież wszystko robię
za darmo..." itd. Bynajmniej mnie to nie przekonało, bo i ja modliłem
się w czasie wykonywania moich praktyk. Robiłem to wprawdzie dla jakiegoś
minimum finansowego, jednak nie dla zysku. Jego argument nie przemawiał
więc do mnie. Aby udowodnić mi niewinność swoich praktyk, wziął do ręki
wahadełko. Postanowił postawić przy jego pomocy pytanie. Nie domyślał
się, że – posługując się wahadełkiem i alfabetem, zadając różne
pytania, np. dotyczące zdrowia – praktykuje najzwyklejszy spirytyzm.
Wyciąga więc wahadełko i pozwala mu biegać po literach alfabetu. I
nagle... dziwna sprawa... Wybaczcie to, co teraz powiem, ale ten "ktoś",
"podłączony" do jego wahadełka, był źle wychowany...
"Powiedział" mu: "A ten...
co to za jeden?" Najwyraźniej chodziło mu o mnie. Kuzyn był
zdziwiony, a ja zaniepokojony, gdyż dobrze wiedziałem, z czym mamy do
czynienia. Pomyślałem, że znowu się w coś wpakowałem i zacząłem
się modlić z całego serca. Kuzyn postawił drugie pytanie przy pomocy
wahadełka. Wybaczcie, ale jak już powiedziałem, wahadełko było
naprawdę źle wychowane... Padła więc odpowiedź: "Wypieprz go stąd!" Niemal natychmiast, odruchowo
powiedziałem: "W imię Pana naszego Jezusa Chrystusa idź
precz!" Powiedziałem to głośno – w sposób spontaniczny
i odruchowy. Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, usłyszeliśmy krzyk
dochodzący z kuchni. Była to żona mego kuzyna, która – nie wiedząc
zupełnie, co robimy – przygotowywała obiad. Padła na ziemię.
Zawieźliśmy ją do szpitala. Przez trzy dni była półprzytomna.
Okazało się jeszcze, że ich syn był od 2 lat chory na jakąś dziwną
chorobę (...). Rozwiązaniem wszystkiego okazała się modlitwa o wyzwolenie. Jest
to więc jeszcze jeden przykład człowieka, który niewinnie robił
"coś" w wolnych chwilach. Nie był wcale zawodowcem, a jednak
jego spirytystyczna praktyka
okazała się bardzo szkodliwa również dla całej jego rodziny! Mógłbym
przytoczyć wiele podobnych przypadków młodych ludzi, którzy
bez najmniejszych obaw oddają się podobnym praktykom. Błagam
was: jeśli zabawiacie się jeszcze w tego typu "gry", przestańcie
i poproście Pana, by uwolnił was z więzów, jakie mogły powstać w
czasie tego typu praktyk. Nie zajmujmy się kosztem naszego zdrowia tego
typu sprawami. Mam
w pamięci jeszcze jeden przykład. Chodzi o osobę, która poszła na
terapeutyczny seans magnetyczny.
Uzdolniony magnetyzer często robi tzw. łańcuch magnetyczny.
Polega to na tym, że osoby uczestniczące w seansie trzymają się za ręce,
aby mógł przez ten cały łańcuch przesunąć się fluid
magnetyczny. Osoba, która mi to
opowiadała, powiedziała: "Stało się coś dziwnego. Poszłam do
wspomnianego człowieka, aby wyleczył mnie magnetyzmem,
i nie mogłam tam zostać. Dlaczego? Otóż zrobił łańcuch i w pewnym
momencie powiedział, że dziś coś nie wychodzi. Ponowił próbę i
nadal nie wychodziło. Nagle powiedział, zdenerwowany i rozdrażniony:
«Wśród was jest ktoś, kto się modli albo nosi medalik!»
A ja na to: «Rzeczywiście, noszę cudowny medalik.» Wtedy
krzyknął: «Albo go zdejmiesz, albo wychodzisz!»" Zdumiewające,
ale osobie tej nie przyszło na myśl, że miejsce to nie jest zbyt godne
polecenia dla chrześcijan, skoro modlitwa i cudowny medalik stanowiły
przeszkodę w wykonywaniu tego, co magnetyzer próbował zrobić.
Podobnych przykładów mógłbym zacytować bardzo wiele. Istnieją
grupy, które łączą modlitwę z praktykami spirytystycznymi: nakłada
się ręce, wzywa się siły kosmiczne, robi się kółeczko magnetyczne itp. Wzywany jest zarówno Einstein jak i proboszcz z
Ars. Wszystko w najlepszej wierze. Wśród zebranych jest jedno medium.
Osoba ta koncentruje się i duch zaczyna działać na zasadzie channelingu. Otóż
jedna z osób biorących udział w podobnych spotkaniach przyszła kiedyś
do mnie z objawami tak silnego duszenia się, że nie mogła oddychać.
Lekarze byli bezradni, bo nie znajdowali żadnych przyczyn somatycznych
tłumaczących podobny stan. Zaczęto więc szukać przyczyn psychicznych.
Posłano dziewczynę do psychiatry, do psychologa. Ten z kolei odesłał
ją do domu mówiąc, że chodzi o schorzenie somatyczne. I tak w kółko...
Tymczasem przyczyna miała charakter duchowy.
Wielu
interesuje się astrologią, która fałszywie interpretuje wpływ, jaki
mają na nas ciała niebieskie. Pismo Święte przestrzega i jasno potępia
próby poznawania przyszłości w oparciu o ciała astralne. Wszystkim zaś
kierują nie – gwiazdy, lecz wolna Istota wolna – Bóg. Również
nasze wolne wybory mają wpływ na kształtowanie przyszłości. Zalecałbym
ostrożność również w odniesieniu do różnych technik hipnotycznych,
nawet jeśli stosuje się je w celach terapeutycznych. Hipnoza wywołuje
bowiem niebezpieczne uzależnienie jednej osoby od drugiej, co jest
bardzo delikatną sprawą. Osoba w stanie hipnotycznym może otrzymać od
hipnotyzera najbardziej dziwaczny rozkaz. Gdy wychodzi z tego stanu,
odczuwa w sobie wewnętrzny, silny przymus spełnienia otrzymanego
nakazu. Może wykonać najgłupszy nawet czyn, który został jej nakazany
przez hipnotyzera, np. przejdzie przez ulicę na rękach. Nastąpiło
zatem zniewolenie, ograniczenie wolności danej osoby, chociaż może ona
sobie wymyślić jakieś wytłumaczenie dla swojego absurdalnego
zachowania. Groźny
zatem może być stan uzależnienia, jaki tworzy się między
hipnotyzerem a osobą hipnotyzowaną. Zerwanie więzów spowodowanych
hipnozą wcale nie jest takie proste ani takie łatwe, jak twierdzą
niektórzy. Łatwo kogoś zahipnotyzować i wyprowadzić ze stanu
hipnotycznego. Powrót do stanu normalnego nie musi jednak oznaczać, że
została już zerwana wszelka więź pacjenta z hipnotyzerem. Nie jest to
wcale takie oczywiste. Nie
ośmieliłbym się zdecydowanie potępić stosowania hipnozy w celu
zmniejszania lub usuwania bólu, ale też – na podstawie własnych
przemyśleń i opinii wielu osób – nie mógłbym jej polecić ani
komukolwiek zaproponować. Trudno bowiem uznać za neutralne stany
hipnotyczne – choćby tylko przejściowe. Gdy się weźmie pod uwagę
to, co człowiek może zrobić po hipnozie, trudno powiedzieć, że pomogła
mu ona w wewnętrznym, duchowym wzroście. Nakazy wydane w stanie
hipnotycznym mogą mieć silny wpływ na decyzje człowieka, uwarunkowują
je. Nie jest to więc zgodne z szanowaniem ludzkiej wolności. Wielu
pyta mnie, czy nadal posiadam uzdolnienia, o których wspominałem wcześniej.
Otóż opuściły mnie one. Odczułem ulgę w chwili, gdy wyrzekłem się
ich przed Panem. I tak rozpoczęła się moja nowa, szczególna droga
duchowa. Kiedy człowiek rezygnuje ze swoich umiejętności, powoli
zaczyna szukać swego miejsca wobec Boga. Tak było ze mną. Rozpoczął
się drugi etap mojego nawrócenia. Przypomnijcie sobie, co mówiłem
o moim nawróceniu w Indiach, kiedy Pan podszedł do mnie. Musiałem wtedy
wszystko opuścić, stać się człowiekiem, który nic nie posiada i
wszystko przyjmuje od Boga. Złożyłem Panu te "dary" w
ofierze. Wyrzekłem się nie tylko ich używania – co byłoby
niewystarczające – ale również ich posiadania. Oddałem je Bogu. Nie
posiadam już tych uzdolnień, co potwierdza pewne trochę dramatyczne
zdarzenie w moim życiu. Otóż kiedy moja mama była ciężko chora,
ojciec czynił mi wyrzuty: "Szanuję twoją drogę duchową, ale
wobec tak ciężkiego stanu matki nie użyć tych darów to
skandaliczne!" Było to dla mnie prawdziwą udręką sumienia. Co
należało czynić? W końcu, pod naciskiem ojca, spróbowałem i okazało
się, że nie posiadam już żadnych umiejętności leczenia. Pan nie
chciał, aby w taki sposób moja matka doznała pomocy. Wyzdrowiała później.
Wiele
osób, które zabrnęły w różne praktyki okultystyczne,
usiłuje je porzucić. Co trzeba zrobić? Jak z tego wyjść? Pierwsza
rzecz – to powrócić do Jezusa Chrystusa i wybrać Go ponownie za
Pana swego życia i Boga. Gdy mówię: "Panie mój! Boże mój!
– znaczy to, że wszystkiego oczekuję od Niego. Wierzyć znaczy
Pana uczynić Skałą i Fundamentem swego życia. (...) Trzeba
wyrzec się wszystkiego, co w moim życiu niejasne, aby żyć w radości.
Moc Ducha Świętego zstąpi i będzie w nas działać jedynie wtedy, gdy
– jak Jezus, którego pokarmem było pełnić wolę Ojca –
staniemy się całkowicie zależni od Ojca. Ważne
jest przyjęcie postawy nawrócenia. Trzeba nam stawać przed Panem jak
biedak. Trzeba wyrzec się wszystkiego co, chciało się zatrzymać dla
siebie. Trzeba wyrzec się wszelkiej formy władzy i mocy i zacząć się
radować ze swego ubóstwa. Gdy
praktyki okultystyczne i ich
skutki nie zajdą tak daleko, jak to miało miejsce w moim wypadku, może
wystarczyć modlitwa o wyzwolenie. Dobrze jest prosić o nie Pana. Nasze
wyzwolenie dokonuje się w sakramencie pokuty i pojednania. Naszemu
wyzwoleniu może pomóc modlitwa wspólnotowa z kilkoma osobami, które
wzywają Ducha Świętego, Ducha mocy, aby przyszedł i uwolnił od szkodzących
nam istot duchowych. Trzeba prosić z wiarą, w imię Pana Jezusa, gdyż
– jak mówią Dzieje Apostolskie – "nie ma innego
imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni" (4,12). Zbawienie to
wspólnota życia z Bogiem osobowym, naszym Ojcem. Pojednania z tym Ojcem
dostępujemy w imię Jezusa. Modlitwa
Jestem słaby, Panie. Potrzebuję Twego Ducha, by móc iść w wierności
drogą wyrzeczenia, które pozwalasz mi dziś czynić. Odnów we mnie
Twych siedem darów Ducha Świętego, w tym dar bojaźni i pobożności,
które pozwalają mi wołać: Abba Ojcze; dar roztropności, który
pozwala mi na rozeznanie, jaki jest koniec otaczającego mnie świata i
wszystkich spraw. Panie, Ty przyoblekłeś się w nasze ciało, byśmy byli wolni jako
dzieci Boże. Przyjdź i wyzwól nas dziś. Dozwól byśmy mogli wołać:
Abba Ojcze. Panie, ponieważ pogrążyłem się na drodze okultyzmu, ponieważ
zaangażowałem swoją wolność w tę sprawę, dlatego pragnę dziś
zanurzyć się w Twej drogocennej Krwi. Jezu, ofiaruję Ci swe życie.
Przyjdź i napój je Krwią i Wodą wytryskującą z Twego Serca. Panie, Ty pozwoliłeś na to, by Cię ukrzyżowano. Stałeś się
bezsilny po to, abym ja dziś został uwolniony z mych kajdan, abym został
wyzwolony ze wszystkich złych wpływów, które mnie wiążą. Amen. Modlitwy
do codziennego odmawiania
Potężna
Niebios Królowo i Pani Aniołów, Ty, któraś otrzymała od Boga posłannictwo
i władzę, by zetrzeć głowę szatana, prosimy Cię pokornie, rozkaż
hufcom anielskim, aby ścigały szatanów, stłumiły ich zuchwałość, a
zwalczając ich wszędzie, strąciły do piekła. Święci Aniołowie i
Archaniołowie, brońcie nas i strzeżcie nas. Amen. Święty Michale, Archaniele, broń nas w walce. Przeciw niegodziwości
i zasadzkom złego ducha bądź naszą obroną. Niech go Bóg pogromić
raczy, pokornie o to prosimy. A Ty, Wodzu niebieskich Zastępów, szatana
i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą,
mocą Bożą strąć do piekła. Amen. [1] Por Ef 6,12: Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich. [1] Ezoteryzm uznaje istnienie tajemnej nauki, którą mistrzowie przekazują uczniom poprzez stopniowe wtajemniczenia. [2] W jodze lewitacja to unoszenie się w powietrzu, będące formą skakania na siedząco. [3] Mistyka naturalna:... [4] Aszram:... [5] Różokrzyżowcy:................... [6] Gnostycyzm uznaje tajemną, wyższą wiedzę, która daje zbawienie. [7] Synkretyzm to połączenie, zespolenie np. poglądów wywodzących się z różnych religii. [8] Czyli osobą wyznającą manicheizm. Prąd ten (III-IV wiek) głosi kosmiczny konflikt dobra i zła, wrogość między materią a duchem. Widzi on w materii źródło zła. [1] Łacińskie słowo ocultus znaczy ukryty. Okultyzm to wiara w tajemne moce i uprawianie tajemnych nauk, takich jak spirytyzm, magia, teozofia, astrologia, wróżbiarstwo, tajemna medycyna. [2]
Angielskie określenie New Age
znaczy Nowa Era. Tak nazywa się prąd o zasięgu światowym, obecny w
literaturze, sztuce, w środkach masowego przekazu. New
Age uważa się za nową, światową religię, która w erze
Wodnika zastąpi chrześcijaństwo z ery Ryby. Jest mieszaniną różnych
elementów religijnych, głównie wschodnich, filozoficznych, magii,
parapsychologii itp. New
Age rozszerza poglądy sprzeczne z objawieniem takie jak: 1) Nie
ma Boga osobowego, jest on energią kosmiczną rozproszoną we wszechświecie;
2) Chrystus to kolejne wcielenie boskiej energii; 3) ludzie są częścią
bóstwa, co mają sobie uświadomić; 4) zło i kryzysy istnieją
dlatego, że człowiek nie uświadamia sobie swojej boskości i swojej
jedności ze światem; 5) człowiek sam ma się zbawić, przechodząc
– dzięki różnym technikom i ćwiczeniom – do wyższej
świadomości; 6) uświadomienie sobie przez człowieka swojej boskości
przyczyni się do przemiany całej ludzkości; 7) człowiek po śmierci
wciela się, nie ma zatem wiecznego potępienia; 8) relatywizm
moralny. Zamiast
modlitewnego kontaktu z osobowym Bogiem, głoszonym przez chrześcijaństwo,
zamiast sakramentów, mocy Ducha Świętego i łaski New
Age propaguje szereg środków, które mają rozwiązać mu
wszystkie problemy, zapewnić pomyślność, sukces, przynieść
zbawienie i dać świadomość, że sam jest bogiem. Do tych
rozpowszechnianych środków należą między innymi: medytacje
(czasami wspomagane przez narkotyki), polegające na przyglądaniu
się sobie i wyłączaniu rozumu, doprowadzające do formy letargu;
obrzędy szamańskie, autohipnoza, hipnoza, monotonne śpiewy,
joga, rady astrologiczne, spirytystyczne kontakty z duchami (głównie
przez tzw. channeling czyli kanałowanie), enneagram, radiestezja,
magnetyzm, wschodnie walki, karty Tarot, wróżbiarstwo, posługiwanie
się wahadełkiem, czasami "terapie" brutalne, doprowadzające
do stresów, np. przez poniżanie i wydawanie bezsensownych rozkazów. New Age jest więc atakiem szatana zmierzającym do zniszczenia chrześcijaństwa. Rozszerza się jawnie, np. przez książki, czasopisma, prelekcje, kursy, szkolenia, bądź w formie ukrytej np. przez różne terapie antystresowe, przystosowujące do życia społecznego, uczące zaradności, aktywności, rozwiązujące problemy psychiczne itp.; przez organizacje rzekomo udzielające (najczęściej bezpłatne) tylko pomocy zawodowej; kursy jogi, walk wschodnich, zespoły muzyczne, płyty, kasety; ruchy ekologiczne, feministyczne, a nawet przez organizacje określające się jako religie chrześcijańskie o zasięgu światowym. [3] Radiestezja: [4] Magnetyzm: [5] Biała magia: [6] Czyli kanałowaniem. Nazwa channeling pochodzi od angielskiego słowa channel - kanał. Channeling oznacza kontaktowanie się z duchami za pośrednictwem medium, które stanowi "kanał" umożliwiający ten kontakt. [7] Spirytyzm to nawiązywanie kontaktu z duchami i z duszami zmarłych. [1] Moksa to wyzwolenie, ostateczne uwolnienie duszy od powtarzających się wskutek reinkarnacji kolejnych narodzin. (por. B. Lyengar, Joga, Warszawa 1990, PWN s. 400) [2] To buddyjskie określenie oznacza stan szczęścia, oświecenia, pozbawiony własnych pragnień. Osiągnięcie tego stanu uwalnia od dalszej reinkarnacji. [3] Kundalini (dosł. zwinięty wąż) – boska energia kosmiczna. Siłę tę symbolizuje zwinięty i śpiący wąż, leżący w najniższym centrum nerwowym u podstawy kręgosłupa. Tę duchową energię budzi praktyka jogi. Podnosi się ona wówczas głównym kanałem kręgosłupa, przebija czakras, docierając do trzypłatowego lotosu w głowie. Wówczas następuje połączenie się ćwiczącego z Najwyższym Wszechobecnym Duchem (por. B. Lyengar, Joga, Warszawa 1990, PWN s. 399) [4] Energia przepływa w ciele człowieka przez trzy kanały. Kanał susumna znajduje się wewnątrz kręgosłupa, kanały pingala i ida zaczynają się od prawego i lewego nozdrza, przechodzą od czubka głowy i biegną w dół do podstawy kręgosłupa. Kanały krzyżują się ze sobą. Połączenia kanałów nazywa się czakrami. (por. B. Lyengar, Joga, Warszawa 1990, PWN s. 395) [5] Czakry (chakras, czakras) lub "koła zamachowe" – które znajdują się na połączeniu kanałów energetycznych – regulują mechanizm ciała. Różne ćwiczenia jogi mają je rozbudzić. (por. B. Lyengar, Joga, Warszawa 1990, PWN s. 395) [6] Mantra oznacza pewną myśl lub modlitwę. Jest to wyrażenie, słowo, imię bożka lub modlitwa do bożka, powtarzana wiele razy. Celem tego powtarzania jest opróżnienie umysłu z innych treści. [7] Samadhi to stan oświecenia, poczucie zjednoczenia ze wszystkim, co istnieje. [8] Pranayama, będąca kolejnym stopniem jogi, polega na rytmicznej kontroli oddechu. [9] Zob. przyp. 12. [1] Technika medytacji stworzona przez guru Maharishiego a zarazem nazwa sekty. W nadziei znalezienia szczęścia zwolennicy medytacji transcendentalnej usiłują doprowadzić się do stanu czystej świadomości Wbrew twierdzeniom zwolenników sekty, praktykowania tej medytacji nie można pogodzić z wyznawaniem innej wiary. [2] Duchowy nauczyciel. [3] Joga jest jednym z sześciu systemów religii indyjskiej. Pojęciem joga określa się również praktykę obiecującą – przy pomocy różnych metod ascetycznych i specjalnych ćwiczeń fizycznych – wyzwolenie ducha i ciała. Joga jest dążeniem do zdobycia doskonałości duchowej i zbawienia siebie przez system różnych metod opanowywania ducha i ciała oraz przez usuwanie treści zmysłowo-intelektualnych z umysłu. [4] Panteizm głosi, że wszystko jest bogiem. [5] Istnienie dwóch, najczęściej przeciwstawnych elementów. |
|
[ STRONA GŁÓWNA | TEKSTY | LINKI | OJCIEC | DZIADEK |O MNIE |ARCHIWUM | E-MAIL ]
|